Z notatnika dziejopisa fot. Michał Wencek

Z notatnika dziejopisa

Lato tego roku mamy niezwykle upalne. Nie przymierzając afrykańskie. Jednak przechodząc do futsalu napiszę, że kanikuła roku 2018 jest dla kopiących małą piłkę na hali dość zapracowana. Wydarzenia sportowe z udziałem drużyn akademickich w lipcu oraz sierpniu. Sierpień, to tradycyjnie początek treningów elity ekstraklasowej. Ponadto Rekord wystartuje w eliminacjach futsalowej Ligi Mistrzów. Odbędą się ciekawe turnieje oraz multum gier kontrolnych. A wszystko będzie działo się w interesującej międzynarodowej obsadzie. Nawet dowodzeni przez pana Przemysława sędziowie nie wypoczywają za wiele i praktycznie albo teoretycznie walczą o awanse, lokaty rankingowe i z zaciekawieniem spoglądają na ogłaszane klasyfikacje w tych swoich „topach”.  Tak czy inaczej coś dzieje się.

A jeszcze kilka lat temu nie do pomyślenia było w futsalu, aby w okresie wakacji pisało się o futsalu. Co najwyżej, gdzieś tam przy okazji jakichś okazjonalnych turniejów nad Bałtykiem, czy jeziorami, kiedy pokopano sobie na hali, a głównym celem spotkań było ognisko, piwko, plaża, woda. Ci co cierpliwie czekali, licząc na zmiany, są zadowoleni. Malkontentom ciągle będzie mało. Niemniej, bądźmy cierpliwi. Dla mnie - to słowo klucz, ma w sporcie pierwszorzędne znaczenie. I tyle tytułem ogólnego wstępu.




Przechodząc do szczegółów napiszę, iż zadowoliły mnie akademiczki futsalowe z  Uniwersytetu Jagiellońskiego, które przywiozły z portugalskiej Coimbry brązowy medal Europejskich Igrzysk Uniwersyteckich, czy też jak mówią inni – Studenckich. Czwarte miejsce przypadło studentkom z wałbrzyskiej PWSZ. Gratulacje. Niestety, nie mogę tego słowa użyć wobec reprezentacji męskich Uniwersytetu Warszawskiego oraz Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. Dolna połowa drugiej dziesiątki w rywalizacji absolutnie mnie nie zadowala. Mam nadzieję, że studentów, ich działaczy oraz trenerów też. Czyli jest co robić. I proszę pamiętać przy tym – cierpliwość popłaca. Może w kolejnej edycji będzie lepiej. O cierpliwości pamięta pewnie arbiter Sławek Steczko, który poprowadził wielki finał zmagań w Coimbrze. A jeszcze niedawno był zmartwiony, iż ma zbyt mało obsad międzynarodowych. I jak tu nie być cierpliwym.

Rozglądam się w letni upał wokół naszych granic i zauważam, że tylko Niemcy odstają futsalowo od reszty sąsiadów Polski. Niemcy – taka potęga piłkarska. Inaczej rzecz wygląda w Rosji, na Ukrainie, w Czechach, na Białorusi, czy Słowacji. Za Bałtyk nie zaglądam. Ale jest szansa, że i za Odrą zmieni się, Futsalowy mistrz Niemiec, zespół VfL 05 Hohenstein-Ernstthal e. V., przygotowując się do startu w eliminacjach futsalowej Ligi Mistrzów rozegrał kontrolne mecze w Pniewach. Nie o wynik chodzi. To pozostawię statystykom. Od dekady obserwuję starania Niemców o godziwy rozwój futsalu. Jak na razie idzie to naszym sąsiadom nieco opornie. Chociaż mają już reprezentację, co ciekawe powołaną na zasadzie swoistego castingu, a ich futsalowy Nationalmannschaft nawet pokonał Anglików (tak na marginesie też żadną futsalową potęgę europejską).

Obserwując Niemców, przypominają mi się początki naszego futsalu. Trudno było. Chociaż, co miałem możliwość zaobserwować podczas pobytów u nich oraz rozmów w ich federacji, organizacyjnie lepiej wyglądają niż my przed dwudziestu laty, czyli na początku naszej futsalowej drogi. Myślę, że i teraz w rywalizacji z nimi w sferze stricte organizacyjnej (organizacja meczów, porządek, solidność) mielibyśmy niełatwo. Tym bardziej, że w futsalową kampanię przed pierwszymi meczami reprezentacji zaangażowały się tamtejsze media z „Frankfurter Allgemeine Zeitung” na czele. Tylko pozazdrościć i zapytać – dlaczego polskie topowe media nie są zainteresowane poważnie naszym futsalem? Na ważnych imprezach bywają u nich byli znani piłkarze z trawy. Chociażby Horst Hrubesch. Prezes związku też nie próżnuje. Z nostalgią wspominam, jak czynił to kiedyś u nas prezes Listkiewicz. Obiegowe powiedzenie niemieckie informuje „Ordnung muss sein” – porządek musi być. Gdy do tego doda się cierpliwość, jestem pewny, że za lat kilka doszlusują do Europy futsalowej. I pewnie z niezłymi wynikami.



Niejednokrotnie zastanawiam się, jakie są powody, że olbrzymie masy ludzkie oglądają widowiska sportowe. Najróżniejsze mecze, walki, wyścigi, mityngi gromadzą przed telewizorami czy na arenach dużo większą widownię, niż wydarzenia kulturalne lub polityczne. Czyżby człowiekowi aż tak był potrzebny niepowtarzalny smak rywalizacji? A może przeważa fakt, iż w sporcie nie da się generalnie prezentować głównie pustoty? A może dlatego, że wynik jest widoczny ad hoc na ekranie, czy stadionie, bez czarów z urną albo sondażami? A może z powodu niemożności stosowania dubli – jak w przypadku aktorstwa serialowego? Przy okazji rozmyślam, co ciągnie ludzi do piłki, w tym do futsalu. Nie wierzę, że większość przechodzi do futsalu – jak określa kolega, recenzent Józef – po niespełnieniu się w piłce trawiastej. Sporo osób sfrustrowanych brakiem osiągnięć w dużej piłce zapewne przerzuca się na futsal, gdzie niewątpliwie istnieje możliwość szybszego oraz tańszego zabłyśnięcia. Ale, czy tylko dlatego? Pozostawiam bez odpowiedzi.

Ogólnie, dla mnie niezbyt ważne jest, dlaczego lubują się w futsalu. Zostawię to socjologom. O wiele bardziej ważnym jest, by ten futsalowy wózek ciągnęli w jednym kierunku. Tymczasem u nas nawet fakt bycia w jednej spółce, komisji, klubie, stowarzyszeniu lub przebywanie blisko siebie na widzowskiej trybunie wcale o tego nie powoduje. Podsumuję więc felieton takim chińskim powiedzeniem, które ponad trzy dekady temu usłyszałem w Mongolii od starego Chińczyka. Mówił on do mnie – „fakt, że dwie osoby śpią w jednym łóżku nic nie znaczy, gdyż mogą mieć one różne sny”. Tak skojarzyło mi się to  w odniesieniu do lokacji futsalu w związku, czy nawet współpracy w gremiach wszelakich. Obawiam się, że są sytuacje, w których i cierpliwość nie podoła.   

Andrzej Hendrzak