Gatta Active Zduńska Wola - Rekord Bielsko-Biała 6:3 fot. (nasze.fm)

Gatta Active Zduńska Wola - Rekord Bielsko-Biała 6:3

Zawodnicy Gatty Active po trzech meczach, w których uzbierali zaledwie jeden punkt, pokazali, że za wcześnie na stawianie na nich krzyżyka i w efektownym stylu odprawili mistrzów Polski. Zduńskowolanie wygrali w zaległym meczu z Rekordem Bielsko-Biała 6:3.

Gatta Active Zduńska WolaRekord Bielsko-Biała14.12.2018 godz. 20:00

Gatta Zduńska Wola - Rekord Bielsko-Biała
6:3

Protokół meczowy




Nikomu w tym spotkaniu nie można odmówić zaangażowania, ale gospodarzy byli zmotywowani chyba potrójnie albo jeszcze mocniej, bo po ich ofiarnych interwencjach w obronie ręce same składały się do oklasków. Być może właśnie to ta motywacja była czynnikiem decydującym o zwycięstwie, bo choć wpadki, niezrozumienie i przypadkowe zagrania zdarzały się obu stronom, to w przypadku Rekordu ostatnio niemal całkiem odwykliśmy od takich sytuacji. Gdy doszło do tego nakręcanie się bielszczan na decyzje sędziów, zduńskowolanie mieli gotowy przepis na zwycięstwo.

A decyzje sędziowskie miały znaczenie dla wyniku - co nie znaczy, że były to decyzje błędne. Po golu Daniela Krawczyka, przy stanie 1:0 i pięciu przewinieniach z obu stron, arbitrzy nie zdecydowali się na odgwizdanie faulu gospodarzy. Ze zdarzenia poszła kontra, którą w sytuacji sam na sam z Bartłomiejem Nawratem wykorzystał Arkadiusz Szypczyński. Spore znaczenie miała też żółta kartka z końcówki pierwszej połowy dla Alexa Viany. Faul Brazylijczyka raczej nie podlegał dyskusji, choć bielszczanie, a zwłaszcza Andrea Bucciol, zgłaszali ogromne pretensje do Damiana Jaruchiewicza. Choć Krawczyk nie skompletował hat-tricka z przedłużonego karnego (w tym momencie było już 4:1), to napomnienie byłego króla strzelców ligi słowackiej odbiło się w drugiej części gry, gdy obejrzał on drugi żółty kartonik. Grę w przewadze jednego zawodnika na kolejne trafienie Gatty płaskim strzałem zamienił Mariusz Milewski, było 5:1 i tylko najwięksi bielscy optymiści liczyli jeszcze na odrobienie strat.

Nadzieję przywrócił jednak najbardziej aktywny wśród gości Michał Marek. Gdy Rekordziści coraz głębiej zamykali w zamku zduńskowolan, grając z Pawłem Budniakiem jako wycofanym bramkarzem, błysnął Maksym Pautiak. Ukrainiec wykorzystał fakt, że wszystkie kornery w przewadze Rekord wykonywał w identyczny sposób, wycofując lobem piłkę na środek, poszedł w ciemno i trącił futbolówkę głową, a po przebiegnięciu całego boiska umieścił ją w siatce. Szkoda, że spotkanie było przełożone, bo ominęła go nominacja w plebiscycie na gola kolejki, a może nawet i wygrana.



Pautiak wbił ostatni gwóźdź, bo jak wcześniej odrobienie strat przez Rekord było nieprawdopodobne, wtedy stało się niemożliwe. Ostatni raz bielszczanie stracili więcej niż pięć goli 18 kwietnia 2016 roku, czyli dwa i pół roku temu. Wówczas przegrali 2:7 z... Gattą.

Jakkolwiek zwycięstwo z mistrzami Polski wlało otuchę w serca kibiców ze Zduńskiej Woli, po mocno średniej rundzie w wykonaniu ich pupili, droga do medali jest daleka. Zespół Marcina Stanisławskiego i Wojciecha Sopura strzela w tym sezonie mało goli - po 11 kolejkach ma ich na koncie zaledwie 35. Choć zdarzały się jeszcze słabsze rundy jesienne (w 2011 i 2013 roku 33 bramki), to przy znacznie korzystniejszym bilansie (odpowiednio 22 i 24 punkty). A w tym sezonie więcej trafień ma nawet AZS Uniwersytet Gdański. Co nie znaczy oczywiście, że skuteczna pogoń za czołówką nie jest możliwa, acz doścignięcie FC Toruń i Rekordu wydaje się zadaniem ekstremalnie trudnym, przy ośmiu punktach straty i bez podziału zgromadzonego dorobku po fazie zasadniczej.

A Rekord? Dwie porażki, zwłaszcza na wyjeździe, to żadna tragedia. W mistrzowskim sezonie 2016/17 było ich tyle samo (z Gattą i Euromasterem). Nadal pozostają faworytem rozgrywek, choć mecz z Gattą był lekcją nie tylko dla samych bielszczan, ale i dla innych zespołów, które mogły zobaczyć, jak z mistrzem należy walczyć.



Dodatkowe informacje

  • Zdjęcie na stronie głównej: dzięki uprzejmości pniewy24.pl