Jesień w ekstraklasie: Orzeł jak Uber, reszta jak taksówki fot. Jarosław Frąckowiak

Jesień w ekstraklasie: Orzeł jak Uber, reszta jak taksówki

Rekord dopiero po odrobieniu wszystkich zaległości wskoczył na pozycję lidera. Czy mistrzom, którzy mieli rządzić - jak niektórzy wieszczą - przez lata, po cichu wyrosła konkurencja?


Nie. Dalej to Andrzej Szłapa, Andrea Bucciol i ich podopieczni są absolutnymi faworytami. Owszem, wpadki się im zdarzają, "aż" dwie. Warto zresztą tym wpadkom się przyjrzeć, ponieważ Gatta i FC Toruń zagrały jednak zdecydowanie inaczej, wygrywając swój mecz z Rekordem. A jeszcze inaczej, notabene, Rekordzistów pokonywano w Lidze Mistrzów. Ale w ekstraklasie ważniejsze od pojedynczych spotkań jest prezentowanie równej formy przez dłuższy czas. Rekord ją pokazuje, bo jak inaczej ocenić 73 strzelone bramki na półmetku rozgrywek (choć rok temu było 90) i cztery pierwsze pozycje w klasyfikacji strzelców? A gdy dołoży się do tego najlepszą w Polsce dwójkę bramkarzy, zdolności trenerskie Szłapy i stabilność rozwoju, powstaje maszynka do wygrywania. Ona musiała się dotrzeć, ostatecznie wyrwano jej przed sezonem bardzo ważny ząb w postaci Michala Seidlera, futsalisty zbyt dobrego na polskie warunki (na czeskie notabene też), a ławkę rezerwowych poza dwoma czwórkami stanowi utalentowana ale wciąż niedoświadczona młodzież. Ale jeśli obędzie się bez kontuzji, bielszczanie powinni obronić trofeum.




FC Toruń toczy najbardziej wyrównany bój z bielszczanami, nawet z nimi wygrał, a na koncie ma zaledwie jedną porażkę - najmniej w lidze. Ale styl, w jakim podopieczni Łukasza Żebrowskiego zwyciężają, wciąż jest nieprzekonujący. Porażająca jest różnica w statystykach - mimo posiadania w składzie króla strzelców ostatnich dwóch sezonów, zawodnicy FCT strzelili mniej niż połowę tego, co Rekord! Można sobie tłumaczyć, że "nie ważne ile się strzela, można wygrywać i 1:0" itp., ale to jest frazes, nie mający wiele wspólnego z rzeczywistością. Cóż więc ze świetnego Koli Neagu w bramce, gdy nie ma komu strzelać w drugą stronę? Są owszem drużyny, które specjalizują się w niskich wynikach (do Red Dragons wkrótce dojedziemy), to może być skuteczny sposób na walkę o czołowe lokaty. Ale nie o mistrzostwo. Jeśli torunianie myślą o nim realnie, to muszą pewniej wygrywać. Albo zostaną "specjalistami od horrorów" (dotychczas 4 mecze wygrane różnicą jednej bramki, najwięcej w lidze), ale nie na najwyższym stopniu podium.

Na trzecim miejscu jesień zakończył beniaminek z Jelcza-Laskowic, nazywany rewelacją. Tyle tylko, że... wszyscy się wysokiej pozycji Orła spodziewali. Bez wątpienia to najlepszy debiut w ekstraklasie od lat, a konkretnie od Wisły Krakbet Kraków w sezonie 2010/11 (29 punktów) i Gatty Zduńska Wola rok później (22). Ale i inwestycje w klubie z Dolnego Śląska były niezwykłe.

Przy okazji warto zwrócić uwagę na wywiad, jakiego udzielił w ostatnim czasie trener Jesús López García "Chus". Stanowi on bowiem spore źródło mitów i uogólnień na temat Orła. - W moim odczuciu w Polsce jest dużo obaw i zawiści wobec zmian, nowych rzeczy - mówi hiszpański szkoleniowiec. - Denerwowało mnie, że byliśmy krytykowani i postawiono na nas krzyżyk jeszcze przed rozpoczęciem sezonu, odwołując się do innego zespołu oraz błędów innych drużyn z przeszłości - dodaje. Trener, któremu umiejętności odmówić nie sposób, ma niestety wykrzywiony obraz Polski. Po pierwsze, nikt "krzyżyka" nie stawiał. Może poza zawodnikami, którzy wywalczyli awans i im w Jelczu-Laskowicach podziękowano. Po drugie, nie tylko polski sport i nie tylko futsal ma złe doświadczenia w budowaniu klubu od góry, od zaciągu do pierwszego zespołu, a już szczególnie zaciągu obcokrajowców. Co innego jednak zachowanie rezerwy, a co innego "dużo zawiści w Polsce". Raptem w zeszłym roku o tej porze żegnaliśmy Lex Kancelarię Słomniki, która również przed sezonem wymieniła 3/4 kadry. Nikt (no, powiedzmy prawie nikt) nie odrzuca jednak pomysłu na Orła a priori - jeśli ten projekt wypali na lata, wszyscy będą zadowoleni, że udało się coś, z czym nie poradził sobie np. słynny pan Ptak i hurtowania Brazylijczyków w klubach piłki trawiastej. Ale nasze doświadczenia, trenerze, są jednak inne z tego typu przedsięwzięć a skoro dokumentnie wszystkie poprzednie przepadały, to dlaczego mamy kolejny raz witać hurraoptymizmem?

Na pewno Orzeł stanowi przykład dla innych w różnych aspektach, pomijając już kwestie czysto sportowe. Oprawa i medialność tej drużyny jest czymś niesamowitym na tle reszty zespołów i oby niczym Uber na rynku przewozów wymusił zmianę i rozwój także w starych taksówkach. Analogia tym bliższa, że w Uberze też sporo obcokrajowców, a aplikacja szturmem wdarła się na rynek. Jak Orzeł w ekstraklasie.



Orzeł po jesieni jest trzeci i może się tam utrzymać, choć po przegranej z Cleareksem chyba wszyscy powinni już wiedzieć, że najłatwiej wielonarodowościową drużynę można pokonać nie dając jej czasu na dogadywanie się, czyli ostrym pressingiem. Tym bardziej, że poza Victorem Andrade, który w Jelczu gra już drugi sezon, żaden ze stranieri stuprocentowo do siebie nie przekonał. Ale konkurencja za Orłem może (nie musi) okazać się po prostu zbyt chimeryczna. Ot, weźmy chorzowian, którzy potrafią zlać Orła, by za chwilę nie sprostać Piastowi. Rozbić Gattę i a dopiero rzutem na taśmę ograć AZS UŚ. Albo Gatta, nie dająca rady ograć Red Dragons, a rozbijająca Rekord. Zduńskowolanie weszli zresztą na wyższy level rozchwiania formy, bo potrafią wygrywać 4:0 w Gdańsku, by skończyć minimalnym 5:4.

Są też "Smoki" z Pniew, które nie przeskoczą pewnego poziomu, jeśli nie zaczną strzelać więcej bramek. - Myślę, że głównie wynika to z naszej taktyki i pomysłu, który przekazuje nam trener. Opiera się on na szczelnej grze w defensywie i na unikaniu ryzyka strat w konstruowaniu swojego ataku pozycyjnego - tłumaczył w rozmowie na klubowej stronie Adrian Skrzypek (przy okazji brawa za tę analizę). Największy dramat jest na wyjeździe, gdzie strzelili zaledwie 6 bramek, przy czym 4... w przewadze z MOKS-em. Czyli jednak jak się chce (albo trzeba) pójść do ataku, to można. Na wiosnę Red Dragons zagrają aż siedem spotkań na wyjeździe. Bez poprawy skuteczności nie mają co myśleć o górnej połowie tabeli.

Drugą czwórkę tabeli zamyka wspomniany przed chwilą MOKS Słoneczny Stok, ostatni zespół, który może być absolutnie spokojny ligowego bytu i póki co równie spokojny, że o medale bić się nie będzie (choć potencjał jest). Po białostoczanach nikt już nie może być traktowany jako zdecydowany faworyt w żadnym meczu. AZS UŚ Katowice początkowo okrzyknięty rewelacją sezonu szybko dobił do swojego mniej więcej statystycznego wyniku. W Red Devils Chojnice, podobnie zresztą jak w Katowicach, muszą zrozumieć, że skoro pewni zawodnicy przez lata ekstraklasy nie podbili, to przypuszczalnie teraz też im się nie uda, więc może lepiej zacząć rozglądać się wokół i dać szansę takim perełkom jak Jakub Kąkol, zamiast kisić się znów w tym samym, tylko trochę zamieszanym, sosie. Piast w końcu zacznie się odbijać w tabeli, ale nie pomogą zaklęcia o budowaniu drużyny na lata (zwłaszcza przy letnich i obecnych transferach), bo nawet przy tym oczekiwano od gliwiczan czegoś większego.

Wszystko wskazuje na to, że kwestię spadkowego i barażowego miejsca rozstrzygną między sobą Pogoń 04 Szczecin i AZS UG Gdańsk. Obie drużyny nie mają większego problemu ze strzelaniem bramek (gdańszczanie mają ich więcej niż wicelider z Torunia!), ale ich defensywy do ekstraklasy już nie pasują. Różnica jest taka, że Pogoń gra na futsalowej pustyni (dopiero w tym sezonie ruszyła II liga w województwie, przy czym rozgrywana systemem... turniejowym) i posiłki musi ściągać z daleka lub uczyć futsalu piłkarzy. Zdarzają się perełki, jak Konrad Prawucki, ale jest na pewno o materiał ludzki jest po prostu trudniej niż w Gdańsku. Dla AZS UG otoczenie w postaci czterech pierwszoligowców z województwa to i utrapienie, i profit. Utrapienie, bo jest gdzie odejść, a w takim Lęborku gra już cała czwórka zawodników godnych ekstraklasy, z drugiej strony zawsze można kogoś ściągnąć z Politechniki Vamosu Concordii. Jest tylko jeden problem - zawodnicy, którzy nie wyróżniali się w I lidze, nie staną się lepsi tylko dzięki zmianie klubu na ekstraklasowy. A kadra UG to w tej chwili w połowie dawna Politechnika. I jej poziom też.

To, co w ekstraklasie boli najbardziej nie od dzisiaj, to puste trybuny w niektórych halach. Oby w nowym roku frekwencja się poprawiła, bo bez niej nie pomogą żadne zaklęcia, żadne telewizje i barterowi albo finansowi sponsorzy. Bez niej futsal pozostanie dyscypliną niszową.

  Rekord jest do ogrania i to na różne sposoby
  Michał Marek uczący innych, jak powinien grać pivot
  Młodzi zawodnicy Gatty, którzy strzelili więcej goli, niż starszyzna (tak, to prawda)
  Obsługa medialna i dział promocji Orła Jelcz-Laskowice
  Trybuny nawet małe, ale zapełnione

  Brak świeżej krwi, opór przed transferami z I ligi i myślenie, że od mieszania herbata stanie się słodsza
  Kontuzja Przemysława Dewuckiego, skutkująca niską pozycją Piasta
  Nieustająca chimeryczność Cleareksu
  Medialne "zwalnianie" trenera z ekstraklasy przez trenera z I ligi, nawet jeśli się jest prezesem spółki