Z notatnika dziejopisa fot. Michał Wencek

Z notatnika dziejopisa

Kiedy nasze futsalowe teamy – seniorski oraz młodzieżowy – rywalizują w czeskim Nymburku o wygrane w tradycyjnym Turnieju Wyszehradzkim, w dalekiej Portugalii, a dokładnie w jej stolicy Lizbonie rozpoczęły się historyczne, bo pierwsze, mistrzostwa świata w dyscyplinie zwanej mini futbolem. W gronie uczestników znalazła się - prowadzona przez znanego szkoleniowca futsalu Klaudiusza Hirscha - reprezentacja Polski.

Niewątpliwie jest to wielkie wydarzenie dla polskiej „piłki kopanej”. Na dodatek w dyscyplinie mającej wiele wspólnego z futsalem i powołującej do swoich reprezentacyjnych szeregów  zawodników na co dzień biegających po futsalowych, ligowych halach. Pozostaje tylko życzyć, aby polska piłka sześcioosobowa jak najlepiej zaprezentowała się na najbardziej prestiżowym placu Lizbony (co za piękne miejsce) – Praca do Comercio.




Podczas tegorocznej kanikuły miałem okazję w podwarszawskim Pruszkowie przyjrzeć się półfinałom mistrzostw Polski w mini futbolu. Najbardziej zaskoczył mnie rozmach imprezy. Powiem szczerze, że futsal został pod względem organizacji tak wielkiego zlotu zespołów i ilości jednorazowego grania zawodników pozostawiony w tyle. Być może, w sumie, w różnych imprezach futsalowych w naszym kraju bierze udział więcej futsalistów. Ale nie byłbym tego taki pewny. I zresztą nie to jest najważniejsze w moim rozważaniu.

Bardziej uwypuklę fakt, iż ta wielość mini futbolowa jest znakomicie centralnie zorganizowana. Czego brakuje futsalowi, który z zasady nie obejmuje centralnie swoim związkowym patronatem rozgrywek istniejących poza strukturami PZPN. Po finale ogólnopolskim na pięknym Stadionie Śląskim począłem się nawet zastanawiać, jak wyglądałby polski futsal, gdyby pozwolono mu zrzeszyć się w odrębną strukturę centralną, afiliowaną przy związku piłkarskim. Gdy poznałem, jak znane nazwiska (piłkarskie, medialne) wspierają nasz mini futbol, jak poważne media czy sponsorzy znajdują się w jego kręgu, jeszcze bardziej wzrósł mój szacunek do tej odmiany piłkarskiej rywalizacji. Nie jestem odosobniony w opinii, że dla niszowych dyscyplin, a taką jest jednak futsal, najlepszym wyborem jest samostanowienie, pojmowane w szerokim tego słowa zakresie. Związek natomiast jest niezbędny w zakresie startów w oficjalnych mistrzostwach organizowanych przez FIFA, czy UEFA.

I to byłoby tyle – przynajmniej na razie - o tej pokrewnej dla futsalu dyscyplinie piłkarskiej. Przechodząc do stricte futsalowych odczuć, wyrażę zadowolenie, że wreszcie setki, a może nawet tysiące sympatyków „halówki” mogą co tydzień pasjonować się swoją dyscypliną. Po ekstraklasie ruszyły bowiem rozgrywki I ligi męskiej. Niedługo zapewne rozpoczną gry regionalne II ligi oraz – mam nadzieję – ligi kobiece. Nie zapominać należy także o Halowym Pucharze Polski, więc będzie co oglądać. Kręcąc się w miniony weekend po Polsce, przypadkowo zaglądnąłem do jednej z pierwszoligowych hal. Wrażenie zrobiła kolorowa ścianka z logami organizatora, czy producenta piłki ligowej. Dobry krok w dobrą stronę. Szkoda tylko, że hala nieco pustawa. Ale liczę, że gdy zakończy się sezon trawiasty, to i w tych mniejszych miejscowościach kibice w większej liczbie pojawią się na halach. I za to trzymajmy kciuki.

Niestety, puste miejsca na widowni są zmorą nie tylko I ligi futsalowej, ale też i wielu klubów ekstraklasy. Jeden z piłkarzy mówił mi, że dziwnie gra się przy prawie pustych trybunach. Rozumiem go i apeluję do organizatorów klubowych meczów od góry do dołu polskich lig futsalowych – przyłóżcie się panie oraz panowie, by hale zapełniać. Próbujcie różnych akcji dla kibiców, atrakcji nie tylko sportowych. Róbcie wiele, aby wyeliminować tę swoistą piętę achillesową (niedobór kibiców na meczach) istniejącą jeszcze w niektórych klubach naszego futsalu ligowego. Naprawdę warto o to postarać się. Zresztą dotyczy to także niektórych meczów organizowanych centralnie.

Pisząc felieton wiem, że w ramach Turnieju Wyszehradzkiego polska młodzież pierwszy mecz wygrała, a seniorzy przegrali. Nie przykładałbym aż tak dużej wagi do wyników obecnego turnieju. Selekcjonerom Korczyńskiemu oraz Żebrowskiemu potrzeba dać nieco czasu. Osądzać ich oraz kadrę będzie można w roku przyszłym. Pewnie, że chciałoby się samych zwycięstw, lecz czasami lepiej przegrać bitwę, by wygrać wojnę. I – przynajmniej ja tak odbieram plany federacji. Co nawet wynika pośrednio z wypowiedzi nie tylko szkoleniowców, ale i ich szefów. 



Kolega – recenzent Józef - zarzucił mi niedawno, że opisując felietonowo futsal, nic nie wspominam o Mazowszu, gdzie – było nie było – mieszkam. Otóż drogi Józefie, uzupełnię ten brak. Prawdę mówiąc, dotąd nie było za wiele co pisać, gdyż futsal na Mazowszu był śladowy. A nawet – jak to mówił jeden z prześmiewców tej dyscypliny – ze względu na brak odbicia piłki futsalowej można było na nią tutaj mówić „pustak”. I tak też futsal mazowiecki był przez wielu znawców piłkarskich z Warszawy i okolic postrzegany.

Na szczęście dzięki grupie zapaleńców wiele zmieniło się i zaistniała możliwość „uruchomienia” nawet ośmiozespołowej II ligi męskiej. Trzy zespoły zapewne wystartują w ekstralidze kobiecej. Tradycyjnie jeden z warszawskiego Uniwersytetu w I lidze męskiej. I wreszcie – co najważniejsze – gdzieś około 20 drużyn zgłosiło się lub jeszcze dołączy do Młodzieżowych Mistrzostw Polski, co jest największym ewenementem. Do tej pory w gronie męskiej młodzieżówki rywalizowało 1-2 zespoły. W gronie dziewcząt ciut więcej. Czyli podsumowując drogi Józefie – jakoś to kręci się, i nie jest najgorzej. A nawet jest systematyczny progres. Aby jednak nie popadać w samozadowolenie zacytuję Mikołaja Gogola – wybitnego rosyjskiego pisarza z carskich czasów, który powiadał – „Biada temu, kto zadowolony jest z siebie: taki człowiek nigdy nie nabędzie rozumu”. I niech to niesie się do ludzi futsalu w całej Polsce.

Andrzej Hendrzak