Z notatnika dziejopisa fot. Michał Wencek

Z notatnika dziejopisa

Nie tylko w polityce, ale i w sporcie są rzeczy, o których najbardziej wygadanym filozofom nie śniło się. Nie mówiąc już o felietonistach. Dla mnie najczęściej są to określenia o dominującej roli jakiegoś sportu w życiu ogółu. Kiedyś tak pretensjonalnie określano wielkość polskich reprezentacji siatkarzy, czy piłkarzy ręcznych. Zimą zawsze to dotyczy skoczków narciarskich. Niechybnie ciągle na topie jest kopanie w piłkę na trawie. Ale analizując nie wychylałbym się z określaniem tych dyscyplin jako szczególne sporty narodowe Polaków. Są sukcesy, to i naród w ich kierunku przechyla się. Nie wiem jakim genem sportowym genetyka obdarzyła najbardziej lud polski i dlatego nie jestem skłonny, aby – za często bezrefleksyjnymi dziennikarzami - powtarzać różne medialne, często aż bezdurne, wynurzenia w tym temacie.

Zawsze będę optował za stonowanym optymizmem, takim w rodzaju słów prezesa Bońka, który po gdańskiej porażce kadry Nawałki z Meksykiem szybko skarcił wszystkich nadużywających opcji sukcesowej, mówiąc coś w sensie - chyba jeszcze nie nasz czas na medal mistrzostw świata. Chciałbym owe trzeźwe spojrzenie prezesowskie zaserwować również w stosunku do futsalu po awansie do finałów mistrzostw Europy Słowenia 2018. Nie heroizujmy tego wyniku ponad miarę. Podchodźmy do niego z pokorą. Jak na razie oprócz satysfakcji nie odczuł polski futsal in gremio (oprócz zawodników kadry, trenerów, opiekunów – co im słusznie należało się) innych gratyfikacji ze strony związku, sponsorów, widzów, telewidzów, a nawet mediów. Nastroje, co prawda, po awansie wahnęły się w stronę oczekiwań, ale i szybko przygasają. Oby ów awans nie okazał się „straconym awansem”. I pamiętajmy, iż polski futsal nie zaczyna się, ani nie kończy na słoweńskich grach finałowych.



Napoleon Bonaparte mawiał: „Od dwóch dobrych generałów wolę jednego, który ma szczęście”. I coś w tym jest. Przykładowo takim szczęśliwym trenerem był zawsze w roli selekcjonera seniorskich, czy młodzieżowych kadr Andrzej Bianga. Inną szczęście przynoszącą osobą jest nadzorujący w związku piłkarskim futsal oraz beach soccer wiceprezes Bednarek. Mało mówi się o nim w aspekcie awansów „plażówki” oraz futsalu do finałów ważnych światowych, czy europejskich imprez. Ba, nawet wielu w Polsce najzwyczajniej nie wie, że jego wiceprezesowski głos jest nad wyraz ważący dla piłki plażowej oraz futsalu. Ale tak jest.

Pamiętam czasy, gdy optował mocno za odebraniem piłki plażowej z rąk pozazwiązkowych, aby znalazła się pod jasną kuratelą PZPN. Później wykorzystując nowe opcje regulaminowo-strukturalne w związku obejmował pieczę nad futsalem, a w sumie nad obiema dyscyplinami. I tak w randze wiceprezesa radzi sobie z tym do chwili obecnej. A, że przy okazji pojedzie na ciekawe imprezy do atrakcyjnych rejonów świata, to już wynika z pełnionej funkcji. I tego nie czepiajmy się. Dlatego, póki szczęście jest przy wiceprezesie, niech kieruje beachsooccerowo-futsalowymi reprezentacjami oraz nadzoruje obie niszowe dyscypliny w ramach związkowych zadań. Czasami bowiem wystarczy tylko nie przeszkadzać, a system zadziała i będzie dobrze. A prezes Jan jest właśnie z tych, co pozwalają działać. Dają swobodę. A sztukę kompromisu opanował dość dobrze, gdyż nie na darmo był kiedyś posłem w polskim Sejmie. Posłem Samoobrony. I tak trzymać – drogi Janie.

Nie da się ukryć, że awans do finałów futsalowych ME w Słowenii zaskoczył też poniekąd twórców terminarzy rozgrywek. Ale znając operatywność odpowiednich gremiów PZPN czy FE, spodziewam się, że poradzą sobie z tym przy ustalaniu terminów rozgrywek rundy rewanżowej lub pucharów. Jest to niewątpliwie niedogodność z cyklu przyjemnych i do przełknięcia. Gorzej bywa z różnymi imprezami lokalnymi, regionalnymi, czy krajowymi - stowarzyszeń, korporacji, instytucji, kiedy to włodarze klubowi wnioskują o przełożenie meczów. I wtedy dopiero okazuje się, że futsal nadal jest tylko nieprzewidywalną organizacyjnie dyscypliną, a terminarze są burzone w sposób często nieuprawniony żadnymi regulaminami. Nie sądzę, aby jakikolwiek szanujący się sport przekładał mecze ligowe na centralnym szczeblu z powodu chociażby wesela zawodnika, czy wyjazdu na wycieczkę zakładową lub spotkanie sportowo-integracyjne. Terminarze poważnych rozgrywek, wyłączając terminy wskazane przez nadrzędne federacje, powinny bowiem być rzeczą świętą. Inaczej na zawsze pozostanie dyscyplina grą, czy zabawą dla nie znajdujących sobie miejsca w prawdziwej piłce. I apeluję, aby o tym w momencie poszukiwania sponsorów, czy poważnych telewizji, nie zapominać.



Jesień w polskim futsalu to czas eliminacji młodzieżowych mistrzostw Polski. Do rozgrywek rokrocznie zgłasza się multum zespołów w kategoriach męskich oraz kobiecych. Nic tylko cieszyć się, że pomysł wyartykułowany niecałe dziesięć lat temu przez panów Szymurę oraz Czeczko – twórców systematyzacji turniejów, a także kategorii wiekowych - ma się dobrze. Z drugiej jednak strony niemal każdy trener – od seniorskich kadr po młodzieżowe – zwraca uwagę, że gier jest ciągle za mało. I to już problem przewodniczącego Kaźmierczaka i jego zastępcy Morkisa.

Zawsze znajdą się jakieś rozwiązania, które pozwolą rozwinąć projekt młodzieżowy. I do tego zachęcam PZPN, gdyż w moim odczuciu teraz, po awansie do finałów ME, jest ku temu rzadka okazja. A po drugie, gdy na niedawnym zjeździe PZPN wysłuchałem informacji o niemal 200 milionowym budżecie, to nie przekona mnie nikt - ani prezes Boniek, ani wiceprezes finansowy Nowak, że na futsal młodzieżowy nie można dać więcej. I to nie tylko dla Komisji Futsalu, ale także dla województw, by ową dyscyplinę w gronie dzieci rozwijały. I nie jest to żadną łaską, lecz obowiązkiem nawet. I myślę – drodzy terenowi działacze futsalu, że powinniście o tym pamiętać przy następnych wyborach delegatów futsalu na Walne Zebranie PZPN.

Kadra kobieca zagrała mecze z Finlandią. Dla Finek były to pierwsze mecze międzypaństwowe. I od razu obydwa wygrane. My gramy jako kadra kobieca co najmniej od 6 lat. Mimo tego reprezentacja kobieca futsalu polskiego jawi się nadal jako coś robionego przy tak zwanej okazji, by nie nazywać pospolitym ruszeniem.

Polski futsal kobiecy jest nadal lata świetlne systemowo za futsalem męskim, który dzięki przykładowi płynącemu z FE profesjonalizuje się z roku na rok coraz bardziej. Niestety, w polskim kobiecym futsalu nie będzie lepiej dopóki rozgrywki ligowe pań będą tylko przerywnikiem dla piłki trawiastej – jej klubów oraz zawodniczek, a w PZPN nie powstanie mocna opcja futsalu kobiecego (porównywalna choćby do obecnej silnej opcji młodzieżowej futsalu). Jest trudno przebijać się, gdyż nie ma tego sportu w kalendarzu UEFA. I to rozumiem, ale grajmy. Mężczyźni też kiedyś zaczynali od amatorskiej zabawy. A - jak powiedział niedawno w wywiadzie Andrzej Szłapa - dzisiejsi kadrowicze skupiają się jednak tylko na futsalu. Kiedyś i w gronie mężczyzn większość zawodników łączyła futsal z piłką nożną trawiastą, a obecnie w najwyższej klasie rozgrywkowej są to wyjątki. W futsalu męskim procentują reformy zapoczątkowane dekadę wcześniej. Życzę kobietom futsalistkom, aby ich droga była podobna. Co nie znaczy wcale, że będzie łatwo, szybko oraz przyjemnie.

P.S. Najlepszym dowodem na inercję futsalu kobiecego w Polsce niech będzie fakt, że mecz z Finlandią obejrzałem na portalu fińskiego futsalu (!).

Andrzej Hendrzak