Z notatnika dziejopisa fot. Michał Wencek

Z notatnika dziejopisa

W cieniu spektakularnego triumfu siatkarzy, którzy obronili we włoskim Turynie mistrzostwo świata, reprezentacja Polski szóstek piłkarskich w portugalskiej Lizbonie wywalczyła, podczas I mistrzostw globu w tej dyscyplinie, wicemistrzostwo świata. Wicemistrzostwo w tej popularnej, ale nieolimpijskiej – jak i futsal – dyscyplinie. Gratuluję. Tym bardziej gratuluję, że do sukcesu poprowadził naszą „srebrną szóstkę” futsalowy trener, Klaudiusz Hirsch. A w gronie srebrnych zawodników znaleźli się znani z futsalowych parkietów – Norbert Jendruczek, Adrian Citko, Mateusz Lisowski z MOKS Białystok; Marcin Grzywa z Piasta Gliwice; Mariusz Milewski z Gatty Zduńska Wola oraz Krzysztof Elsner z FC Toruń. Tylko niemiecki Mannschaft okazał się lepszy od Polaków.

Co prawda, piłkarskie szóstki są niszową, niemal na równi z futsalem dyscypliną piłkarską w dziedzinie piłka nożna, niemniej sukces nie przeszedł bez echa. W niedzielnym Cafe Futbol w Polsat Sport poinformował o nim sam redaktor Mateusz Borek. Cóż, teraz czas na futsal. Czas podjąć rzuconą rękawicę i powalczyć nie tylko o udział w jakimś finałowym światowym, czy europejskim czempionacie, lecz o wysokie lokaty. Jeżeli dyscyplina nie mająca za sobą, czy nad sobą związkowej „czapki” potrafi osiągnąć tak dobry wynik, to jak należy interpretować brak sukcesów ze strony dyscypliny, za którą stoi najpotężniejszy w kraju związek sportowy. Gdzie rozmijają się drogi stowarzyszeń, działających na zasadzie głównie wolontariatu i stowarzyszeń z pełną kasą. I dlaczego szóstki mogą, a futsal nie. Pozostawiam pytania do odpowiedzi czytelnikom. I od razu wykluczam argument, że ”szóstki” są mniej znane, gdyż jest to nadużycie oczywiste. A nawet z kategorii zazdrości.




Od momentu, gdy srebro portugalskie naszej reprezentacji stało się faktem, do chwili, gdy zasiadłem do felietonu, usłyszałem już od wielu osób – jak to, niestety, w Polsce bywa sporo krytyki dla „szóstkowej dyscypliny”. Niektórzy z moich rozmówców nawet poczęli używać tego sukcesu jako swoistej pałki, by dołożyć „szóstkom”. Dołożyć, jako rozbijakom futsalu. Dawno nie słyszałem większej niedorzeczności. Takie słowa są to najzwyczajniejsze dyrdymały do obśmiania. Każda z dyscyplin pracuje na siebie i nie widzę  żadnego konfliktu interesów. Kiedyś współpracując z „Tygodnikiem Żużlowym”, który głównie opisuje „żużlową jazdę w lewo”, będącą także sportem nieolimpijskim, nie spotkałem się, by banalnie odnoszono się do choćby motocrossu. Jak docenimy sukces innych, to i nasz kiedyś też docenią. A tak na marginesie – myślę, że ogólnie futbol jest w miarę prostym sportem, gdzie zapamiętanie prostych zasad nie powinno stanowić najmniejszego problemu. Przecież głównie chodzi o to, by przeciwnikowi wbić więcej goli, niż on nam potrafi to zrobić. Pozostaje więc wspólnie walczyć o jego dobro.

Futsalowy Turniej Wyszehradzki, który w tym roku organizowali, Czesi potwierdził tylko moja tezę, że nasze teamy – seniorski oraz młodzieżowy – są na etapie prób oraz błędów. I do doskonałości jeszcze daleka przed nimi droga. Co nie znaczy, że nieosiągalna. Dzięki czeskiemu przekazowi wizyjnemu mogłem oglądnąć wszystkie mecze. I to nie tylko Polaków. Chciałbym kiedyś mieć taki dobry przekaz z turnieju towarzyskiego rozgrywanego w Polsce. Od lat bowiem upatruję głównej nobilitacji futsalu w odpowiednim przekazie wizyjnym meczów poza halę. Dopiero, gdy tego nauczymy się, można stawiać na okazałych sponsorów. I ponownie odwołam się do siatkówki. Pamiętam czasy, gdy panią Glinką, czy panem Świderskim – czołowymi polskimi przedstawicielami polskiego volleyballa początku XXI stulecia - nikt nie interesował się, gdyż telewizje od przypadku do przypadku dawały nam reprezentacyjny przekaz. Zmieniło się, gdy panie wywalczyły w 2003 roku mistrzostwo Europy. Polsat objął pieczą siatkówkę. I mamy sukces dyscypliny oraz sukces Polsatu. Jak to bywa często w życiu, kobiety pociągnęły siatkówkę na salony współczesne, na czym korzystają teraz bardziej mężczyźni.

Nie bez kozery podaję ten przykład, gdyż działając kiedyś w PZPN wyobrażałem sobie, że to właśnie nasz futsal kobiecy da spory impuls polskiemu futsalowi. Zawsze to, co jest raczkujące, daje większe możliwości przebicia się. A z futsalem kobiecym tak przed kilkoma laty było. Niestety, animozje pośród futsalowej oraz kobiecej władzy w gronie moich następców w związku doprowadziły do tego, że prezes Zbigniew na jakiś czas zawiesił kobiecą kadrę. I teraz musimy zaczynać wszystko niemal od początku. 

Niestety, stracony czas jest nie do odrobienia w chwilę. A była szansa lustrzanie podobna do tej sprzed ponad 25 lat, gdy z inspiracji Michała Listkiewicza kadra męska pojechała na mistrzostwa świata do Hongkongu. I jak nie przyznawać racji Janowi Kochanowskiemu, głoszącemu już przed wiekami w Księgach Wtórych w Pieśni 5 o Polaku, który nie wyciąga wniosków. I takoż – napiszę to oględniej niż ujął poeta - wcale Polak nie musi być mądry po szkodzie.



Przez wiele lat jako dziennikarz – etatowy, i wolny strzelec – bywałem w różnych środowiskach sportowych. Pracowałem dla wspomnianego „TŻ”, „Przeglądu Sportowego”, „Tempa”, „Polskiej Piłki”, że wymienię tylko centralne media. Zresztą regionalnych też było kilka. Pracując preferowałem różnorodność dyscyplin. Uważałem bowiem, że zasiedzenie się przy jednej dyscyplinie, czy w jednej redakcji0 zubaża człowieka. To samo dotyczy też – moim zdaniem - działacza. Nie wyobrażam sobie, by nawet szkoleniowiec, czy sportowiec był zamknięty wyłącznie w swoim kręgu sportowej dyscypliny. Postawa „multi” zawsze daje możliwość lepszego wykorzystania wiedzy dla wiodącej dyscypliny.

Możliwość wchodzenia na imprezy akredytując się, czy tylko pokazując dziennikarską legitymację była wprost bezcenna. Pozwalała komunikować się z ważnymi osobami danego sportu. Podczas owej pracy nie zdarzyło mi się widzieć, by selekcjoner, trener jakiejś reprezentacji kupował bilet na mecz, który chciał oglądnąć. Dlatego zdziwiony byłem, gdy niedawno otrzymałem informację, że w futsalu ligowym nie jest to jasno uregulowane i mogą zdarzać się różne niedomówienia w tym zakresie. Myślę, że właściwe gremia raz na zawsze powinny przekazać klubom, iż na obiekcie należy wyznaczyć miejsca przeznaczone dla oficjeli PZPN, Spółki, czy związków regionalnych. Tak, aby w każdej chwili selekcjoner, przewodniczący komisji, prezes spółki mogli bezproblemowo wejść na mecz i zająć należne im ze względu na zajmowane stanowisko, czy pełnioną funkcję miejsce. Dla klubu pobyt selekcjonera, przewodniczącego, prezesa na meczu powinien kojarzyć się z zaszczytem, a nie z udręką. I niech tak stanie się – szanowne kluby futsalowe.

Andrzej Hendrzak