Z notatnika dziejopisa fot. Michał Wencek

Z notatnika dziejopisa

Krzysztof Ignaczak, to jeden z najwybitniejszych polskich siatkarzy. Z wielką atencją podchodziłem przed laty do rozmów z nim jako zawodnikiem. Tym bardziej teraz zawsze z zainteresowaniem czytam jego przemyślenia dotyczące piłki siatkowej. Niedawno zabrał głos na temat piłek, jakimi będą rozgrywane mecze barażowe o awans do PlusLigi siatkarskiej. Cały szkopuł – jego zdaniem – tkwi w tym, że PlusLiga gra mikasami, a zaplecze, czyli I liga moltenami. Do barażów będzie użyta piłka Mikasy. Zdaniem pana Krzysztofa piłki te różnią się sporo i potrzeba trochę czasu, by przyzwyczaić się do innej. A Mistrz wie co mówi.



Niby jest to problem daleki od futsalu, gdyż jedno co łączy bliżej te dyscypliny to gra na hali. Ale... No właśnie, w futsalu też mamy baraże. I też ekstraklasa gra innymi piłkami (select), a I liga innymi (masita). Jest więc problem, czy go nie ma? Moim zdaniem nieduży, ale jest. Nie wiem jakie piłki zostaną zadysponowane do użytku barażowego pomiędzy zespołem ekstraklasy a uprawnionym do tego pierwszoligowcem. Kiedyś próbowałem obydwu na nodze, ale nie jestem zawodnikiem, by oceniać. Niemniej, optowałbym za selectem, jako sprzętem ekstraklasowym. Tym bardziej, że walka toczyć się będzie o najwyższy poziom rozgrywkowy.

Najprostszym rozwiązaniem byłoby jednak unikać baraży i utrzymać awans bezpośredni dwóch mistrzów I ligi, względnie dać szanse bezpośredniego awansu też wicemistrzom. Przecież czternastozespołowa ekstraklasa, to całkiem ciekawe rozwiązanie. Mnie przy takim podejściu gnębi tylko jedno pytanie. Patrząc na rozgrywki ekstraklasy oraz I ligi wcale nie jestem pewien,  czy wszystkie zainteresowane kluby dadzą radę spełnić wymogi licencyjne, aby wizytówką futsalu nie być tylko na papierze.   

Kiedy już jestem przy I lidze futsalowej nie od rzeczy będzie wspomnieć, iż w grupie północnej jeszcze cztery zespoły walczą o awans i udział w barażach. Natomiast na południu są to trzy teamy. I jeden z tych kandydatów ma mecz zaległy do rozegrania. Dla mnie zawsze dziwnym jest, a zdarza się to prowadzącemu pierwszoligowe rozgrywki po raz kolejny, że mecze są przekładane i grane przed finalną kolejką rozgrywek. Broń Boże, nie posądzam nikogo o złą wolę lecz dziwne konotacje nachodzą same.

Z niesmakiem przeczytałem niedawno o perypetiach reprezentacyjnych piłkarek trawiastych z podróżą do Szkocji na mecz eliminacji mistrzostw świata. Traktuję to jako wydarzenie losowe bez jakichkolwiek podtekstów. Niemniej, nie mogę sobie wyobrazić, by opóźnienie samolotu aż o tyle godzin mogło zdarzyć się reprezentacji seniorskiej mężczyzn. Tej od Lewandowskiego. A nawet jakiejkolwiek męskiej młodzieżówce. Nie chcę, opisując ten przypadek, znachodzić potwierdzenia mojej tezy z kilku felietonów, że futsal, piłka kobieca, czy plażowa są jakby w pewnym stopniu sportami niszowymi w porównaniu do „trawy męskiej”.  I obojętnie co robiliby fani futsalu, to wyżej pewnego poziomu, by nie napisać brzydko, nie podskoczą. Chyba, że przeniosą się do Hiszpanii, Rosji, Portugalii albo Brazylii.

Nieodgadniony pan Józef – stały recenzent pisanych przeze mnie cotygodniówek, zagadnął podczas mojego pobytu w Krakowie w temacie klasyfikacji indywidualności polskiego futsalu za rok 2017. Przypomniał, że takie felietonowe porównanie popełniłem za rok 2016. Oczywiście, drogi Józefie – tak było. Ale, co mam teraz wykazywać, czy porównywać jak w futsalu wszystko kręci się wokół czterech osób i kolejność ważności zdarzeń, decyzji, możliwości każdy może sobie sam ustalać według poważania, czy sympatii?

Celowo abstrahuję od merytoryki. A te osoby to są panowie – Kaźmierczak, Karczyński, Bednarek, Korczyński. Jeżeli mam już coś, a nie kogoś wyróżnić, to oprócz kolejnego wyeksponowania awansu reprezentacji do finałów ME wytłuszczę dopięcie spraw organizacji II ligi, a szczególnie makroregionalnego systemu awansowego oraz systematyczne wzmacnianie się marketingowej stabilności FE. Na inne spostrzeżenia przyjdzie czas, kiedy „wybuchną” jakieś spektakularne działania. Na razie bowiem ogólnie przeważa powielanie, przestawianie, podróżowanie (prezesów).



Tenże pan Józef podesłał mi przy okazji klasyfikację strzelców ekstraklasy. Na dwie kolejki przed zakończeniem rundy zasadniczej lideruje Marcin Mikołajewicz. Za nim kolejno plasują się  Michal Seidler, Daniel Krawczyk, Sebastian Leszczak, Paweł Budniak, Oleksandr Bondar, Michał Marciniak. Gdy patrzyłem na maila od pana Józefa przed oczy od razu nasunęła mi się myśl – kto ma strzelać gole w reprezentacji, jak w czołówce strzelców tylko reprezentacyjny kapitan z Torunia? Co prawda, jest jeszcze Leszczak, ale on został dokooptowany do kadry dopiero po pięciu golach w meczu białostockim Cleareksu (ach co to był za festiwal i co za szczęście, że mogłem go naocznie oglądać w białostockiej hali).

Nie jestem taktykiem, czy strategiem szkoleniowo-selekcjonerskim, ale nawet dla laika zauważalne są owe zachwiania defensywno-atakujące w kadrze. A większość goli zdobytych w tym roku przez nasz zespół reprezentacyjny w pięciu meczach kadry (raptem 3, w tym 1 brazylijski samobój) wynika najzwyczajniej ze szczęścia. Nie wiem, czy jest to pokłosiem faktu, że większość snajperów z czołówki ekstraklasowej ogląda mecze kadry w telewizji, a dodatkowo dwaj z nich to zagraniczniacy, ale - przynajmniej dla mnie - jest to zagadka. Nierozwiązywalna na tę chwilę zagadka. Francuski filozof oraz historyk Hipolit Taine mawiał przy takich subiektywnie ocennych wrażeniach – „Może jest rzeczą nieroztropną spisywać pierwsze wrażenie, ale czemuż ich nie spisać, skoro ich doznaje się?". I to też jest prawda.

Andrzej Hendrzak