Z notatnika dziejopisa fot. Michał Wencek

Z notatnika dziejopisa

Reprezentacja Polski w futsalu podczas zakończonych mistrzostw Europy Słowenia 2018 wstydu polskiej piłce nie przyniosła. Sam udział w finałach można zaliczyć sportowo jako przysłowiowy krok w przód. Los w ustalaniu grup w finale wybitnie nam nie sprzyjał. Sam fakt, że z naszej grupy, jako jedynej, dwa zespoły znalazły się w czołowej czwórce mistrzostw, wystarczy za komentarz. Ale robić należało swoje, mimo iż niebiosa nie szły z nami ramię w ramię. Rzekomo idą z najlepszymi, a my w Słowenii do nich nie należeliśmy. Niemniej, jako sukces zaliczyć należy grupowy remis z Rosją, podparty solidnym stylem gry. Reasumując krótko - cudu nie było, szczęścia nieco tak. EURO przetrwaliśmy. Ale przetrwaliśmy walką. Gratuluję.

Nie rozumiem za bardzo informacji na forach internetowych o niewykorzystanej szansie. Nie przesadzajmy z oczekiwaniami. Nie zawracajmy sobie głowy wspominkami o niewykorzystanej szansie. Nie oszukujmy się jakimiś karkołomnymi w wyrazie stwierdzeniami, że zagraliśmy trzy dobre połowy i jedną złą. Nie twórzmy bohaterów na siłę, bo nie jest to nikomu potrzebne. Najsensowniej spuentował wynik grupowy trener Korczyński mówiąc – „Byliśmy blisko, stanęliśmy w drzwiach, trzeba było zrobić ten krok. Ale jeszcze nas na to nie stać”.  Ja dodam –  dobrze, że mieliśmy możliwość stanąć na progu tego futsalowego salonu. Przyjrzeć się jak jest urządzony. Do kolejnych mistrzostw europejskich mamy cztery lata, a ta słoweńska lekcja - pokazując, że nie jesteśmy już typowym chłopcem do bicia - bardziej zaprocentuje niż „szczęśliwy” awans. Kolejny krok – poniekąd – staje się więc obowiązkiem.



Co mi utkwiło i o czym będę pamiętał – oprócz remisowego wyniku z Rosją - w wykonaniu polskich futsalistów na parkiecie w Lublanie. Na pierwszy miejscu wymienię kapitalny strzał Soleckiego w meczu z Kazachstanem. Na drugim wspaniałą postawę Kałuży w bramce w meczu z Rosją. Trzecie zarezerwuję dla Popławskiego, za solidny mecz w defensywie z Rosją. I wreszcie umieszczę Kubika, za jego szczęśliwe uderzenie sekundy przed końcem meczu, dające remis z Rosją. Nie byłbym sobą, gdybym tylko pochwalał. Dlatego napiszę, że widzę potrzebę wymiany kilku graczy. Ale których, pozostawiam do decyzji selekcjonerowi. I wiem, że bez koniecznych zmian nie podołamy kwalifikacjom do jak najwyższych etapów najbliższych eliminacji finałów światowych. Przypomnę, że raz graliśmy w tych finałach. Było to w Hongkongu w roku 1992. Czas wziąć się i za nie. Zafundować młodemu pokoleniu polskiego futsalu „światową” powtórkę.

Napoleon mawiał, że od dwóch dobrych generałów woli jednego, ale ze szczęściem. Ja też za tym optuję. Ale kto ma to szczęście przynieść – nie wiem. Czy trener z koncepcją oraz personaliami, czy zawodnicy formą oraz grą. Jest to typowo hamletowskie pytanie, na którego rozwiązanie daję sobie oraz reprezentacji czas do eliminacji najbliższych mistrzostw świata. Aby było jasne - nie mam pretensji do piłkarzy, robili co mogli, czy potrafili. Jak ich trener ustawiał, tak grali. Odnosząc się do wspomnianego „hamletowskiego przykładowego wskazania” życzę związkowi, aby prezentowane z trybun wprost bezcenne, zawiedzione wynikiem spotkania Rosja – Kazachstan, miny telewizyjne prezesa Bednarka oraz przewodniczącego Duraja były jak najrzadsze. I oby prezesi innych nacji byli tak markotni. To właśnie stoi za moją tezą o potrzebie szczęścia - i personalnego, i meczowego - w sporcie.



Nie tylko Słoweńcy, ale i Rosjanie, czy koledzy z Ukrainy, Rumunii mówili mi, że sporo kolorytu wnieśli oraz pozytywne wrażenie zrobili polscy kibice. Na mnie zresztą też. Byli widoczni w arenie oraz w telewizji. Byli głośni, kolorowo biało-czerwoni. Było ich wielu, co pokazało, że futsal budzi w naszym kraju zainteresowanie. I tylko go dopieszczać, ale już w kraju. Co zdaje się rozumieć spółka FE, fundując co rusz nowe rozwiązania oglądania meczów ekstraklasy dla  sympatyków futsalu. Zresztą, gdzieś tam w cieniu słoweńskich mistrzostw spółkowe władze dopięły kilka promocyjnych, marketingowych ruchów, które – da Bóg – przyczynią się realizacji projektu sponsora strategicznego. A co to znaczy „strategiczny sponsor”, miałem możliwość zobaczyć wracając z południa Europy, gdy po drodze zawitałem do Tarnobrzega, gdzie tenisistki stołowe grały o półfinał pingpongowej Ligi Mistrzów. Był nowy sponsor utytułowanych tarnobrzeskich tenisistek (ENEA) i była transmisja w TVP Sport. Patrząc, rozmarzyłem się o powrocie tej stacji do futsalu. Rozumiem, że na początek nie będzie 120-tysięcznej oglądalności, jaką zanotował Polsat Sport podczas meczu Polski z Rosją w Słowenii. Ale tylko solidne stacje są w stanie wspomóc na poważnie dyscyplinę. Rzekomo dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane. I dodam - też marzeniami.  

Historia jest może nierychliwa, ale sprawiedliwa i wreszcie Portugalia została mistrzem Europy. Kibicuję jej od wielu lat, mogłem więc spokojnie w niedzielny poranek wychylić szklaneczkę Porto otrzymanego od sympatyków lizbońskiego Sportingu przed laty. Za sukces. Kiedy tak spijałem ten specjał, pomyślałem sobie – 17 lat temu wyeliminowała ich polska reprezentacja pod wodzą Romana Sowińskiego z finałów mistrzostw Europy. Nie przeszkodziło im to nadal być europejską czołówką i w kolejnych finałach brać udział oraz wywalczać medale. U nas natomiast było odwrotnie – 17 lat czekania na kolejny awans. 17 lat bujania się po różnych eliminacjach bez sukcesów. Patrząc na nasz obecny futsal wcale nie mam pewności, że kryzys został przełamany i kiedyś będzie tak jak z Portugalią. Nie wnikam w szkolenie, to temat nie tylko dla polskiego futsalu na oddzielną opowieść, czy felieton. Raczej patrzę na uchybienia organizacyjne, które nas różnią od Portugalczyków. Przede wszystkim rzuca się w oczy niespotykana w innych nacjach fluktuacja selekcjonerów reprezentacji (od 1992 roku do chwili obecnej było ich aż 20) oraz niesamowita karuzela działaczy komisji futsalowej. Trafiają do niej nie raz nie dwa ludzie otrzymujący to miejsce jako nagrodę za działalność w piłce, co niekoniecznie wiąże się stricte z futsalem. Tak było kiedyś, jest teraz i zapewne będzie w przyszłości też. A już w starożytności Cyceron mówił, że doświadczenie jest najlepszym nauczycielem. I Portugalczycy to wiedzą, w odróżnieniu od nas. A raczej, w odróżnieniu od decydentów polskiej piłki.  

Andrzej Hendrzak