Andrzej Hendrzak

Andrzej Hendrzak

Z notatnika dziejopisa

Najpłodniejszy powieściopisarz polski Józef Ignacy Kraszewski mawiał – „Z kogo śmieją się nie dlatego, że głupi, ale dlatego, że inny od tłumu lub widzi to wszędzie, czego nie dopatrzą drudzy, ten ma przyszłość przed sobą”. Cytat ten kieruję do ludzi futsalu, którzy nie dają zmanipulować się kierowniczym gremiom polskiego futsalu różnych opcji i pozostają przy swoich poglądach. Przyszłość przed Wami, chociaż obecnie jesteście w mniejszości.

Powiedzenie Józefa Ignacego trafiło do mnie po tygodniu od poprzedniego felietonu, gdy zauważyłem, iż losowanie Halowego Pucharu Polski dokonane w siedzibie PZPN nadal nie schodzi z mediów społecznościowych i krąży po internecie. O ile zdania w sprawie braku podstaw do jego powtarzania nie zmieniam, to stwierdzam, że sporo ucierpiał na tym wizerunek futsalowy. Zapachniało nawrotem do amatorszczyzny. Albo jak chce kolega recenzent (też Józef)0 zaistniał stan chwiejnej równowagi pomiędzy publicystyczną dosłownością a literacka umownością. Liczyć tylko trzeba, że nauka nie pójdzie w las.




Ekstraklasa futsalowa jakiś czas temu zafundowała sobie powiększenie do 14 drużyn. Postąpiono hojnie, ale nie określono od razu systemu rozgrywek. Abstrahuję od faktu, że moim zdaniem polskiego futsalu nie stać jeszcze na czternastozespołową ekstraklasę o w miarę równym poziomie sportowym, organizacyjnym i finansowym. Dwanaście drużyn, to jest maksimum obecnego etapu. Podobnie jak w dwóch grupach I ligi. Już bowiem z II ligami w każdym województwie po minimum 6 zespołów jest poważny kłopot.

Nieodparcie więc nasuwa się pytanie, czy czasami ów ekstraklasowy ruch nie był zawoalowaną formą uratowania przed degradacją jakichś teamów. Jeżeli tak nie było, to najzwyczajniej nastąpił zwyczajowy przerost formy nad treścią. Piramidę rozgrywek z zasady buduje się jak dom - od podstawy ku dachowi. Tymczasem w naszym futsalu ligowym akurat dach zyskuje przewagę nad fundamentami. A to nie jest korzystne dla budowy.

Chwilowo spróbuję postawić się w rolę sponsora, szkoleniowca, kibica, nadawcę telewizyjnego. Jako sponsor ekstraklasy chciałbym aby było jak najwięcej meczów o stawkę, atrakcyjnych, z medialnym oglądem. Jako selekcjoner, chciałbym aby nie było meczów o nic, gdyż od zawodników wymagałbym od strony szkoleniowej ciągłej gry pod presją. Jako nadawca telewizyjny zadowolony byłbym z play-off, gdyż zapewne zwiększa to oglądalność, a przy okazji i przybywa reklamodawców. Co jest tożsame z interesem ekstraklasowej spółki. Wreszcie jako kibic, choćby tylko jednej drużyny, chciałbym aby atrakcyjność rozgrywek trwała do finalnej kolejki, a nie już w połowie rozgrywek było wiadomo, kto może być mistrzem, a komu grozi degradacja. I nie widzę tego bez grania w systemie play-off.

Tymczasem przy 14 zespołach i półamatorskim zorganizowaniu drużyn nie wyobrażam sobie, by mogły grać mecze w środku tygodnia. Inaczej braknie terminów weekendowych. Chyba że zagra się tylko dwie rundy w systemie mecz i rewanż. Ale to już przekreśla moje powyższe cztery oczekiwania. Czyli jest - najludyczniej rzecz ujmując – do bani.




Polski futsal znajdujący się nierozerwalnie w strukturach PZPN niepotrzebnie przyjmuje schematy rozgrywkowe ekstraklasy piłki trawiastej. Gdy tam dzielono na grupy - w futsalu też. Gdy tam dzielono punkty – w futsalu też. Najwyższy czas uzmysłowić sobie, że futsal jest grą halową i z halowymi dyscyplinami powinien się utożsamiać w systemie rozgrywek.

Wzory brać z koszykówki, piłki ręcznej, siatkówki, czy nawet hokeja. A wszędzie tam są play-offy. Wszędzie są sponsorzy i też strategiczni. Wszędzie są atrakcyjne mecze do końca rozgrywek. Wszędzie jest zainteresowanie transmisjami telewizyjnymi i też telewizji tymi dyscyplinami. Nie jest to trudno zrozumieć, jak spojrzy się na futsal całościowo, a nie tylko przez pryzmat interesu własnej drużyny. Ale cóż, chciało się czternastu zespołów, to teraz trzeba zjeść tę żabę samemu. Jako felietonista – mimo wszystko – nie zazdroszczę nikomu tego dania.

Koszalin (wiceprezes Bednarek) oraz Bydgoszcz (wiceprezes Nowak) – tam szanowny PZPN umieścił mecze z Brazylią. Nie powinny dziwić te wybory, gdy wiceprezesi związkowi gwarantują sprawną organizację, chociaż pewnie nie byłyby te miejsca pierwszymi wyborami ogółu futsalowych kibiców. Szczególnie tych z południa Polski, gdzie futsal jest o wiele bardziej popularny niż na ubogiej futsalowo północy. Niestety, takie jest życie. Kto ma władzę, ten ma prawo wyboru. Jest taka łacińska sentencja - „Cuius regio, eius religio”. Tłumacząc dowolnie ale prawdziwie – czyja władza, tego religia. Być może nie stosuje się ona w tym przypadku dosłownie, lecz skojarzenia jakoweś nasuwają się.

Zresztą, nie zawsze w polskim futsalu według zapotrzebowania kibiców dzielono meczami. Były czasy, gdy Podkarpacie przodowało w liczbie ważnych meczów reprezentacji. Były czasy, gdy priorytety szły na Śląsk. Swoją chwilę w historii miało Podlasie. A wszystko zależało od tego, kto rozdawał karty w futsalu i jaką miał pozycję we władzach związkowych. Szkoda tylko, że nie zawsze jest doceniana przy przydzielaniu meczów wartość terenowego futsalu w danym regionie. A przecież nietrudno domyśleć się, iż mecze z Brazylią będą świętem dla kibiców futsalu i można było sprawiedliwe rozdzielić ich lokalizacją północ oraz południe Polski. I nie przekonają mnie w żadnym przypadku wyjaśnienia, że kadra chciała grać w Koszalinie, bo to dla niej od baraży z Węgrami szczęśliwa hala(!), a logistycznie byłby kłopot z przenosinami po paręset kilometrów. Podczas tournee w Brazylii w 2012 roku nie było tego problemu i samolotami nasza kadra przenosiła się na o wiele większe odległości.  

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Felietony są gatunkiem nieokreślonym w jednoznacznym wyrazie.  Często trafiają się znakomite, jednak bywają i nie trafiające w cel. Są propagandowe i są obiektywne. Znajdują się z treścią pełną efekciarstwa słownego. Niemniej bywają i takie bez zbędnej „dętologii”. Współczesny futbol, a co za tym idzie i futsal, odstające z każdą chwilą coraz bardziej od idealistycznych wizji, coraz mniej mają styczności z umoralniającą rolą sportu. Jak kiedyś chciał chociażby pewien literacki noblista. Ale pisać trzeba.

Dla wielu środowisk felieton jest ową tubą, która – ich zdaniem – powinna wyrażać poglądy, o których nie odważą się nigdy publicznie wypowiedzieć. Oni wolą ograniczać się do puszczania perskiego oka. Tacy to są owi ukryci znawcy, dający coś do zrozumienia, ale bez twardych dowodów. I to jest – przechodząc stricte do futsalu – olbrzymi problem środowiska, które faluje mocno. Ale faluje przeważnie w prywatnych rozmowach. Publicznie jakby w większości milknie.




Niedawno przeczytałem na portalu "Gazety Wrocławskiej" o losowaniu Halowego Pucharu Polski. W treści były rozbieżne ze związkowymi opinie. Inne niż oficjalne stanowiska. Idzie wiosna – pomyślałem - i być może, jakieś „futsalowe przebiśniegi odwagi” wyszły na powierzchnię. Jeżeli są konstruktywne to dobrze. Jeżeli jednak tylko w formie krytyki dla krytyki, to już nie. Nie wiem, czy polskiemu futsalowi jest potrzebny taki dyżurny opozycyjny capo di tutti capi. Niemniej otwarta dyskusja z pokazaniem twarzy już tak.

Ale, to nie pucharowe losowanie zajęło mnie najbardziej w minionym okresie. Ono było i jest nie do powtarzania. Należy grać i wygrywać. Tym czymś, co bardziej zwróciło uwagę felietonisty i zabolało w minionej dekadzie marca – jest niedokończony mecz pierwszoligowy w Pyskowicach. Nie będę się przechwalał, że przewidywałem, iż prędzej czy później do takiej konfliktowej sytuacji w polskim ligowym futsalu dojdzie. Wieszczyłem to pośrednio w wielu felietonach. Dla rozsądnie myślącego człowieka przyglądającemu się organizacyjnej stronie meczów ekstraklasy, I ligi, II ligi futsalu było kwestią czasu znalezienie dowodu na bezład organizacyjny wielu ligowych meczów. A jeszcze większe zdziwienie wywoływał brak reakcji ze strony organów prowadzących rozgrywki. Aż wreszcie stało się coś, co wcale stać się nie musiało, gdyby wcześniej myślano bardziej o organizacji meczów, czy bezpieczeństwie, miast zachwycać się głównie kolorowymi banerami, czy markowymi piłkami. I pewnie popełnię dla sympatyków futsalu wielkie obrazoburstwo, ale nie uchylę się przez to od napisania, iż wiele meczów IV lig trawiastych jest o wiele lepiej przygotowanych organizacyjnie oraz zabezpieczonych niż niektóre mecze – było nie było – centralnych rozgrywek futsalowych.

Lubię sobie czasami – mówiąc z lwowska - pobałakać o futsalu z ukraińskimi znajomymi. Wielce żałują, że ich zawodnicy traktowani są według przepisów związkowych jak futsaliści drugiej kategorii. I tylko jeden może przebywać na placu gry w meczu. No cóż, ja też żałuję. Prawdę mówiąc wolałbym na parkiecie więcej Słowian niż południowców, czy Anglosasów albo Brazylijczyków. Ale na regulaminy nie ma rady. Natomiast w wielkich superlatywach wyrażają się moi rozmówcy o pracy z naszą kadrą seniorską. Dlatego cieszy mnie, że reprezentacja idzie innym torem związkowej podległości, i – dzięki Bogu – omijają ją te różne organizacyjne perturbacje codzienności ligowej, czy pucharowej. I niech ta chwila trwa jak najdłużej.

Gdy już jestem przy podopiecznych selekcjonera Korczyńskiego, nieraz zastanawiam się nad doborem rywali do meczów. Pozytywnie odbieram kontraktowanie przeciwników z najwyższej półki, bo z kim sprawdzać się, czy próbować rozwiązań, jak nie z najlepszymi. Ale jak podejdą do sprawy kibice, kiedy zagramy ze słabszym rywalem i przegramy? Myślę, czy nie posypie się tęgi hejt na naszych futsalistów. Oby tak nie było. Liczę, że sympatycy futsalu też dojrzewają i potrafią obiektywnie oceniać sportowe wartości.




Na kanwie kontrowersyjnych niedawnych wydarzeń w naszym futsalu często padało słowo "promocja". Odniosłem wrażenie, że jest ona różnie pojmowana. A wszystko zależy, kto jak chce przedstawić swoje racje. Nie wnikając głęboko w meritum, pragnę zaapelować, by nie używać tego słowa jako zakazu wszelkiej krytyki. Wytykanie bowiem błędów nie ma nic do czynienia z utrudnianiem promocji futsalu. Jest jedynie troską o zrównoważony jego rozwój. Jak informowało dawniej motto satyrycznych „Szpilek” – „Prawdziwa cnota krytyki się nie boi”.

Związek piłkarski rozlosował mecze centralnego szczebla Pucharu Polski w futsalu kobiet. Jest to tym bardziej interesujące, że wiele zawodniczek, a i drużyn też, żwawo ugania się już po trawie. Często w teamach innych klubów niż futsalowe z czasów ekstraligi, czy też I ligi. Eksperyment godny Darwina. Być może taka „zimna selekcja” pokaże, jak się ma futsal do piłki trawiastej w pełni sezonu tej drugiej odmiany. Zapowiada się ciekawy kontredans zawodniczo-klubowy. Oby z korzyścią dla futsalu kobiecego!

 Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...