Z notatnika dziejopisa fot. Michał Wencek

Z notatnika dziejopisa

Niedawno jeden z dziennikarzy zapytał działacza sportowego, będącego w kierownictwie jednego ze związków sportowych, czy bycie działaczem nie koliduje mu z pisaniem felietonów o tematyce sportowej. Działacz tylko roześmiał się i odpowiedział, że nie widzi merytorycznego związku w pytaniu. Opowiedział mi o tej wymianie zdań inny dziennikarz, obecny przy rozmowie. Słysząc to pomyślałem sobie wtedy: oby tylko takie problemy w łączeniu funkcji mieli działacze sportowi, byłoby całkiem dobrze. Tymczasem parają się niezliczoną liczbą działań, które nijak mają się do etyki sportowej, a nawet bywają zakazane. I dlatego, parafrazując słowa znanej piosenki, jestem zdania, że prawdziwych działaczy już nie ma. Natomiast w sporej liczbie są pracownicy sportowi, czyli pobierający niezłą kasę lub inne gratyfikacje przynależne do pełnionych funkcji ludzie, których wiele lat temu nazywano by działaczami, jak najbardziej zasadnie. A odnosząc się do przedstawionego na wstępie akapitu pytania podeprę się aktorem Maciejem Stuhrem, który powiada, że gra - jak nie pisze oraz pisze - jak nie gra. I to byłoby na tyle o mojej filozofii na styku działacz – felietonista.



Nieoceniony recenzent moich felietonów, pan Józef, zapytał, z czym kojarzy się mi niezwykle popularne powiedzenie "umiesz liczyć, licz na siebie". Szybko odpowiedziałem, że z emeryturą. Pan Józef tylko roześmiał się i stwierdził, iż on raczej myślał o sporcie, a dokładnie o futsalu. Słysząc w słuchawce ciszę dopowiedział – to jest rada starego działacza, który propagował przed 30 laty futsal w Polsce. I kontynuował – niech każdy wie w klubie, czy w związku terenowym, że wszelkie centrale w sumie i tak potraktują futsal jako dyscyplinę niszową. Zresztą dodał – popatrz pod jakie struktury w PZPN podlega futsal: pod pion piłki amatorskiej, więc komentarz zbyteczny. Nie będę odnosił się do słów pana Józefa. Przyjmuję je z pokorą, ale coś zaświtało mi w głowie po jego wypowiedzi.

Otóż niedawno odbył się w stolicy finał ogólnopolskiego turnieju halowego dla dzieci o puchar prezesa Bońka. Super impreza, którą jak najbardziej popieram. Ale czegoś mi zabrakło w nazwie. Jak wielce wspomogłoby futsal, gdyby przy turnieju zaistniało owo magiczne słowo – „futsal”. Nazwisko prezesa Bońka jest niezwykle nośne promocyjnie, marketingowo. Jestem pewien, że po wielokroć bardziej niż wszystkich współpracowników z wiceprezesami oraz członkami Komisji Futsalu włącznie. I o brak tego „słówka” mam żal do decydentów piłkarskich. Żal o straconą szansę.

Przeczytałem na jednym z portali futsalowych, iż reprezentacja trenera Korczyńskiego w terminie świąteczno-primaaprilisowym zagra w dwa mecze w Brazylii. Piękna eskapada, godny przeciwnik. Jest szansa coś podpatrzyć i przygotować się (!) do kolejnych zmagań europejskich z nacjami, które w składzie mają Brazylijczyków. Jest to trzeci wyjazd naszej kadry futsalowej do kraju kawy. Organizując poprzedni wyjazd zaprosiłem nań prezesa Bednarka, który wówczas stawiał pierwsze kroki przy centralnym futsalu. Same tylko „ochy” i „achy” padały z jego ust w trakcie pobytu i po powrocie. Liczę więc, że teraz jako miłościwie nam panujący prezes od futsalu reprezentacyjnego uczyni wszystko, by krajowym sympatykom, pasjonatom futsalu dać możliwość ujrzenia brazylijskich wirtuozów w Polsce.
Traktujmy to nawet jako swoistą rehabilitację promocyjno-marketingową za sytuację opisaną we wcześniejszym akapicie.

Aby zakończyć temat brazylijski wspomnę tylko – tonując nieco nastroje euforystyczne o niebywałym wzroście poziomu sportowego-organizacyjnego polskiego futsalu – że przed finałami futsalowego EURO w Moskwie 2001 roku Brazylijczycy, zapraszając nas na mecze, sfinansowali przeloty na trasie Europa – Ameryka Południowa. Rzecz obecnie nie do pomyślenia. Czyli jeszcze trochę nad poziomem - i to nie tylko sportowym - polski futsal musi popracować.

Termin halowych gier dziecięcych o puchar prezesa Bońka zbiegł się czasowo z finałami futsalowymi Akademickich Mistrzostw Polski, które też odbywały się w Warszawie. Polska stolica w porównaniu z Mexico City, w którym kiedyś, wizytując przyszłego prezesa PZPN oraz – jak na razie - jedynego króla strzelców finałów mistrzostw świata (życzę Robertowi Lewandowskiemu, aby w Rosji dołączył do Grzegorza Lato) przyszło mi błądzić, to miasto o wiele mniejsze, więc nie było problemu z obskoczeniem weekendowym obydwu imprez. Studencka impreza na luzie, niemal festynowa. Typowe sportowe juwenalia z domieszką rywalizacji. Związkowa z całym niezbędnym ceremoniałem. O związkowej media pisały wiele. O studenckiej jako tako, tylko profilowe.



A futsal akademicki przecież winien być solidnym zapleczem dla naszego futsalu. I tak pewnie rozumieją go obserwujący zmagania trenerzy reprezentacji Polski; męskiej – Korczyński oraz żeńskiej – Weiss. Poziom żeńskiej rywalizacji był całkiem przyzwoity. Krakowskie Jagiellonki oraz futsalistki z wałbrzyskiej PWSZ zdominowały rywalizację. W kategorii męskiej poza konkurencją był obrońca trofeum – Uniwersytet Warszawski. Osobiście wyróżniłbym jeszcze studencką drużynę z częstochowskiej Akademii Jana Długosza. Nie znam jakości kontaktów na linii władze AZS a związek piłkarski, czy Spółka FE, ale może sensownie byłoby pomyśleć, by w przyszłości termin akademickiego finału był wolny od gier ligowych. To tylko wpłynie pozytywnie na rodzimy futsal.

Kiedy we wtorek przed finałami młodzieżowych mistrzostw Polski U-18 chłopców spotkałem się z panem Januszem Szymurą i a priori chciałem mu pogratulować kompletu tytułów w MMP w kategorii chłopców w sezonie 2017/2018 był niezwykle wstrzemięźliwy w odbiorze. Prawdę mówiąc nie przypuszczałam, iż ktoś może zagrozić Rekordzistom. Tym bardziej, że turniej finałowy miał odbywać się w „jaskini lwa”, czyli bielskiej hali przy ulicy Startowej. A jednak stało się inaczej. Drużyna z Bochni w finale pokonała faworyzowany team bielski. Jednej perły w przysłowiowej młodzieżowej „Koronie Królów” zabraknie Rekordowi. I to jest właśnie to piękno sportu. Nie ma faworytów do ostatniego gwizdka sędziego.

Na kanwie rywalizacji osiemnastolatków napiszę, że dobrze stało się, iż Komisja Futsalu uznała niejako to współzawodnictwo za najważniejsze w rywalizacji młodzieżowej, warunkując udziałem w nich pewne założenia licencyjne dla klubów. Od zawsze, kiedy jeszcze za mojej kadencji związkowej wprowadzaliśmy kategorie wiekowe do rozgrywek młodzieżowych uważałem kategorię U-18 za podstawową. Chociaż dla wielu sztandarowe miały być finały U-20. Wierzę, że teraz w kontekście mistrzostw Europy U-19 dyskusja w tym temacie zostanie przecięta raz na zawsze.
    
Andrzej Hendrzak