Z notatnika dziejopisa fot. Michał Wencek

Z notatnika dziejopisa

Niejednokrotnie zastanawiałem się dlaczego tak łatwo jest manipulować opinią o trenerze. Dlaczego na początku dają kwiaty, a na do widzenia kopa. A bywa nawet, że ten kop nie ma związku z wynikami. O rezygnacji trenera Andrzeja Biangi wieść gminna niesie -  niosła* (*niepotrzebne czytelnik skreśli po posiedzeniu zarządu PZPN) już od eliminacji elbląskich. Kolejne wróble ćwierkały o niej coraz mocniej. Gołębie dachowce przynosiły coraz to nowe terminy zmian na szkoleniowych stołkach reprezentacji futsalowej. Każdy przekaz wielokrotnie i przez dłuższy czas serwowany ma w sobie coś samorealizującego. Ale obojętnie, jak rzecz cała zakończy się, zdziwionym byłbym bardzo, gdyby zmiany nastąpiły przed słoweńskim EURO.

Choć z drugiej strony nie takie volty w związkowym wydaniu futsalowym widziały już moje oczy. Czyli według łacińskiej sentencji nie stałoby się nihil novi sub sole. Zresztą trenerskie roszady są dniem powszednim i w wielkich klubach, przy których nasz rodzimy futsal to szaraczek niemal. Niedawny przykład z Bayernu, którego jestem zaprzysięgłym fanem od lat czterdziestu i kilku, jest tego najlepszym przykładem. Ale... no właśnie mam jedno „ale”. Niemiecki klub nie awansował w 2017 do finałów Ligi Mistrzów, a zespół prowadzony przez trenera Biangę awansowy cel zrealizował. Wtajemniczeni mówią, iż trener Bianga sam podał się do dymisji. Nawet o ile tak jest można jej nie przyjąć i pozwolić dokończyć dzieła zimą 2018 w Lublanie.



Gdy piszę o trenerach pozwolę sobie na kilka swobodnych myśli felietonisty o tym zawodzie. Przeważnie w większości przypadków człowiek, który długo wykonuje swoją pracę staje się lepszym fachowcem. Nabiera doświadczenia, poznaje ludzi, z którymi współpracuje, nabywa biegłości. Tymczasem wygląda na to, że z trenerami jest odwrotnie. A może tylko tak nam wmawia się. I znów posłużę się monachijskim klubem. Lat temu kilka wstecz Bawarczycy wywalczyli trofeum Ligi Mistrzów, i... zwolniono ówczesnego szkoleniowca, bo na topie był Hiszpan, który cuda czynił z Barceloną.

Okazało się jednak, że Bayern to nie Barcelona i nawet ów Hiszpan nie pomógł w odzyskaniu europejskiego czempionatu. Po Hiszpanie był jeszcze Włoch, aż wreszcie ponownie sięgniętego po swojego zwycięskiego emeryta sprzed lat. Niech ta opowieść spisana klawiaturą będzie swoistym memento dla polskich włodarzy futsalowych, by nie działać zbyt pochopnie w zmianach trenerów kadrowych. Trener bowiem oprócz wiedzy musi mieć jeszcze szczęście. Nie każdy fachowiec je nosi w plecaku. Dlatego tego ze szczęściem powinniśmy hołubić czasami bardziej od tego z wiedzą. A najlepsze są duety – szczęścia oraz wiedzy. I to daję do przemyślenia związkowym decydentom. Nie codziennie bowiem łapie się Pana Boga za nogi, jak to zdarzyło się w Elblągu w meczu z Hiszpanią. A to było właśnie owo szczęście.

Jak już jestem przy reprezentacji, to muszę nieco złagodzić tę ogólnopolską euforię po awansie do finałów futsalowych EURO Słowenia 2018. Nie, żebym nie cieszył się, ale jako felietonowy dziejopis chciałbym przypomnieć, że kadra pana Romana Sowińskiego przed finałami moskiewskimi i następne kadry przez kilka eliminacji po nim miały o wiele trudniej z awansem. Wówczas tylko osiem reprezentacji występowało w finałach i tylko po jednym zespole z grupy awansowało przez lata. Z trzeciego miejsca grupowego nawet nikt nie myślał w UEFA o dawaniu szansy w kwalifikacjach. Co najwyżej czasami coś poszczęściło się niektórym najlepszym z drugich lokat. A my obecnie z tej „trójki” przepchnęliśmy. Dziękujmy więc cały czas Europejskiej Unii Piłkarskiej (UEFA) za zmiany w systemie i powiększenie ilości finalistów do dwunastu drużyn.

Piszę też o tym, by uświadomić różnym przypadkowym, okazjonalnym, by nie powiedzieć niedzielnym żurnalistom od futsalu, których namnożyło się sporo w wyniku polskiego sukcesu, że futsal polski był, jest i będzie - niezależnie od tytułów oraz tekstów jakie pomieszczają. Proszę, by nie powodować jakichś dziwnych tekstowych, nieuzasadnionych wygibasów oraz wahnięć, czy też porywczych uogólnień. Jesteśmy z polskim futsalem najzwyczajniej tu i teraz, realizuje się długofalowy plan i małą łyżeczką łyka nasz futsal kolejne kęsy ze sporej wazy futsalowej zupy. Tak to na chwilę obecną postrzegajmy miejsce futsalu w hierarchii piłkarskiej. Nigdy nie przebijemy bowiem opcji trawiastej. I niech tylko związek dba, aby owa waza była zawsze pełna.



Kiedyś usłyszałem, jak jeden z dziennikarzy powiedział o Leo Beenhakkerze, że on lepiej od piłkarzy szkoli dziennikarzy, którzy z zachwytem "łykają" to, co mówi Holender. Jakoś przypomniało mi się to w chwili, gdy pod sukces kadry futsalu podpinają się różne osoby. Zawsze przy takich okazjach będę twierdził, że aby solidnie o czymś debatować, rzetelnie o czymś pisać, należy co nieco poznać dane środowisko. A nie tylko „przytulać się” do niego od wielkiego dzwonu (czytaj awansu). Co prawda, trudno jest wywalczyć awanse, ale naprawdę jeszcze trudniej jest pozycję wywalczoną utrzymać. I tego – nie piłkarzom, trenerom – ale działaczom centrali futsalowej oraz centrali związkowej życzę. Nie zawiedźcie. Każde miejsce gorsze niż kolejny finał pójdzie już na wasze konto. Wiem coś o tym z autopsji.

Nieraz zarzekałem się, że w felietonach nie będę pisał o wynikach, tabelach. Ale natura rywalizacji bierze górę. Napisałem tydzień temu, że Opole, Jelcz-Laskowice, Chojnice są na najlepszej drodze awansowej. I nie wiem, czy to one okrzyknięte faworytami pokpiły sprawę, czy rywale „zagotowali się” po teoretycznym odbieraniu szans. W każdym razie moje pisanie wyszło na zdrowie rywalizacji w grupach I ligi. Liderzy solidarnie polegli w swoich halach. Na dodatek w jednej z grup sytuacja tak wyrównała się, że połowa stawki mieści się w 3 punktach. I niech tak dzieje się. Oby tylko decydował parkiet, a nie arbitrzy, bo i takie pogłoski na portalach się znajduje.

I jeszcze słowo o ekstraklasie. Prezes chorzowskiego Cleareksu pewnie w najczarniejszych snach nie śnił, że Białystok tak zbije jego drużynę. Czasami chorzowski klub przypomina mi warszawską Legię. Nie brakuje kasy, są w klubie poważni ludzie, grają solidni zawodnicy, a wyniki „kratkowe”. Jakby według tej „udowej zasady”. Czyli albo się uda, albo nie. Nie wiem jak w Legii, ale Clearex mając w składzie czterech podstawowych reprezentantów kraju, całkiem przyzwoitego jak na polskie rozgrywki innostranca, nic nie ujmując rywalowi z Białegostoku, nie powinien dawać od czasu do czasu takiej plamy. Ale, może dzięki takim wynikom ligi są arcyciekawe. A w ekstraklasie kolejny raz przekroczona został bariera 40 goli. Tym razem było ich 42.

Andrzej Hendrzak