Z notatnika dziejopisa

Najpłodniejszy powieściopisarz polski Józef Ignacy Kraszewski mawiał – „Z kogo śmieją się nie dlatego, że głupi, ale dlatego, że inny od tłumu lub widzi to wszędzie, czego nie dopatrzą drudzy, ten ma przyszłość przed sobą”. Cytat ten kieruję do ludzi futsalu, którzy nie dają zmanipulować się kierowniczym gremiom polskiego futsalu różnych opcji i pozostają przy swoich poglądach. Przyszłość przed Wami, chociaż obecnie jesteście w mniejszości.

Powiedzenie Józefa Ignacego trafiło do mnie po tygodniu od poprzedniego felietonu, gdy zauważyłem, iż losowanie Halowego Pucharu Polski dokonane w siedzibie PZPN nadal nie schodzi z mediów społecznościowych i krąży po internecie. O ile zdania w sprawie braku podstaw do jego powtarzania nie zmieniam, to stwierdzam, że sporo ucierpiał na tym wizerunek futsalowy. Zapachniało nawrotem do amatorszczyzny. Albo jak chce kolega recenzent (też Józef)0 zaistniał stan chwiejnej równowagi pomiędzy publicystyczną dosłownością a literacka umownością. Liczyć tylko trzeba, że nauka nie pójdzie w las.




Ekstraklasa futsalowa jakiś czas temu zafundowała sobie powiększenie do 14 drużyn. Postąpiono hojnie, ale nie określono od razu systemu rozgrywek. Abstrahuję od faktu, że moim zdaniem polskiego futsalu nie stać jeszcze na czternastozespołową ekstraklasę o w miarę równym poziomie sportowym, organizacyjnym i finansowym. Dwanaście drużyn, to jest maksimum obecnego etapu. Podobnie jak w dwóch grupach I ligi. Już bowiem z II ligami w każdym województwie po minimum 6 zespołów jest poważny kłopot.

Nieodparcie więc nasuwa się pytanie, czy czasami ów ekstraklasowy ruch nie był zawoalowaną formą uratowania przed degradacją jakichś teamów. Jeżeli tak nie było, to najzwyczajniej nastąpił zwyczajowy przerost formy nad treścią. Piramidę rozgrywek z zasady buduje się jak dom - od podstawy ku dachowi. Tymczasem w naszym futsalu ligowym akurat dach zyskuje przewagę nad fundamentami. A to nie jest korzystne dla budowy.

Chwilowo spróbuję postawić się w rolę sponsora, szkoleniowca, kibica, nadawcę telewizyjnego. Jako sponsor ekstraklasy chciałbym aby było jak najwięcej meczów o stawkę, atrakcyjnych, z medialnym oglądem. Jako selekcjoner, chciałbym aby nie było meczów o nic, gdyż od zawodników wymagałbym od strony szkoleniowej ciągłej gry pod presją. Jako nadawca telewizyjny zadowolony byłbym z play-off, gdyż zapewne zwiększa to oglądalność, a przy okazji i przybywa reklamodawców. Co jest tożsame z interesem ekstraklasowej spółki. Wreszcie jako kibic, choćby tylko jednej drużyny, chciałbym aby atrakcyjność rozgrywek trwała do finalnej kolejki, a nie już w połowie rozgrywek było wiadomo, kto może być mistrzem, a komu grozi degradacja. I nie widzę tego bez grania w systemie play-off.

Tymczasem przy 14 zespołach i półamatorskim zorganizowaniu drużyn nie wyobrażam sobie, by mogły grać mecze w środku tygodnia. Inaczej braknie terminów weekendowych. Chyba że zagra się tylko dwie rundy w systemie mecz i rewanż. Ale to już przekreśla moje powyższe cztery oczekiwania. Czyli jest - najludyczniej rzecz ujmując – do bani.




Polski futsal znajdujący się nierozerwalnie w strukturach PZPN niepotrzebnie przyjmuje schematy rozgrywkowe ekstraklasy piłki trawiastej. Gdy tam dzielono na grupy - w futsalu też. Gdy tam dzielono punkty – w futsalu też. Najwyższy czas uzmysłowić sobie, że futsal jest grą halową i z halowymi dyscyplinami powinien się utożsamiać w systemie rozgrywek.

Wzory brać z koszykówki, piłki ręcznej, siatkówki, czy nawet hokeja. A wszędzie tam są play-offy. Wszędzie są sponsorzy i też strategiczni. Wszędzie są atrakcyjne mecze do końca rozgrywek. Wszędzie jest zainteresowanie transmisjami telewizyjnymi i też telewizji tymi dyscyplinami. Nie jest to trudno zrozumieć, jak spojrzy się na futsal całościowo, a nie tylko przez pryzmat interesu własnej drużyny. Ale cóż, chciało się czternastu zespołów, to teraz trzeba zjeść tę żabę samemu. Jako felietonista – mimo wszystko – nie zazdroszczę nikomu tego dania.

Koszalin (wiceprezes Bednarek) oraz Bydgoszcz (wiceprezes Nowak) – tam szanowny PZPN umieścił mecze z Brazylią. Nie powinny dziwić te wybory, gdy wiceprezesi związkowi gwarantują sprawną organizację, chociaż pewnie nie byłyby te miejsca pierwszymi wyborami ogółu futsalowych kibiców. Szczególnie tych z południa Polski, gdzie futsal jest o wiele bardziej popularny niż na ubogiej futsalowo północy. Niestety, takie jest życie. Kto ma władzę, ten ma prawo wyboru. Jest taka łacińska sentencja - „Cuius regio, eius religio”. Tłumacząc dowolnie ale prawdziwie – czyja władza, tego religia. Być może nie stosuje się ona w tym przypadku dosłownie, lecz skojarzenia jakoweś nasuwają się.

Zresztą, nie zawsze w polskim futsalu według zapotrzebowania kibiców dzielono meczami. Były czasy, gdy Podkarpacie przodowało w liczbie ważnych meczów reprezentacji. Były czasy, gdy priorytety szły na Śląsk. Swoją chwilę w historii miało Podlasie. A wszystko zależało od tego, kto rozdawał karty w futsalu i jaką miał pozycję we władzach związkowych. Szkoda tylko, że nie zawsze jest doceniana przy przydzielaniu meczów wartość terenowego futsalu w danym regionie. A przecież nietrudno domyśleć się, iż mecze z Brazylią będą świętem dla kibiców futsalu i można było sprawiedliwe rozdzielić ich lokalizacją północ oraz południe Polski. I nie przekonają mnie w żadnym przypadku wyjaśnienia, że kadra chciała grać w Koszalinie, bo to dla niej od baraży z Węgrami szczęśliwa hala(!), a logistycznie byłby kłopot z przenosinami po paręset kilometrów. Podczas tournee w Brazylii w 2012 roku nie było tego problemu i samolotami nasza kadra przenosiła się na o wiele większe odległości.  

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Felietony są gatunkiem nieokreślonym w jednoznacznym wyrazie.  Często trafiają się znakomite, jednak bywają i nie trafiające w cel. Są propagandowe i są obiektywne. Znajdują się z treścią pełną efekciarstwa słownego. Niemniej bywają i takie bez zbędnej „dętologii”. Współczesny futbol, a co za tym idzie i futsal, odstające z każdą chwilą coraz bardziej od idealistycznych wizji, coraz mniej mają styczności z umoralniającą rolą sportu. Jak kiedyś chciał chociażby pewien literacki noblista. Ale pisać trzeba.

Dla wielu środowisk felieton jest ową tubą, która – ich zdaniem – powinna wyrażać poglądy, o których nie odważą się nigdy publicznie wypowiedzieć. Oni wolą ograniczać się do puszczania perskiego oka. Tacy to są owi ukryci znawcy, dający coś do zrozumienia, ale bez twardych dowodów. I to jest – przechodząc stricte do futsalu – olbrzymi problem środowiska, które faluje mocno. Ale faluje przeważnie w prywatnych rozmowach. Publicznie jakby w większości milknie.




Niedawno przeczytałem na portalu "Gazety Wrocławskiej" o losowaniu Halowego Pucharu Polski. W treści były rozbieżne ze związkowymi opinie. Inne niż oficjalne stanowiska. Idzie wiosna – pomyślałem - i być może, jakieś „futsalowe przebiśniegi odwagi” wyszły na powierzchnię. Jeżeli są konstruktywne to dobrze. Jeżeli jednak tylko w formie krytyki dla krytyki, to już nie. Nie wiem, czy polskiemu futsalowi jest potrzebny taki dyżurny opozycyjny capo di tutti capi. Niemniej otwarta dyskusja z pokazaniem twarzy już tak.

Ale, to nie pucharowe losowanie zajęło mnie najbardziej w minionym okresie. Ono było i jest nie do powtarzania. Należy grać i wygrywać. Tym czymś, co bardziej zwróciło uwagę felietonisty i zabolało w minionej dekadzie marca – jest niedokończony mecz pierwszoligowy w Pyskowicach. Nie będę się przechwalał, że przewidywałem, iż prędzej czy później do takiej konfliktowej sytuacji w polskim ligowym futsalu dojdzie. Wieszczyłem to pośrednio w wielu felietonach. Dla rozsądnie myślącego człowieka przyglądającemu się organizacyjnej stronie meczów ekstraklasy, I ligi, II ligi futsalu było kwestią czasu znalezienie dowodu na bezład organizacyjny wielu ligowych meczów. A jeszcze większe zdziwienie wywoływał brak reakcji ze strony organów prowadzących rozgrywki. Aż wreszcie stało się coś, co wcale stać się nie musiało, gdyby wcześniej myślano bardziej o organizacji meczów, czy bezpieczeństwie, miast zachwycać się głównie kolorowymi banerami, czy markowymi piłkami. I pewnie popełnię dla sympatyków futsalu wielkie obrazoburstwo, ale nie uchylę się przez to od napisania, iż wiele meczów IV lig trawiastych jest o wiele lepiej przygotowanych organizacyjnie oraz zabezpieczonych niż niektóre mecze – było nie było – centralnych rozgrywek futsalowych.

Lubię sobie czasami – mówiąc z lwowska - pobałakać o futsalu z ukraińskimi znajomymi. Wielce żałują, że ich zawodnicy traktowani są według przepisów związkowych jak futsaliści drugiej kategorii. I tylko jeden może przebywać na placu gry w meczu. No cóż, ja też żałuję. Prawdę mówiąc wolałbym na parkiecie więcej Słowian niż południowców, czy Anglosasów albo Brazylijczyków. Ale na regulaminy nie ma rady. Natomiast w wielkich superlatywach wyrażają się moi rozmówcy o pracy z naszą kadrą seniorską. Dlatego cieszy mnie, że reprezentacja idzie innym torem związkowej podległości, i – dzięki Bogu – omijają ją te różne organizacyjne perturbacje codzienności ligowej, czy pucharowej. I niech ta chwila trwa jak najdłużej.

Gdy już jestem przy podopiecznych selekcjonera Korczyńskiego, nieraz zastanawiam się nad doborem rywali do meczów. Pozytywnie odbieram kontraktowanie przeciwników z najwyższej półki, bo z kim sprawdzać się, czy próbować rozwiązań, jak nie z najlepszymi. Ale jak podejdą do sprawy kibice, kiedy zagramy ze słabszym rywalem i przegramy? Myślę, czy nie posypie się tęgi hejt na naszych futsalistów. Oby tak nie było. Liczę, że sympatycy futsalu też dojrzewają i potrafią obiektywnie oceniać sportowe wartości.




Na kanwie kontrowersyjnych niedawnych wydarzeń w naszym futsalu często padało słowo "promocja". Odniosłem wrażenie, że jest ona różnie pojmowana. A wszystko zależy, kto jak chce przedstawić swoje racje. Nie wnikając głęboko w meritum, pragnę zaapelować, by nie używać tego słowa jako zakazu wszelkiej krytyki. Wytykanie bowiem błędów nie ma nic do czynienia z utrudnianiem promocji futsalu. Jest jedynie troską o zrównoważony jego rozwój. Jak informowało dawniej motto satyrycznych „Szpilek” – „Prawdziwa cnota krytyki się nie boi”.

Związek piłkarski rozlosował mecze centralnego szczebla Pucharu Polski w futsalu kobiet. Jest to tym bardziej interesujące, że wiele zawodniczek, a i drużyn też, żwawo ugania się już po trawie. Często w teamach innych klubów niż futsalowe z czasów ekstraligi, czy też I ligi. Eksperyment godny Darwina. Być może taka „zimna selekcja” pokaże, jak się ma futsal do piłki trawiastej w pełni sezonu tej drugiej odmiany. Zapowiada się ciekawy kontredans zawodniczo-klubowy. Oby z korzyścią dla futsalu kobiecego!

 Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Łacińskie „Mysterium iniquitatis” najprościej – według mnie - tłumaczy się jako „tajemnica zła”. Nie będzie żadnym nadużyciem, gdy napiszę, że zło towarzyszy ludzkości od zarania istnienia człowieka. I nadal tak się dzieje, mimo iż ludzkość zastanawia się, jak zła pozby(wa)ć się. Zło, mimo wszystko, stanowi osnowę książek, filmów, ale też i sportowych zmagań. Póki zło jest daleko od nas, nie za bardzo zwracamy na nie uwagę. Jednak, kiedy dotyka nas bezpośrednio, walczymy z nim. Niemniej, ogólnie nie za bardzo wiemy, jak sobie na co dzień ze złem radzić.

Nasunęły mi się na myśl rozważania o „tajemnicy zła” przy okazji medialnych doniesień o konfliktowych wydarzeniach, jakie miały miejsce w podczas jednego z finałowych turniejów Młodzieżowych Mistrzostw Polski w futsalu. Jak zwykle w niejasnych przypadkach istnieją dwie strony z opiniami wzajemnie się wykluczającymi. Zawsze w takich sytuacjach staram dowiedzieć się, czy stanowiska wynikają z prawdy, półprawdy albo fałszu. Tego felietonista nie rozstrzygnie, lecz zdziwić się może – i to czyni – że w ogóle dochodzi do wydarzeń, które dla jasnych opisów, wprost ocennych, mnożą interpretacje wzajemnie wykluczające się. Nie jestem jedynym, który widzi sportowe zło codzienne. Natomiast jednym z nielicznych, który zwraca na nie publicznie uwagę.  Niezrozumiałe jest, że mimo postępu cywilizacyjnego nie bardzo wiemy, jak sobie z ową tajemnicą zła radzić. Osobiście jednak nie chciałbym, aby zło nieustannie nam towarzyszyło. Przynajmniej w futsalu. Na dodatek w rywalizacji dziecięcej czy młodzieżowej.




Odchodząc od zła przeniosę się na moment do piękniejszej strony polskiego futsalu. Kobiecy futsal, jeżeli już nie zachwyca poziomem sportowym, to przynajmniej daje pozytywne wrażenia estetyczne. W polskiej futsalowej ekstralidze nastał czas play-offów. Kolejny raz zdominowały je ilościowo zespoły grupy południowej ekstraligi. Jednak największą sensację zanotowano w rozgrywkach grupowych. Ubiegłoroczny mistrz z Rybnika został zdegradowany, na dodatek z powodu braku środków nie wystartuje w inauguracyjnej futsalowej Lidze Mistrzyń w hiszpańskiej Murcji, do czego miał prawo jako mistrz jeszcze aktualny. Potwierdza to tylko powiedzenie Heraklita, starożytnego filozofa, iż wszystko płynie (panta rei), lecz mnie utwierdza jedynie o niestabilności futsalu kobiecego w Polsce. Dobrze, że tuż po play-offach odbędzie się mecz reprezentacji kobiecej futsalu z Białorusią. Być może będzie to jedyna szansa, by ocenić jeszcze bez przeplatania z piłką trawiastą możliwości naszej kadry. Mam nadzieję, że nikt tym razem nie odmówi trenerowi Weissowi.

W męskiej ekstraklasie futsalu zwycięstwa Rekordu Bielska Biała już tak nie ekscytują, jak w poprzednim sezonie. Stały się normalnością i dopiero ewentualna porażka bielszczan potrafi zaskoczyć. Natomiast szczególną moją uwagę zwróciła zwycięska seria Piasta Gliwice, a jeszcze większą kolejne przegrane FC Toruń. Obydwa teamy prowadzą znani szkoleniowcy. Ambicje prezesów klubowych sięgają medali a nawet mistrzowskich tytułów. Na tych przykładach widać jak na dłoni, że nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca. Byli tacy znawcy futsalowego środowiska, którzy początkiem roku kierowali Piasta ku strefie spadkowej, a torunian kreowali jako najgroźniejszego przeciwnika Rekordu w biegu po mistrzowskie trofeum. Gra się jednak – co widać - do ostatniego gwizdka sędziego. I mam nadzieję, że - dbając o ekstraklasowe emocje - Rekord nie ma jeszcze podanego tytułu na złotej tacy.

Niejednokrotnie zastanawiam się dla kogo „robi się” futsal w ośrodkach, czy to ekstraklasy, czy też pierwszej ligi, gdzie na mecze przychodzi zaledwie garstka kibiców. I o ile jestem w stanie zrozumieć jednostkowe takie przypadki, to nie pojmuję sytuacji powtarzającej się w każdym sezonie. Ogólnie odbieram kontynuowanie futsalu w takich miejscach jako fanaberię prezesów, sponsorów, chcących pokazać się, względnie niespełnionych ambicji nieznanych mi z profesji ludzi, w tym też zawodników. Czy zastanowiono się nad celowością ładowania pieniędzy w „puste hale”? Może inne dyscypliny potrzebowałyby ich bardziej i wzbudziły większe zainteresowanie kibiców? Przecież sport ma dawać emocje dla ludzi, połączone z samorealizacją występujących na parkiecie. Kiedy gra się w ciszy, przy mikrym zainteresowaniu, a ściany hal nie biją brawo, żadna z tych tez nie realizuje się. I to są właśnie te jeszcze istniejące białe futsalowe plamy. Warte rozwiązania.




Każdy człowiek winien opierać się w swoich działaniach na jakimś autorytecie. Felietonista także. Oczywiście przeanalizowałem, kto mógłby być takim moim cicerone futsalowym i raptem wyszło, że grono to dotyczy góra 3-4 osób. W tym dwóch działaczy (aktualnie klubowych), jednego szkoleniowca oraz jednego sędziego. Nie będzie tajemnicą, gdy zdradzę, że konsultuję z nimi wiele wątków felietonowych. Niemniej, nie zamykam się do ściśle określonej liczby i prowadzę rozmowy z szerokim spektrum zainteresowanych futsalem.

Niedawno podczas rozmowy jeden z działaczy futsalu, człowiek z długoletnim doświadczeniem w tej dyscyplinie - mający w klubie i młodzież, i dzieci, i seniorów - zwrócił moją uwagę na „rutynizację” (słowo od rutyny) Młodzieżowych Mistrzostw Polski. Jego zdaniem należy odrzucić wszelkie statystyki przy ocenianiu całości zmagań. Najważniejsza jest – jak twierdzi – liczba rozegranych meczów w całym cyklu przez każdy zespół startujący. Wskazał przy tym na uchybienie statystyczne, mówiąc, iż nie zawsze każdy zespół, który wystartuje, zamelduje się w drugim, czy trzecim turnieju strefy eliminacyjnej. Ponadto – jego zdaniem – w obecnym systemie rosną koszty i wiele klubów tego nie wytrzymuje finansowo.

Piszę o tym, gdyż uważam, iż każde zdanie dyskusyjne jest godne przenoszenia na papier. Nie jestem zorientowany na tyle dobrze w dziedzinie MMP, by zabierać głos w tej materii, lecz wiem, że w latach, kiedy panowie Szymura oraz Czeczko układali początki młodzieżowych mistrzostw, idea była ciekawa. Dla mnie błędem jest, że przez lata nie potrafiono eliminacji podstawowych przenieść spod zawiadywania centrali związkowej na poziom wojewódzki. Jak dzieje się to przykładowo z II ligą futsalu. Już jeden z polskich poetów epoki romantyzmu mówił, że im dzieło bliższe celu, to lepiej jest pielęgnowane. I coś w tym jest.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Polski wieszcz okresu rozbiorowego po I Rzeczypospolitej, do którego przyznają się obecnie i Litwini, i Białorusini, marzył w swym najbardziej znanym dziele o tym, by jego księgi trafiały pod strzechy. W przenośni miały być one odnośnikiem nośności poematu, nie tylko w kręgach zainteresowanych, ale wszem i wobec. Nawet pośród nie zajmujących się na co dzień jego treściami. Postanowiłem posłużyć się słowami wieszcza w odniesieniu do zainteresowania medialnego futsalem w Polsce współczesnej. Nie da się bowiem ukryć, iż pozycja futsalu w tak zwanych mass mediach - obojętnie, czy pisanych, gazetowych, mówionych, elektronicznych, wizualnych, etc. - nie jest na jakimś oszałamiającym poziomie. I nie chodzi nawet o jakość merytoryczną, lecz regularny brak futsalu w gronie tzw. „pierwszego rzutu medialnego”. I to jest ta największa – moim zdaniem – słabość polskiego futsalu ery współczesnej. Rzecz – znając realia – na chwilę obecną systemowo nierozwiązywalna.

Niemniej, futsal pnie się w górę, a środowisko ani myśli odpuszczać i w wielu przypadkach bez centralnej koordynacji, poprzez rozmaite oddolne działania, próbuje trafiać pod owe przysłowiowe „strzechy”. Tym samym pokazuje, że daje sobie radę. Chwilo trwaj – chciałoby się rzec - prosząc jedynie decydentów o nieprzeszkadzanie niestosownymi zarządzeniami, względnie zaleceniami.

Najnowszym przykładem jest Konferencja Metodyczno – Szkoleniowa dla nauczycieli wychowania fizycznego wszystkich typów szkół województwa śląskiego pod hasłem „Wychowanie dzieci i młodzieży przez sport – Nowe możliwości – Futsal. Współorganizatorem przedsięwzięcia był futsalowy Piast Gliwice. Głównym pomysłodawcą profesor Marek Sitarz. Przedstawiono program – godny polecenia całej futsalowej Polsce - którego misją jest szkolenie dzieci i młodzieży w zakresie futsalu, dyscypliny jak najbardziej akuratnej do szkół. Jako felietoniście, który preferuje pozytywizm, a nie romantyczne machanie szabelką, miło mi jest, że postawiono na pracę od podstaw. Liczę, że objawią się podobne pomysły w innych regionach. Z tego co wiem, próby wciągnięcia dzieci i młodzieży do futsalu poprzez ligi szkolne czynione są choćby na Mazowszu.




Ale powróćmy jeszcze na moment do futsalowego przekazu. Wydaje się, że nawet będąc w ograniczonym zasięgu, spełnia on stosowną rolę na polu poznawczym. Z przeprowadzonych rozmów - sondaży wyziera optymizm. Coraz więcej osób poznaje dyscyplinę poprzez atrakcyjne internetowe strony klubowe, niezależne futsalowe portale, portal FE, okazyjne wydawnictwa papierowe, prowadzone konkursy, turnieje, czy nawet strony internetowe regionalnych związków piłkarskich. Do futsalu przybliżają się ludzie, którzy do tej pory uznawali to słowo za jakiś zagraniczny wyznacznik anatomiczny. Tak oto na różne sposoby powoli materializują się współczesne „futsalowe strzechy”. Jeżeli ktoś nie interesujący się dyscypliną potrafi wymówić i określić znaczenie słowa „futsal”, jest już wielkim osiągnięciem. Możliwe, że to właśnie poprzez różnorodne futsalowe przekazy przypadkowe osoby zainteresowały się „małą piłeczką”.

Sam pamiętam, jak kilka lat wstecz wysoki działacz związku piłkarskiego z budynku przy Bitwy Warszawskiej w stolicy nagminnie zamiast futsal powtarzał „fuksal”. Nie chcę wymieniać kolejnych przykładów, by niektórych wysokich rangą działaczy związku nie kompromitować (działają do teraz), jak w trakcie rozmów o dyscyplinie pytali – jakiej wysokości bandy są potrzebne do gry.

W północnej grupie I ligi futsalu doszło do dwóch nieoczekiwanych rozstrzygnięć. Dwójka liderów, zdawałoby się nie do ruszenia, doznała porażek. O ile Lubawa w Kartuzach nie musiała mieć łatwo, to porażka Leszna na własnych śmieciach z białostockim Heliosem, który obecny sezon ma wybitnie pod kreską, jest sporą niespodzianka. Tym samym „krew liderów poczuli” futsaliści Lęborka z grupy pościgowej. Może jeszcze być ciekawie. W grupie południowej duet polkowicko-gliwicki też jeszcze nie może być spokojny, gdyż Gwiazda z Rudy Śląskiej tradycyjnie czai się na zapleczu awansowym. W każdym razie rywalizacja zapowiada się pasjonująco. Patrząc w przyszłość, dwa kluby gliwickie w futsalowej ekstraklasie – powiem, dzieje się! Mogą być ciekawe pojedynki derbowe. I to nie tylko na parkiecie(!).




Jak ważna jest pozycja bramkarza w futsalu, można było przekonać się podczas szlagieru ekstraklasowego w miniony poniedziałek na parkiecie w Bielsku Białej. Rywal Rekordu, FC Toruń, musiał wystąpić bez swojej bramkarskiej podpory, Nicolae Neagu. Świątyni Rekordu strzegł kapitalnie tego dnia usposobiony Bartek Nawrat. Torunianie próbowali dwóch bramkarzy, ale oni tylko byli. Natomiast Bartek bronił. Wynik 5-0 dla niewtajemniczonych może wskazywać na grę do jednej bramki. Akurat tak nie było. Podopieczni Łukasza Żebrowskiego wcale nie byli gorsi aż na tyle goli różnicy. Niestety, mieli mniej szczęścia i brakowało im pomiędzy słupkami „mołdawskiej podpory”. Jak widać, warto w futsalu inwestować w równy duet bramkarski. Rekord to ma i wygrywa.

Gdy już jestem przy meczu Rekordu z Toruniem, wspomnę jeszcze o jednej sprawie, która nasunęła mi się na myśl w trakcie transmisji. Normą we współczesnym przekazie sportowym jest prowadzenie relacji z meczu przez komentatora oraz eksperta danej dyscypliny. Nawet transmisję z popularnego ping ponga, którą oglądałem przed futsalowym meczem, realizowały przy mikrofonach dwie osoby.

Kiedy relacje live z meczów ekstraklasy futsalowej były udziałem TVP Sport, zawsze obok komentatora był futsalowy ekspert. Akurat komentator transmisji realizowanych dla SportKlubu zna się na futsalu dość dobrze i przekazuje wiedzę oraz komentuje obraz rzeczowo i przystępnie. Też super emocjonalnie. Niemniej, nie muszą być mu znane wszelkie futsalowe tajniki. Kiedy porówna się, chociażby, przekaz komentatorski z meczu Polska - Rosja, który robiły dwie osoby, widać zdecydowaną różnicę. Nie jest mi wiadome, kto decyduje o „dołożeniu” do relacji eksperta, ale proszę o wzięcie mojego – i nie tylko – apelu pod rozwagę. Mam nadzieję, że nie chodzi o koszty.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Tygodnik „Piłka Nożna” wraz z telewizją Polsat zorganizowały wielką fetę, ogłaszając najlepszych w różnych kategoriach w polskiej piłce nożnej w roku 2018. Największym zaskoczeniem był dla wielu (ale nie dla mnie) wynik wyboru najlepszego piłkarza „kopanej” w kraju nad Bugiem, Wisła oraz Odrą. Wszem i wobec spodziewano się, iż wygra słynny „Lewy” Lewandowski. Tymczasem psikusa sprawił nienajlepszemu w roku 2018 gwiazdorowi z Monachium, Łukasz Fabiański. Wyciszony i elegancki golkiper, występujący na co dzień na Wyspach Brytyjskich, pokonał piłkarza-celebrytę. I tak powinno być. W piłkę gra się na zielonej murawie, nie w internecie (!). Gdyby pan Robert w roku minionym poświęcił mniej czasu na osobisty serial transferowy, a może też na lansowanie się medialne, zapewne nie miałby problemu ze zwycięstwem w plebiscycie. A tak – po nie najlepszym sportowo roku – i drugie miejsce jest zaszczytem.

Ale nie o piłce trawiastej chciałbym pisać w kontekście owych wyborów tygodnika „Piłka Nożna”. Od lat zastanawia mnie, dlaczego pośród różnych kategorii nie ma futsalu. Są obcokrajowcy, kobiety, młodzieżowcy, osobowości i wiele innych opcji. A futsalu brak. Według mnie świadczy to o znikomej wartości marketingu oraz PR osób za to odpowiedzialnych w środowisku futsalowym wszelkiej maści oraz opcji. Wstyd mości panowie. I to wstyd w momencie, kiedy polska reprezentacja futsalowa toczy całkiem przyzwoite mecze z Rosjanami. Nikła porażka oraz remis dają jak najlepsze świadectwo drodze budowy nowej kadry, obranej przez selekcjonera Błażeja Korczyńskiego. Co prawda nie postawiłbym jeszcze dzisiaj na bezproblemowy awans do finałów Mistrzostw Świata na Litwie, albo nawet na łatwe kwalifikacje do grona barażowiczów w walce o finały litewskie, lecz światełko nie tyle co zapaliło się, ale jasno świeci gdzieś tam w futsalowym reprezentacyjnym, seniorskim tunelu.




Mecze z Rosją w Opolu oraz Nysie, podczas których zarówno trener Korczyński jak i szkoleniowiec Sbornej Siergiej Skorowicz (pozdrawiam obydwu) próbowali nowych zawodników, nowych rozwiązań, szczególnie nam pokazały, iż niedługo możemy być gotowi do utarcia nosa teamom z pierwszej dziesiątki rankingowej futsalu europejskiego, a może także światowego. I za tym trzymam kciuki. Nie jestem aż takim optymistą, że będziemy seryjnie wygrywali z mocarzami z dziesiątki, niemniej zadowolą mnie nawet pojedyncze triumfy. Pokaże to bowiem, iż obrana droga jest właściwa i przynosi efekty. Tego oczekuję, podobnie jak regularnych wygranych z naszymi sąsiadami rankingowymi oraz zwycięstw z klasyfikowanymi niżej.

Względy zawodowe nie pozwoliły mi przybyć do Opola i Nysy. W tym czasie wojażowałem po Kaukazie, lecz po powrocie oglądnąłem mecze z nagrań. Pełne hale, futsalowa otoczka, piękna oprawa meczowa, transmisje live z fachowym komentarzem pokazują, że jak się przyłoży, to można futsal organizować nawet tam, gdzie aktualnie nie jest on sportem numer jeden. Jeszcze gdyby organizatorzy postarali się o profesjonalną wykładzinę futsalową, a nie kłuli mnie w oczy mnogością linii na parkietach hal, byłbym całkowicie kontent.

W Opolu kończył reprezentacyjną karierę kapitan Marcin Mikołajewicz, a rozpoczynał grę z opaską kapitańską Michał Kubik. Obydwaj to znaczące postacie polskiego futsalu drugiej dekady XXI wieku. Tak się złożyło, że obydwaj rozpoczynali reprezentacyjną przygodę, gdy miałem przyjemność zawiadywać polskim futsalem. I co ciekawe, na obydwóch stawiał i w klubie i w kadrze najlepszy – moim zdaniem – szkoleniowiec reprezentacji młodzieżowych minionych lat w futsalu, Gerard Juszczak.

O ile Michał od początku – według opinii znawców – był stworzony dla futsalu, to Marcin długo musiał udowadniać swoją przydatność. I właśnie ten charakter, ta nieustępliwość w dążeniu do celu podoba mi się u niego najbardziej. Zresztą nowy kapitan też jest niezwykle charakterny i wojowniczy. Czasami może aż za bardzo. Akurat ja cenię wojowników. Może dlatego, że w czasach, kiedy parałem się reprezentacyjnym futsalem, występowali w kadrze między innymi tacy wojownicy jak Korczyński, Kuchciak, Jasiński, Dąbrowski, Filipczak, Krawczyk, Szłapa, Hirsch. Nie pozwalali oni sobie byle komu w kij dmuchać. I oby kapitan Kubik pod nadzorem selekcjonera Korczyńskiego zaszczepił po dekadzie „miękkości” dawną charakterność, by nie napisać „pazerność”, nowej kadrze.

Marcin Mikołajewicz zatrzymał swój reprezentacyjny licznik na liczbie 105. Różne źródła podają, iż Krzysztof Kuchciak rozegrał w reprezentacji futsalowej 106, względnie 107 meczów. W PZPN istnieje elitarny klub reprezentanta, który zrzesza kadrowiczów mających godną ilość (powiedzmy 80) występów w reprezentacji seniorskiej Polski. Nie postawię nawet złamanego szeląga, by napisać, iż przyjęci do niego zostali oficjalnie zawodnicy futsalowi. Najzwyczajniej nie wiem.

Byłbym zaskoczony (i to pozytywnie), gdyby tak stało się. Pamiętam jak przed laty walczyłem w związku, a pomagał w tym mocno pan prezes Zdzisław Wolny, by wpisać Krzysztofa Kuchciaka do tego grona. Wynik nie był pozytywny. Może czas to zmienić. I tego oczekuję – o ile jeszcze to nie stało się – od pana prezesa Bednarka oraz pana przewodniczącego Kaźmierczaka.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS