Z notatnika dziejopisa fot. Michał Wencek

Z notatnika dziejopisa

Jak szybko minął miesiąc spostrzegłem się dopiero, gdy kolega Józef zadzwonił z pretensjami o braku felietonów. Nie każdy – drogi Józefie – jest emerytem z górniczym urobkiem i może sobie latać po Karaibach, czy gdziekolwiek indziej. Są ludzie, którzy nawet nie będąc na emeryturze muszą dorabiać. Ale rzeczywiście zaniedbałem co nieco futsal. I pewnie niektórzy byli zadowoleni z tego, a inni - tak jak kolega - zawiedzeni.

Jednak jestem i piszę. Przeanalizowałem miniony miesiąc i muszę stwierdzić, że nic aż tak nadzwyczajnego w tym czasie w naszym futsalu nie zaszło. Podopieczni selekcjonera Korczyńskiego przegrali dwa mecze z Serbami – co było do przewidzenia. W Gliwicach oraz Katowicach odbyła się konferencja futsalowa - i też nie osiągnięto wspólnego konsensusu różnych opcji polskiego futsalu – co też było do przewidzenia. Jako felietonista kadrę pana Korczyńskiego Anno Domini 2018 przyjmuję – pisząc po wojskowemu – jako rozpoznanie bojem przed kolejnym ważniejszym sezonem i z dystansem patrzę na obecne jej wyniki. Natomiast z konferencyjnym projektem profesora Sitarza wiążę większe nadzieje. Nawet większe niż z projektem ekstraklasowej spółki. A powodem jest jego szersze otwarcie na całość polskiego futsalu, a nie tylko na określony jego wycinek.




W galerii polskiego futsalu było, jest i zapewne będzie wiele postaci godnych zauważenia. Jedni byli, są, czy będą Don Kichotami. Inni tylko Sancho Pansą. Różnie można mówić, myśleć o tych bohaterach z hiszpańską proweniencją znakomitej książki pana Cervantesa. Niemniej, budzili oni szczególną sympatię czytelników. Nie napiszę, że w polskim futsalu nie znajdą się osoby, które sympatii nie budzą, bo byłaby to najzwyklejsza nieprawda. Tak jak są takie, które sympatią cieszą się. Lecz ogólnie najgorzej jest z zaufaniem. Zaufaniem na linii jednostek, jak w kontekście relacji podmiotów poziomych oraz pionowych. I właśnie w działaniach - niezależnych od związku piłkarskiego, klubów, czy organów ligowych - różnych grup futsalowych, stowarzyszeń, zrzeszeń i podobnych widzę największą szanse na rozwój polskiego futsalu. Nie będę podpierał się górnolotnie słowami o jedności, gdyż nie o to mi chodzi. Wolę bowiem tak zwaną „szorstką przyjaźń” niż wymuszanie dla idei pozorowanej lojalności.

Jeden z polskich dziennikarzy sportowych napisał, że nie zna bardziej niesłownej grupy zawodowej niż piłkarze (dodałbym jeszcze politycy). Z drugiej strony oddał cześć kibicom, stwierdzając, iż mało jest związków tak wiernych, miłości na dobre i na złe, tak trwałych, jak te na linii kibic-klub. Pewnie nic dodać, nic ująć. Ale nie piłkarzami chciałbym zająć się teraz. Też nie kibicami. Mając miesięczny czas przemyślałem sobie polski futsal w kontekście współpracy, czy ważkości zadań albo inaczej – włożonego wysiłku w polski futsal przez Komisję Futsalową, spółkę ekstraklasową, związki wojewódzkie, kluby futsalowe. I wyszło mi, że najtrudniej jest w klubach. Tej podstawie futsalowej. Dlatego chylę czoła przed działaczami klubowymi. To oni „dają utrzymanie” związkowej „wierchuszce futsalowej” w postaci Komisji. To oni dają utrzymanie władzom spółki FE. To oni pozwalają zaistnieć Komisjom, czy Wydziałom Futsalu w piłkarskich związkach wojewódzkich. To oni wreszcie pozwalają od jesieni do wiosny poemocjonować się kibicom i co nieco dorobić sędziom. Panowie, działacze klubowi, a przy okazji też piłkarze w klubach futsalowych – tak to prawda, bez Was nie byłyby potrzebne stanowiska dla działaczy w związkach i podobnych organizacjach tworzących rozgrywki ligowe. Chapeau bas.




Pisząc powyższe słowa proszę nie wyobrażać sobie, że zapominam o wymogach płacowych piłkarzy, czy nieudolnych prezesach. Broń Boże, nie zapominam. Ale nie chciałbym mnożyć negatywów. Najzwyczajniej, nie mam bowiem recepty na rozwiązanie natychmiastowe problemów polskiego futsalu. Patrząc od strony działacza wojewódzkiego zauważam, że będąc w jednym związku piłkarskim powinienem współpracować z „Komisją Centralną”. Ale z drugiej strony, spoglądając jako terenowy związkowiec widzę, że mogę działać równie dobrze bez jej wsparcia. Tym bardziej, że przepływ informacji od centrali do dołów związkowych jest raczej mało informacyjny, czy niezbyt częsty. A marzy mi się każdorazowy komunikat do związku wojewódzkiego, co mądrego postanowiono na posiedzeniu komisji w centrali związkowej. I chyba nie jest to zbyt wielkie marzenie.

Kiedy patrzę jak prezes Boniek zaprasza prezesów Wojewódzkich ZPN na mecze międzypaństwowe reprezentacji seniorskiej, trawiastej czuję się trochę głupio nie otrzymując jako szef struktur futsalu w wojewódzkim związku podobnego zaproszenia - i to wcale nie na koszt pobytowy PZPN – na mecze futsalowe naszej reprezentacji. Przynajmniej te w Polsce rozgrywane. Czy tak trudno wygospodarować miejsce na trybunie. Nie wierzę. O ile pamiętam ostatni raz, gdy zaproszenie z PZPN poszło do wszystkich przewodniczących wojewódzkich struktur futsalowych, był mecz w Szczecinie z Kazachstanem (chyba, że były inne, tylko do mnie nie doszły). I było to za kadencji poprzedniej Komisji. A decyzję podjął prezes Jan Bednarek, za podpowiedzią pana Duraja. Może czas przypomnieć sobie o takim jakby futsalowym savoir vivre i powtórzyć to. Być może dla szanownej komisji związkowej jest to drobnostka, ale właśnie nieraz takie drobnostki budują atmosferę i współpracę. Komu jak komu, lecz to właśnie futsalowej komisji związkowej w PZPN powinno zależeć najbardziej na wprowadzeniu w miarę rozsądnej współpracy futsalowej różnych gremiów oraz organizacji (tych sformalizowanych i jeszcze niezrzeszonych) parających się „małą piłką” w Polsce. Proszę mi wierzyć – a przerobiłem to na własnej skórze – działaczem się bywa, a futsal zostaje. I nie bywanie na zjazdach PZPN decyduje o jego kondycji.

Jest rzekomo taki przepis na udane małżeństwo. I to długoletnie. „Należy wziąć szczyptę kompromisu, dodać do tego nutkę inicjatywy, dwie krople goryczy, łyżeczkę zazdrości, gotować na wolnym ogniu do wyparowania”. Osobiście jestem za. Dla dobra futsalu.