Z notatnika dziejopisa fot. Michał Wencek

Z notatnika dziejopisa

Nie należę do ludzi mówiących – „ a nie mówiłem” – gdy coś nie uda się w momencie, kiedy realizowana jest inna koncepcja niż moja. Niemniej, przyglądam się nadal danemu projektowi i próbuję po raz kolejny wnosić uwagi. Z drugiej strony nie należy ode mnie oczekiwać przytakiwania w takich momentach. Natomiast kiedy pragnę coś realizować czynię to na własnych zasadach. I mam to szczęście, że dawano mi w przeszłości i daje się obecnie swobodę działania, czy to zawodowo, czy społecznie, czy sportowo, czy pisarsko. Oby tak trwało.




Patrząc z dystansem na polski futsal zauważyłem, że nie ma w nim autorytetów, którym można byłoby w pełni zawierzyć. Nie ma osób, których wizja lub mapa drogowa w pełni satysfakcjonowałaby – nie tylko mnie, ale całość środowiska. Zapewne całościowej wizji nie doczekam się an bloc ze związku. Na przykład od odpowiedzialnego wiceprezesa. Chociaż prowadzone w ciągu minionego dwulecia przez przewodniczącego komisji pewne systemowe zmiany idą w dobrym kierunku. I kibicuję mu. Ale przewodniczący jest tylko jeden, a działaczy – potakiwaczy masa.  I to jest ten najpoważniejszy feler. Potakiwanie. Oficjalne potakiwanie, a w kuluarach krytykowanie. Obawiam się, iż w podobny sposób może zapętlić się ekstraklasa. Proszę mi wierzyć, nie ma nic gorszego niż ciągłe przytakiwanie, czy potakiwanie. I to poddaję ku rozwadze przed nowym sezonem rozgrywkowym w polskim futsalu.

Piotr Szymura, który jest dyrektorem od spraw sportu w Rekordzie SSA, po dwóch sparingowych klęskach z Barceloną wypowiedział znamienne słowa, które każdy działacz, zawodnik, sędzia, trener parający się futsalem, czy tylko jemu sympatyzujący powinien zapamiętać na lata. Zacytuję słowa dyrektora za jednym z portali internetowych – „Pozytywem jest to, że obnażone zostały nasze błędy i niedostatki, o których na podstawie meczów w naszej lidze pewnie nawet nie wiedzielibyśmy. Niby tylko dwa mecze, a materiału do analizy mamy więcej, niż przez całą rundę w lidze”. Tymi oto słowy podsumowana została moc naszego futsalu, a szczególnie ligi. Jest na nad czym pomyśleć.

Słowa pana Piotra są sporo zbieżne z moimi poglądami. Niemniej jego brzmią wyraziściej, gdyż jest na co dzień przy klubowym futsalu, a ja tylko od święta. Szybko jednak po obserwacji zauważyłem, że o ile ekstraklasa stara się wszechstronnie doskonalić, to I liga nadal amatorka. O II lidze nie będę nawet rozwodził się, gdyż wygląda to – jak na razie – na typowe „szlacheckie pospolite ruszenie” okresu I Rzeczypospolitej. O rozgrywkach futsalu kobiecego przez grzeczność wobec płci nadobnej nawet w takim kontekście nie wspomnę.

Ciągnąc jeszcze przez chwilę temat Rekordowy, wystąpię z odezwą do klubów ekstraklasy, które chciałyby Rekord naśladować w kwestii organizacyjnej. Proszę sobie nie zadawać trudu. Proszę szukać własnej futsalowej drogi w organizacji klubu. Na chwilę obecną Rekord jest dla stowarzyszeń polskiego futsalu nie do skopiowania. Powodów jest wiele, ale wymienię tylko dwa – baza oraz fundusze. Niby tylko dwa powody, ale rzutujące na całość. Celowo nie wspominam tutaj o wizji, gdy zakładam, że każdy prezes, sponsor biorący się za bary z klubowym futsalem to posiada. Gdy nie, to niech przerzuci się na szachy, gdzie najłatwiej nauczyć się strategicznego myślenia. I dopiero później powróci do futsalu.

Kiedy w myślach przebiegam po nazwiskach polskiego futsalu klubowego zauważam, że sprzed lat do teraz na poważnym poziomie dotrwały tylko dwa. Panowie Szymura oraz Wolny. No, i jeszcze pan Bober ze Szczecina. Być może kogoś pominąłem, ale nie wydaje mi się, aby jeszcze jacyś obecni prezesi ekstraklasowi (klubów) decydowali o losach klubowego futsalu lat temu - chociażby 15. Nie wydaje mi się też, aby wielu sympatyków futsalu z Polski pamiętało, że kiedyś Rekord przeżywał degradacje. Tak było, i tym bardziej należy cenić fakt, iż pan Janusz wytrwał w swojej pasji. Podobnie jak pan Wolny. I to, że te osoby były oraz są przy futsalu nadal pokazuje jak ważna jest ciągłość. Ciągłość, której brakuje w zarządzaniu futsalem w PZPN. Kiedyś pisałem, że w swojej krótkiej karierze (niecałe ćwierćwiecze) polski futsal miał już około 20 selekcjonerów kadry. A przewodniczących związkowej komisji może tylko coś połowę mniej. I to też jest jedna z przyczyn słabości naszej piłki halowej. Nie wiem, czy z tego zdają sobie w pełni sprawę prezesi związku. Podejrzewam, iż niezbyt ich to interesuje. Może więc od następnej kadencji czas na stabilizację.



Przeglądając niedawno komunikaty związkowe zauważyłem – powiem przewrotnie – jednak jakieś zmiany na plus. Otóż komisja licencyjna nie przyznała licencji klubom w I lidze. Bodajże dwóm. Ale i nałożyła też pewne nadzory. O ile mnie pamięć nie myli, odmowa licencji zapadła ostatni raz około 8-9 lat temu, a dotyczyła pewnego klubu futsalowego z Katowic. Tylko, że wtedy licencje nadawała jeszcze Komisja Futsalu. Później, kiedy przejął to centralnie związek szło bardziej taśmowo – czytaj pozytywnie. Odbieram obecny fakt decyzji licencyjnych jako niezwykle dyscyplinujący i potrzebny polskiemu futsalowi. I sądzę, że nie pomylę się, kiedy napiszę, iż widać w tym organizacyjne działania przewodniczącego związkowego futsalu, porządkującego na różnych polach tę dyscyplinę sportową. Oby mu udało się, bowiem tylko system, organizacja, ludzie – mogą dać wynik sportowy. Wynik jakże oczekiwany przez naszą futsalową społeczność.

Andrzej Hendrzak