Z notatnika dziejopisa fot. Michał Wencek

Z notatnika dziejopisa

Wywodzę się z terenu, gdzie swoje pierwsze kroki życiowe stawiali uznani polscy dziennikarze sportowi panowie - Atlas, Niemiec, Penar. Z każdym z nich przeprowadziłem wiele rozmów o sporcie i jednego nauczyłem się. Nie należy „klamkować” u drzwi pańskich. Gdy tak czyni się, to można – mówił Janusz Atlas, na zawsze pożegnać się z etosem niezależnego dziennikarstwa. Pisząc o tym zastanawiam się, co kieruje wieloma ludźmi sportowego pióra, którzy nieustannie starają przypodobać się, choćby prezesom związków sportowych. Z drugiej strony nie rozumiem poważnych prezesów od sportu, którym taka opcja jak najbardziej odpowiada. Przecież jest to oszukiwanie samych siebie. Opór takiemu wybiórczemu traktowaniu stara się dać we współczesnej dobie egalitaryzm mediów społecznościowych. W nich wszyscy są równi, ale i każdego można anonimowo zjechać. Po równo profesora i sprzątaczkę. Jak i każdego pochwalić. Często na tak zwane zamówienie. Każdy, bowiem, czuje się pełnoprawnym uczestnikiem dyskusji. A, gdy braknie siły argumentów, to od czego jest argument siły. Oczywiście, najczęściej anonimowy argument. Dawniej anonimowo można było co najwyżej nożykiem sobie wyskrobać obrażający napis na drzwiach od kibla, a obecnie w epoce internetu złym albo nieprawdziwym słowem infekuje się nie tylko sieć ale i wartości.



Puzzle najogólniej rzecz ujmując, to takie różne układanki. Ale puzzle, to też rywalizacja. Można „puzzlować” indywidualnie, ale można i zespołowo. Miliony darmowych układanek i puzzli tworzy wielką społeczność. Zapewne jeszcze większą, niż brać piłkarska, począwszy od kibiców, a kończąc na piłkarzach. W tym też całej grupy futsalowego bractwa.

Przypadkowo niedawno natknąłem się na propozycję jednego z portali, by internauci zaproponowali swoją wizję reprezentacji futsalowej Polski. Ot, taka zabawa jak wiele innych – pomyślałem. Czy jednak potrzebna – zastanowiłem się po chwili. I to w czasach, gdy mamy więcej piszących, niż z rozumem czytających. Powiększy to tylko liczbę selekcjonerów wirtualnych, mających się nijak do tych rzeczywistych. Dlatego sceptycznie odnoszę się do takich akcji i wolę wybrać rzeczywiste puzzle, w których przede wszystkim chodzi o to, by wykonując jak najmniej ruchów w krótkim czasie trafić na listę najlepszych. I za takim podejściem do tematu optuję oceniając sportowe posunięcia. Nie znaczy to jednak wcale, że nie należy od czasu do czasu racjami merytorycznymi próbować poprawiać wszechobecny, oficjalny obraz sielskości krajowej piłkarskiej rzeczywistości. I tutaj odsyłam wybiórczo do pierwszego akapitu felietonu.

Igor Sobalczyk – odkąd go znam, zawsze był bezpośredni w wyrażaniu swoich poglądów. Już na wstępie mojej wizyty w Zduńskiej Woli przed meczem z FC Toruń zapytał, czy będzie coś o nim felietonie. Oczywiście, kapitanie Igorze, są gratulacje za piękny mecz i wygraną z trudnym przeciwnikiem. Muszę przyznać, że już dawno nie widziałem w zespole Gatty tak wielkiej woli zwycięstwa. Dawali z siebie wszystko, a że przeciwnik nie zamierzał ustępować, widowisko było przednie. Losy spotkania rozstrzygnęły się w 30 sekundach finalnej minuty meczu.

Ale mecz miał dla mnie innego niż kapitan „gattowców” bohatera. Był nim Daniel Krawczyk. Ten najlepszy gracz polskiego futsalu w grze „jeden na jeden” przy jednym z goli wykonał prawdziwy majstersztyk. Nic nie przesadzę pisząc, że nie powstydziłby się go nawet słynny Portugalczyk Ricardinho. Daniel jest dla mnie zawodnikiem łamiącym w swojej karierze wiele reguł. Takim w pozytywnym znaczeniu ”enfant terrible” polskiego futsalu (w moim przekazie niesforna osoba). I niech już taki zostanie, gdyż każda próba innego  zaszufladkowania może tylko pozbawić go futsalowej maestrii. Tej „bożej iskry futsalowej”.

Kiedy opuszczałem halę przy ulicy Złotej słyszałem głosy kibiców, którzy mówili do siebie – jak to jest, że taki zawodnik nie jest w kadrze na słoweński turniej. No cóż – jak to mówią Francuzi – c’est la vie (takie jest życie), trener kadry ma swoje priorytety i należy je szanować. Myślę, że prawdziwie mocna dyskusja na temat nieobecności Daniela w reprezentacji odbędzie się dopiero po powrocie ze Słowenii. Szczególnie w przypadku, gdy tam nie powiedzie się naszemu futsalowemu teamowi.



Ile razy jadę do Zduńskiej Woli zawsze myślę, marzę sobie – a nuż usłyszę, iż budowana będzie nowa hala sportowa. Hala godna znakomitej drużyny Gatty, a i godna sportowej Zduńskiej Woli. Patrząc na niezwykle liczną obsadę vipowską - z posłem RP na czele, z miejscowymi notablami najwyższego szczebla, z licznymi ważnymi sympatykami sportu z wojewódzkiej Łodzi, z władzami ekstraklasowej spółki futsalowej, czy członkiem sztabu trenera Nawałki, nie wspominając o sponsorach – pomyślałem sobie, aby kibice przypomnieli o halowym problemie swoim włodarzom miejskim podczas tegorocznej wyborczej kampanii samorządowej.

Z drugiej strony ta hala ma w sobie coś magicznego. Jeden z zawodników powiedział mi, że czuje się tam ze względu na bliskość kibiców z każdej strony jak gladiator na rzymskiej arenie sprzed wieków. Rzeczywiście, kibice są blisko w każdym miejscu na trybunach wokół placu gry, czuć ich oddech, czuć ich presję. Hala ciągle szumi, niemal faluje. I to wyzwala kolejne pokłady emocji. Pobudza do gry. Na tej hali nie da się podczas gry odpoczywać.

Puentując temat hal, który obecnie uważam za jeden z priorytetowych dla polskiego futsalu, co potwierdziło się nawet w mojej rozmowie z realizatorami transmisji telewizyjnej, zacytuję Noela Cowarda – angielskiego komediopisarza, który mówił – „Przedtem, by dobra sztuka znalazła się na scenie, potrzeba było tylko jednej rzeczy – bohatera. Dziś dwóch – odtwórcy roli tytułowej i bohatera – dyrektora teatru, który odważy się ją wystawić”. I niech to będzie futsalowy lejtmotyw samorządowych wyborów.

Andrzej Hendrzak