Dlaczego nie warto tracić czasu na temat systemu rozgrywek?


Grać play-offy czy nie grać? A jeśli grać to jak? A jeśli nie, to co w zamian? A które rozwiązanie jest najbardziej sprawiedliwe? Kwestia ta obrosła tyloma mitami, że nie ma już sensu prostować wszystkich twierdzeń uznawanych za pewnik, wszystkich przekonań, gdzie każdy broni swojej racji z większą zaciętością niż wygranej na parkiecie. A sprawa jest prosta - nie ma to żadnego znaczenia.

"Już sam porządek obrad (zebrania udziałowców spółki Futsal Ekstraklasa - red.) wzbudził kontrowersje. Najbardziej istotny bowiem punkt z punktu widzenia sportowego i marketingowego, czyli podjęcie decyzji, jak ma wyglądać system rozgrywek w sezonie 2018/19 zaplanowano na sam koniec zebrania. Na wniosek prezesa Piasta – Jarosława Jenczmionki udało się przenieść ten punkt na początek obrad. Jak się okazało dyskusja była bardzo burzliwa i trwała ponad 2 godziny" - czytamy na stronie Piasta Gliwice, który bodaj jako jedyny tak głośno wypowiedział się o zaplanowanej na nowy sezon korekcie systemu. Dobrze, że zabrał, szkoda jednak, że wspomniani działacze stracili owe dwie godziny, a system rozgrywek na pewno nie jest "najbardziej istotnym punktem".

Koncentrując się krótko na argumentacji Piasta: play-off "zapewnia, że do końca będą emocje i nie będzie spotkań o przysłowiową pietruszkę". Tak, oprócz tego, że pół roku gra się o pietruszkę, byle zakwalifikować się do play-offów. I nie wpaść na Rekord. "Analizując frekwencję na meczach było widać, że liczba widzów spadła, gdy było wiadomo, że drużyna już nic więcej nie jest w stanie osiągnąć" - ale szanse na play-offy też można stracić i też liczba kibiców spadnie, pomijając już fakt, że na części hal wiatr hula niezależnie od tego, czy gra się mecz o nic, czy np. ostateczny baraż o utrzymanie.

To nie jest krytyka stanowiska Piasta, wręcz przeciwnie, należy klub pochwalić, że publicznie zabrał głos. To rzadkie.



Na tym tle rozsądnie wypadła część trenerów, która w argumentacji używała aspektu szkoleniowego. - Sezon oparty na tym systemie daje trenerom szerszy wachlarz możliwości we wprowadzaniu odpowiedniego systemu gry, swobodne wprowadzanie korekt w nim podczas rundy zasadniczej, tak aby znaleźć optymalne rozwiązanie na najważniejszą część sezonu - mówi Łukasz Żebrowski i nie można odmówić mu racji. W sensie inkluzywnym, bo polski futsal pamięta także zatrudnienie Hiszpanów w połowie ligi, którzy mieli wkład w zdobycie jednego z mistrzostw, nie do końca wiadomo też, czemu faza zasadnicza ma być czasem szlifowanie formy, a później w miesiąc-dwa ma zostać ustalona kolejność za cały sezon.

Tu dochodzimy do drugiego obozu, który play-offy ocenia jako niesprawiedliwe, drogie, niepotrzebne i nieobecne w trawiastej piłce. To bzdura, ponieważ zdecydowana większość sportów ma w sobie element play-off, poczynając od tenisowych drabinek (to jest dopiero "niesprawiedliwość" - wpaść na "jedynkę" tylko przez losowanie), kończąc na... piłce nożnej. Przecież pół Ligi Mistrzów rozgrywanych jest w formie meczu i rewanżu, a ligi, gdzie nie ma pierwiastka play-offów, są wbrew pozorom rzadkością, bo od Anglii po Kazachstan o awansach/utrzymaniu decydują mniej czy bardziej rozbudowane baraże.

"Drogie" - to słowo klucz w przypadku obrońców systemu "każdy z każdym" i podobnie, jak w odwrotnym stanowisku aspekt szkoleniowy, jedyny sensowny argument, nad którym warto się pochylić. Tak, to prawda, konieczność rozegrania dodatkowych meczów i związana z tym niepewność bilansu finansowego (nigdy nie wiadomo, czy rezerwować hotel na dwie noce, czy będzie można pakować manatki, wracać do domu i kończyć sezon już po jednym meczu) wstrzymuje przed odważnymi działaniami prezesów. A ich szanować trzeba, a przynajmniej wypada, bo to oni utrzymują całą tę zabawę i choć często można nazwać ich filantropami, to ich sakiewki też dno mają. Oczywiście można też, jak Marcin Synoradzki, obrazić wszystkich a następnie samemu nie przyjechać na zebranie spółki i nie przedstawić przygotowanego pomysłu, ale czy takie zachowanie można nazwać konstruktywnym?

"A propos częstszej gry, to jeśli możemy grać w poniedziałek, czyli dzień roboczy, to dlaczego nie możemy grać w środy systemem weekend-środa?" - zadał przy okazji ankiety w temacie play-offów jeden z trenerów. To proste: jest różnica między trzema-czterema poniedziałkami dla niektórych drużyn, pokazywanych w telewizji, a obligatoryjnym graniem przez wszystkich w dni, w które prawie każdy polski futsalista ma na głowie pracę, dom, rodzinę, studia, szkołę, służbę i prozę życia. I brak terminów jest trzecim, ostatnim argumentem, który powinien tu ważyć. Przynajmniej do czasu, dopóki na białym koniu nie wjedzie oczekiwany przez niektórych Wielki Sponsor i nie powie "macie 10 milionów, bawcie się, ja stawiam".

Cała dyskusja nie ma jednak większego znaczenia, wzbijając się już ponad poziom argumentów, pseudoargumentów i wyzwisk. Czy bowiem którykolwiek ze zwolenników lub przeciwników play-offów jest w stanie pokazać jeden, słownie jeden przykład ligi, gdzie sam system rozgrywek sprawił, że dana dyscyplina zaczęła cieszyć się znacznie większym zainteresowaniem mediów i opinii publicznej? Że liczba kibiców nagle wzrosła, albo zawodnicy zaczęli zarabiać więcej niż dotychczas i zdecydowanie podnieśli swój poziom sportowy? Albo chociaż że kluby z biedujących stały się... może nie krezusami, ale przynajmniej zaczęły mieć solidne finansowe podstawy?

A może na odwrót? Może jakąś ligę system rozgrywek zabił?



Nie, nie ma takiej ligi. Piłkarska ESA będzie cieszyć się największym zainteresowaniem bez względu na to, czy zagra 30 meczów, 34 czy 37, czy punkty będą dzielone przez dwa czy przez liczbę pi. Siatkówka nadal będzie najpopularniejszym sportem halowym w Polsce, mimo corocznych eksperymentów, związanych z rozrośniętymi do absurdu rozgrywkami międzynarodowymi. Problemem koszykówki też nie jest play-off. W piłce ręcznej można grać prostą ligę, grupy, play-offy czy cokolwiek innego, a skończy się zespołem Vive Kielce na mistrzowskim tronie i Wisłą Płock tuż za nią, dopóki Bertus Servaas i Orlen nie zakręcą kurka z pieniędzmi. Swoją drogą jeśli u nas mówi się, że gra się tylko o drugie miejsce, bo przecież pierwsze jest dla Rekordu, to jak sfrustrowani muszą być szczypiorniści, którzy do Płocka lub Kielc się nie załapali.

To ligi polskie, ale na Zachodzie jest identycznie. Stawiane jako wzór ligi NBA czy NHL są w ogóle unikatami, bo system gier, podział na konferencje i dywizje, w zasadzie nie ma swoich naśladowców w Europie. Przecież tam drużyna z Zachodu może mieć bilans lepszy niż rywal ze Wschodu, a to ten drugi zagra w play-offach, z powodu słabszej konkurencji. To też nie jest "sprawiedliwe". Ale to wszystko nie ma znaczenia, co pokazują każdorazowo lokauty - sezon jest krótszy albo w ogóle go nie ma, ale gdy koszykarze czy hokeiści wracają do gry, znów wszystkie oczy i kamery skierowane są na nich. Bo to nie system kreuje popularność sportu.

Przestańmy więc może dyskutować o czymś mało istotnym i skupmy się na działaniach, które rzeczywiście mogą futsal wprowadzić jak nie na salony, to chociaż do przedsionka. Tu można podyskutować z sensem, bo jedni mówią o pracy u podstaw i krzewieniu piłki halowej u najmłodszych i robią to po omacku, inni przekonują, że nikt z marzeniami na karierę nie postawi w dziecięcym wieku na futsal. Jedni mówią, że bez sponsora ani rusz, inni mówią, że to kluby powinny zintensyfikować działania na rzecz promocji. Jedni mówią, że telewizja to podstawa, inni twierdzą, że wystarczą transmisje żelazkiem w internecie. Jedni boleją nad ograniczeniami w zatrudnianiu futsalistów z Ukrainy, inni podejmują 653. próbę założenia w Polsce kolonii zawodników też zza granicy, ale z paszportami UE. Tu można dyskutować, jest o co. Na system rozgrywek szkoda czasu, bo jaki by nie był, ani nikogo nie zadowoli, ani nie zamieni Futsal Ekstraklasy w Diamentową Ligę.

Jedno tylko warto mieć na uwadze: gdy coś się obiecuje, warto dotrzymywać słowa. Dwa lata temu nowo powołany prezes FE Maciej Karczyński zapowiadał, że system z podziałem punktów zostanie utrzymany przez co najmniej trzy sezony. Oczywiście nie wiedział wtedy, że piłkarska ekstraklasa, na której się wzorowano, powoli się będzie z tego wycofywać. Niemniej, minęły dwa lata, system znów będzie zmieniony, a to dopiero wstęp do przyszłorocznej rewolucji, bo czeka nas powiększenie ligi.

Krzysztof Cegielski, były żużlowiec, jeden z najinteligentniejszych sportowców na (przymusowej) emeryturze, często ubolewa, że w speedway'u tworzy się regulaminy na podstawie jednostkowego przypadku, który komuś przydarzył się w danym sezonie. Przed play-offami ktoś uległ kontuzji - wprowadźmy instytucję Zastępstwa Zawodnika. Ktoś taktycznie wykorzysta Zastępstwo Zawodnika - wprowadźmy ograniczenia w stosowaniu tego przepisu. Ktoś straci na ograniczeniach - wróćmy do stanu wyjściowego (by już dalej nie nudzić, bo w rzeczywistości historia jest dłuższa).

Tak samo jest u nas. Rekord z Gattą grali do końca o mistrza przed rokiem? Podział punktów jest super. Rekord "odjechał" rywalom i tytuł miał na cztery kolejki przed końcem? Zamieszajmy coś ponownie. W Final Four Halowego Pucharu Polski gospodarze odpadali w półfinale? Zlikwidujmy Final Four. Mecz i rewanż w finale pucharu nie wypalił? Wróćmy do Final Four, ale na neutralnym terenie. W Opolu na Final Four były pustki? Tu przedłużenie wątku poznamy zapewne już wkrótce.

To nie wpływa ani na poziom sportowy w danej dyscyplinie, zasadniczo nie wpływa też na jej popularność. Jedyne co powoduje, to ewentualnie niesmak i kpiny. Czy żużlowi zaszkodziło oddanie walkowerem finałowego (!) meczu w 2013 roku przez zespół z Torunia? Nie, dalej to frekwencyjnie sport numer 2 w Polsce i sport, o który biją się telewizje.

Z futsalem jest identycznie, tylko na dużo, dużo niższym poziomie. To nie play-offy ściągną do niego pieniądze, to nie podziały tabeli przyciągną kibiców na trybuny. Zajmijmy się ważniejszymi sprawami, jak wprowadzenie piłki halowej do Systemu Sportu Młodzieżowego, bez którego żadna "praca u podstaw" nie przyniesie wymiernych efektów. Jak przyciągnięcie do hal kibiców, którzy pewnego dnia będą chcieli zapłacić za bilet wstępu. System nie ma znaczenia, tylko nie zmieniajmy go co rok czy dwa lata.

Jakub Mikulski