Z notatnika dziejopisa

Czy kiedyś – szanowni czytelnicy – zastanawialiście się, jak niemal automatycznie mówimy, iż niebo jest niebieskie, trawa zielona, a śnieg biały? Ale już nie zastanawiamy się, czy na pewno tak jest. A przecież barwy każdy postrzega inaczej, bowiem kolor należy do zjawisk abstrakcyjnych. W kolorach najczęściej mylimy niebieski z zielonym. Rzekomo lepiej na kolorach znają się kobiety, co nie znaczy, że mężczyźni są daltonistami. I co - owi daltoniści mają być przez to wykluczeni z życia? Nie. Tak samo jak będący dalej od jądra futsalu nie mogą być pozbawiani możliwości jego oceny – co nieraz sugerują różni decydenci.

Świat – choćby fotografii – zna bowiem wielu znakomitych fotografów, którzy okazali się daltonistami. Podobnie mnie udało spotkać się wielu ludzi, którzy mając rzadki kontakt z futsalem wypowiadają się o nim niezwykle merytoryczne. W tygodniu po poprzednim felietonie odbyłem dyskusję z kilkoma osobami od lat zasiedziałymi przy polskim futsalu na temat jego stanu. Każdy z nas postrzegał rzucony na tapetę problem inaczej. Rozumiem to i szanuję, nie próbując narzucać wiodącej optyki futsalowej. Dlatego warto zastanowić się nie raz i nie dwa, jak widzą futsal inni i czy oraz dlaczego ich sposób widzenia różni się od tego, co widzimy my, albo nim kierujący.




Tym wstępem pragnę wskazać, że nie wszystko roku 2018 w naszym futsalu było różowe i bywają przypadki, których nie udało się zapamiętać. Wymienię w felietonie tylko kilka przykładów, które mnie oraz moim interlokutorom - zawodnikom, trenerom, działaczom - przeleciały gdzieś mimo uszu jedynie.

Gremialnie nie udało się nam zapamiętać Final Four Pucharu Polski w futsalu. Nie takiej imprezy oczekiwała futsalowa Polska. Dlaczego ta sama komisja związkowa potrafi zorganizować kapitalną imprezę, z mediami najwyższej krajowej półki w beach soccerze, a nie udaje się jej od lat dokonać tego samego z futsalem? Czyżby grupa „plażowa” w komisji była bardziej operatywna? Czy może beach soccer lepiej sprzedaje się wizerunkowo (lato, plaża, słońce kontra zima, hala, zamknięta przestrzeń)? A może fani „plażówki” potrafią dojść do sponsorów, czego brakuje opcji  „halowej”? To tylko pytania. Odpowiedzi nie szukam. Niech weźmie je na siebie związek.

Nie udało się zapamiętać w Anno Domini 2018 godziwych występów polskiej reprezentacyjnej młodzieżówki. Nie znaczy, że było źle. Było tak sobie, w porównaniu z poprzednimi laty. Jeżeli to miała być cisza przed burzą, czyli przyczajenie się przed tegorocznymi eliminacjami Mistrzostw Europy, to manewr powiódł się. Nie mam nic przeciwko takiej taktyce. Czy się sprawdzi – zobaczymy niedługo. Życzę powodzenia. I jeszcze jednej reprezentacji nie udało nam się sensownie zapamiętać. Chodzi o team kobiecy. Dominuje wrażenie, iż kadra futsalowa kobieca jest niedoceniana w piłkarskim związku. I dopóki rozgrywki ligowe futsalu kobiecego będą tylko zimowym przerywnikiem dla zawodniczek klubów kobiecej piłki trawiastej, trudno o zmianę zdania. Nie chciałbym być w skórze trenera kadry, któremu przed ważnymi turniejami zawodniczki odmawiają gry w reprezentacji, gdyż są powiązane z piłką trawiastą, będącą akurat w pełni sezonu ligowego. A tylko dla mniej zorientowanych wspomnę, że tak bywało w roku 2018. Tymczasem najlepsi w Europie takiego problemu nie mają. A nawet te reprezentacje, które były za nami, już zrozumiały, że należy futsal kobiecy usamodzielniać.

Nie zapamiętałem wraz z rozmówcami zespołu ekstraklasy męskiej z podkrakowskich Słomnik. Po ich wycofaniu się z rozgrywek bez odpowiedzi pozostało pytanie, jak różne efemerydy uzyskują zaufanie zawodników, czy organów prowadzących rozgrywki. Z innego powodu trudno zapamiętać Pogoń 04 Szczecin. W klubie te same osoby zarządzające co przed laty, w czasach ciągłej progresji (tylko bez wytransferowanego do Spółki FE prezesa Macieja), a wyniki gorsze. Jeżeli odejście jednej osoby może aż tak zmienić wartość drużyny, to strach pomyśleć o innych klubach futsalu. No bo co by się stało, gdyby z Clearexu odszedł pan Wolny, z Piasta pan Jenczmionka, z Torunia pan Stasiuk, czy z Rekordu pan Szymura? Wygląda na to, że polski futsal klubowy rozpadłby się. Brrr, aż wzdrygam się na myśl o tym. A pamiętam, jak przed dekadą na jednym ze spotkań w PZPN ostrzegaliśmy zarządców polskiego futsalu klubowego o zagrożeniach jakie płyną z monotematycznego sponsoringu.

O ile nie zapamiętaliśmy nadmiaru transmisji z meczów międzypaństwowych polskich reprezentacji futsalowych, to jednak należy pochwalić inicjatywę transmitowania live finałowych turniejów młodzieżowych mistrzostw Polski. Podobnie pozytywnie należy odebrać przyjęcie wniosków tak zwanego terenu i otwarte losowania kolejnych szczebli rozgrywek pucharowych transmitowanych w internecie. Brawo. O taką przejrzystość przecież chodzi. Niestety, dla przeciwwagi napisać można o braku możliwości zapoznania się z raportem selekcjonera Korczyńskiego, spłodzonym po finałach ME w Słowenii. Jawny był raport selekcjonera Nawałki po mundialu rosyjskim, więc nie powinno być przeciwwskazań dla futsalu. Warto więc poprosić in gremio o podanie, gdzie można zapoznać się. Nie podejrzewam, by był utajniony. Przecież prezes Boniek, czy sekretarz generalny nieraz mówią, iż związek działa przy otwartej kurtynie.




O ile 2018 rok nie przyniósł godnego zapamiętania (wyjątek mecze na dużych halach w Bielsku Białej, Szczecinie oraz Toruniu) przełomu w podejściu klubowym do organizacji meczów, to wysypało różnymi banerami, ledami i marketingowo-promocyjnymi działaniami z multum większych i drobniejszych sponsorów w tle. Aż zapamiętać wszystko trudno. Ale – drogie kluby – nie zawsze opakowanie jest najważniejsze. Podejrzewam, iż sędziowie woleliby, aby im nikt nie przechodził przed stolikiem technicznym, czy nie musieliby przeskakiwać na nogami rozłożonymi tuż przy linii fotoreporterów. Zawodnikom pewnie pasowałoby nie przedzierać się do szatni pośród tłumów kibiców. Może dobrze byłoby, gdyby paru porządkowych znalazło się na każdym meczu. Warto też przeliczyć widzów na hali, by nie podpaść pod „masówkę”, nie mając na nią zezwolenia, etc. Dlatego nie zapamiętuję organizacji większości meczów ligowych AD 2018 ogólnie jako coś spełnionego. Podejrzewam, że jestem w mniejszości. Niemniej powiem - „futsalu nie idź tą drogą”.

Zastanawiam się nieraz, czy osoby deklarujące swoją miłość do futsalu, naprawdę są nimi w praktyce? Rok 2018 był drugim rokiem panowania w futsalu obecnej Komisji. Nie zaglądając jej w przysłowiowe papiery, jednak napisać można, iż objawiły się ciekawe inicjatywy w zakresie porządkowania szeroko rozumianych zasad postępowania, spraw regulaminowych, organizacyjnych, systemowych. I to nie tylko na zasadzie kliknij, wklej, czy przeglądnij, lecz w sensie poczynań wpisujących futsal w profesjonalizujący się system związkowy. Takie nowe otwarcie po poprzedniej kadencji „burz i naporów”. I to akurat jest godne zapamiętania.


Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

W noworoczny poranek telewizje organizujące sylwestrowe szaleństwa w różnych miastach Polski ogłosiły, że to ich impreza wywołała największe uznanie. Być może każda ze stacji ma rację. I w każdej coś ciekawego widz, czy uczestnik imprezy, znalazł dla siebie. Rozpocząłem felieton od telewizyjnych inspiracji, gdyż w podobnym tonie zadowolenia z siebie o minionym 2018 roku wypowiadają się różne podmioty polskiego futsalu.

Jako felietonista w żadnym wypadku nie będę brał się za numeryczne ocenianie tego stanu. Wychodzę bowiem z założenia, iż – jak mówi polskie przysłowie – „Każda pliszka (to taki ptaszek) swój ogonek chwali”. Niemniej, nie mogę pozostawić bez echa tego co zapamiętałem z naszego futsalu w roku 2018. A także tego czego nie zapamiętałem. 




Nim jednak przystąpię do futsalowego meritum, wspomnę o twitterowym wpisie prezesa Bońka, pomieszczonym w kontekście „cudów”, jakie dzieją się z klubem Wisła Kraków. Dla mniej obeznanych przypomnę, że kiedyś Wisła miała też sekcję futsalową - w której prym zawodniczy oraz szkoleniowy wiódł obecny selekcjoner naszej futsalowej reprezentacji - i która z dnia na dzień wycofała się z rozgrywek, pozostawiając polski futsal z „czarną dziurą” (by nie określić bardziej śmierdząco) w ówczesnej futsalowej Lidze Mistrzów. Dla prawdy zaznaczę, że futsalowa Wisła grała na wysokim poziomie sportowym, zdobywając tytuły mistrzowskie. A i wprowadziła na hale futsalowe „atrakcyjniejsze”, co nie znaczy spokojniejsze, grona kibiców. Kudy do nich w sensie pozytywnym, czy negatywnym dzisiejszym widowniom futsalu.  

Wracając do wpisu prezesa Bońka, zacytuję go w aspekcie działaczowskim – „Od sześciu lat mówię, że największym problemem polskiej piłki klubowej są zasoby ludzkie. Dzisiaj mogliście to sami zobaczyć”. Cytat odnosi się do konferencji prasowej nowych władz (polskich) krakowskiej Wisły. Nie przyznać racji prezesowi, to jakby okazać się abnegatem wiedzy piłkarskiej. O ile wpis prezesa dotyczy tylko piłki klubowej, to umiejscawiając go dla futsalu sięgnąłbym jeszcze po pokłady działaczy związkowych. W futsalu też zasoby ludzkie są problemem dla jego rozwoju. A szczególnie inkorporowanie ludzi z piłki trawiastej kosztem stricte działaczy futsalowych. Jest to pięta achillesowa systemu nominacji na wielu szczeblach.




Polski futsalowy rok 2018 na pierwszym miejscu wbił mi w pamięć całkiem przyzwoite wyniki reprezentacji seniorskiej, z pozytywnym występem w finałach mistrzostw Europy na czele. Oby trend wznoszący utrzymał się i w roku 2019. Oczywiście zapamiętałem piękną drogę Rekordu Bielsko Biała do najlepszej klubowej szesnastki Europy. A zaczynali od początkowych rund eliminacyjnych. Nie będę przesadzał i w kolejnym roku pożyczę tylko utrzymania status quo na mapie Europy. Zamykając dział zespołowy, wspomnę o rzadkim w polskim futsalu rozmachu beniaminka ekstraklasy, jaki jest udziałem Orła Jelcz-Laskowice. Życzę jak najlepiej, ale nie zaszkodzi przypomnieć o opisywanej powyżej Wiśle. Ona też znaczyła swoją futsalową drogę rozmachem sportowym oraz marketingowym. Spinając klamrą nasze futsalowe teamy napiszę, iż klasyfikuję pierwszą reprezentację na drugim miejscu w swoim rankingu polskich piłkarskich osiągnięć AD 2018. Wyżej stawiam wicemistrzostwo świata piłkarskich szóstek trenera Hirscha, a niżej reprezentację trawiastą z Lewandowskim na czele.

Kolejną dziedziną, o której nie da się zapomnieć, są inicjatywy okołofutsalowe, działania marketingowe, promocyjne, rozwojowe. Od razu na myśl nasuwa mi się jako przykładowy projekt Merkury Railway Futsal Team PL. Chociaż od początku czułem, że nie wzbudzi on oczekiwanego optymizmu w gronie zawodowych działaczy futsalu, czy zinstytucjonalizowanych jego formuł, kibicuję mu. Proszę kontynuować. Może tylko skierować się bardziej ku podstawom. I nie należy przejmować się brakiem wsparcia zobowiązanych do tego gremiów. Im większa centralizacja, tym mniejsza jest bowiem ochota do nakładania sobie dodatkowych obowiązków.

Kolejni sponsorzy doszlusowali do futsalowej ekstraklasy. Warto o tym pamiętać. Być może po nitce do kłębka i urodzi się coś większego. Chociaż patrząc z perspektywy lat widać, że wielki biznes do futsalu  nie będzie się garnął i nie ma co sobie nim zawracać głowy. Proponuję przeorganizować strategię na kolejne lata. Tym bardziej, że nie został wykorzystany przez związek w odpowiednim stopniu (medialnym, marketingowym) fakt udziału w finałach ME. A różne inicjatywy pozazwiązkowe nie mają możliwości zastępstwa. Tak stanowi statut.

Do tej pory było o czynach. Teraz też o wynikach, ale w kontekście indywidualnym. Po pierwsze – Michał Kubik, futsalista nietuzinkowy, ceniony za styl gry, charakterność, wiedzę pozasportową. Okazało się, że Rosjanie powinni się go niezwykle obawiać. To on strzelił Sbornej oraz ich zespołowi klubowemu wszystkie gole, jakie potrafiły wbić im teamy, w których występował. Na dodatek stanowi czołówkę strzelców futsalowej Ligi Mistrzów. Tak trzymać – Michale. Kolejnym do zapamiętania jest Marcin Mikołajewicz. Niedawno świętował 200 goli strzelonych w ekstraklasie oraz 100 występów w reprezentacji. Piękne liczby. Strzelaj Marcinie nadal. Najlepiej najwięcej w reprezentacji. W liczbie goli oraz występów Marcina jestem w stanie uwierzyć, gdyż zaczynał karierę futsalową w czasach, kiedy statystyki były już prowadzone fachowo. Wcześniej różnie bywało. Dobrze byłoby, gdyby kiedyś PZPN  zweryfikował i oficjalnie podał ile występów oraz ile goli ma każdy z reprezentantów Polski w futsalu od początku grania reprezentacji, czyli od 25-27 lat.

Z nazwisk, które zapamiętałem w roku 2018, wymienię jeszcze Mikołaja Zastawnika, Michała Kałużę oraz Tomasza Kriezela. Na nich stawiam jako przyszłe gwiazdy reprezentacji. Oni powinni ją pociągnąć do pierwszej dziesiątki rankingowej. Chciałbym, aby spróbowali sił w dobrym zagranicznym klubie futsalowym. To pomogłoby naszemu futsalowi. Powie ktoś, że zapominam o strzelcach. Rzadko zdarza się, by w meczu zaliczyć pięć trafień. Gdy kiedy ktoś strzeli pod rząd po pięć w pięciu meczach napiszę, podsumowując. Gole są ważne, lecz ważniejsze jest kreowanie gry.  

Jakby trochę mało zapamiętałem z futsalowego minionego roku. Najgorsze, że nie zapamiętałem żadnego sędziego. A przecież nie było spektakularnych wpadek. Widocznie nie wyrośli jeszcze następcy panów Frąka, Stawickiego, rzucający się w oczy. Być dobrym w kraju nie znaczy być zauważalnym za granicą. To moja opinia. Może osobowość ich szefa Przemysława Sarosieka powoduje, iż pozostają w cieniu. Organizacja sędziowska futsalu wykonała w roku 2018 kolejny spory krok organizacyjny oraz szkoleniowy, więc nie bez powodu działania jej szefa zapamiętałem. Szkoda, że nie mogę tego powiedzieć o trenerskiej części futsalowej. Przynajmniej jest o co apelować do poprawy.

Patrząc na to co napisałem, myślę – niedużo zapamiętałem. Być może jestem zbyt wybredny. Być może coś mi umknęło. Zobaczymy w kolejnym felietonie o czym nie udało mi się zapamiętać.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

L’histoire est un mensonge que nul ne conteste – powiedział kiedyś wielki Napoleon Bonaparte. W tłumaczeniu rzeczywistym powinno to brzmieć – „Historia jest wersją przeszłych wypadków, na które ludzie zdecydowali zgodzić się”. Nie będzie żadnym nadużyciem, gdy w tłumaczeniu felietonowym napiszę, iż historia to uzgodniony zestaw kłamstw. A jako historyk z wykształcenia wiem, że nie czynię żadnego nadużycia taką interpretacją. Nie czynię, gdyż – co zauważyłem nawet pośród historycznej profesury – wielu opowiadaczy dziejów, w zależności od prezentowanej opcji, jest skłonnych przychylać się do wersji jak najbliższych oficjalnemu zapotrzebowaniu. Zresztą podobnie jest z tak zwanym światkiem medialnym (czytaj dziennikarskim). A fakt, że działacze sportowi zawsze byli przodownikami wszelakiego oportunizmu - i przeważnie stawali tam, gdzie wieją dobre wiatry – jest znany od dziesięcioleci.

Ten przydługi wstęp, pewnie niektórym jawiący się jako nie mający nic wspólnego ze sportem, czy futsalem (ale mylą się) dedykuję w przedświąteczny tydzień do przemyśleń przy Wigilijnym stole. Proszę, by nie uciekać w Boże Narodzenie AD 2018, w tym okresie najbardziej lubianym przez Polaków, od tego, co naprawdę liczy się  w życiu. Nie uciekać od prawdy, wartości. A szczególnie sposobu ich postrzegania. Warto w tym czasie świątecznym zastanowić się, czy jest się człowiekiem podległym – jakby chcieli różni selekcjonerzy, prezesi, przewodniczący. Czy też posiada się odwagę posługiwania rozumem.




Polski futsal emanuje pokładami frustracji. Często jest ona przelewana na innych frustratów. Przelewana bez empatii. Tworzy to tylko nowe pokłady sporów. Zapewniam, znając środowisko, że i tak mówi ono cicho.  Ale mówi mądrze. I tylko nie zgadza się, aby ktoś nim kierował w sposób autorytarny. Związek piłkarski, wbrew temu co mówią nim kierujący, wcale nie jest korporacją, tylko najzwyklejszym stowarzyszeniem sportowym. W związku z tym nie ma potrzeby – jak w korporacjach rzeczywistych - siedzieć "od - do" i mieć nad sobą kogoś, kto mówi, co mamy robić. Ale z drugiej strony nie znaczy to, że współczesny działacz futsalowy ma nie znać się na robieniu biznesu, nie potrafić czytać faktur, czy nie móc opracować jakiegoś projektu. A z tego wynika, że nie powinien dać się ignorować. I dopiero, kiedy cały polski futsal personalnie to pojmie, można będzie powiedzieć, trawestując Immanuela Kanta, iż znajduje się w „epoce oświeconej”, a nie tylko działa w epoce Oświecenia.

Tradycyjnie przed Bożym Narodzeniem rozegrany został finał Młodzieżowych Mistrzostw Polski do lat 20. Jest to najstarsza ogólnopolska impreza młodzieżowa pod patronatem związkowym. Kiedyś implikowały te rozgrywki europejskie turnieje o randze Mistrzostw Europy kategorii U-21. Obecnie, gdy UEFA zmieniła kategorię mistrzowską na U-19 i nawet PZPN poszedł w nakazach licencyjnych dla futsalu (całkiem słusznie) w tym kierunku, mistrzostwa te – przynajmniej mnie – wydają się przeżytkiem. Chętniej oglądnąłbym ogólnopolską rywalizację w kategorii U-12. Tym bardziej, że PZPN sygnował coroczny halowy turniej dla dzieci o puchar prezesa nie jako futsalowy z nazwy, lecz zwykły halowy (coś słabe to lobby futsalowe w związku). A wiem, że początkiem roku w Warszawie odbędzie się kolejna edycja futsalowych zmagań pod szyldem „Młodej Ekstraklasy”. Właśnie w tak „młodych” kategoriach wiekowych.




W Nowy Rok 2019 reprezentacja dowodzona przez selekcjonera Korczyńskiego wejdzie w rok eliminacji mistrzostw świata - finałów Litwa 2020. O ile - jako felietonista – w roku 2018 na wyniki kadry (notabene niezłe) patrzyłem przez palce, to teraz stanę się surowszym recenzentem. Oczekuję minimum meczów barażowych o dwa miejsca finałowe, przypadające z puli europejskiej zespołom z drugich lokat grupowych zmagań eliminacyjnych. I nie są to oczekiwania na wyrost. Wynikają one z wypowiedzi selekcjonera oraz pana przewodniczącego. Chociaż – co prawda – przebija w nich nieco asekuracyjne głoszenie, że głównym celem są kolejne eliminacje oraz finały mistrzostw Europy. Oczywiście, każdy awans przyjmę ja, jak i polski futsal, z radością.

Okres świąteczny nie jest wymarzonym czasem do pisania „twardych” felietonów. Raczej są one okolicznościowo-wspomnieniowe. Czas ten obfituje w różne spotkania opłatkowo-noworoczne, połączone z życzeniami, a przy okazji wybaczaniem sobie. Podczas związkowego spotkania prezes Boniek uhonorował swojego poprzednika, wielkiego piłkarza Grzegorza Lato. Prezes pokazał: kiedy była walka o prezesurę, to walczyliśmy. Jednak nikt nie może zapomnieć, że Grzegorz był wielkim piłkarzem. Nie do wymazania z historii polskiej piłki. Jako felietonista nawet dodam, iż nie widać w określonej perspektywie polskiego piłkarza, który mógłby zostać królem strzelców mistrzostw świata. Taka prawda – panie Grzegorzu. Trochę to smutne lecz prawdziwe i świadczy marnie o naszych zawodnikach.

Wiem, że polski futsal przymierza się na rok przyszły do jubileuszy. Warto wziąć przykład z prezesa Zbigniewa i przypomnieć sobie o byłych futsalistach, działaczach, szkoleniowcach. Prawda bowiem jest taka, że obecny status polskiego futsalu nie wziął się z niczego. Nie jest wymysłem jednej kadencji. Pracowało na to wielu ludzi w minionym ćwierćwieczu. I tym felietonem pragnę im podziękować. 

Andrzej Hendrzak

P.S. Spotkałem się z zarzutem kolegi Józefa, że nie piszę o sędziach. Naprawię to więc przy okazji Świąt. Życzę polskim sędziom futsalu, by w roku 2019 wyeliminowali te błędy, które jeszcze czasami im zdarzają się. Ale na pewno jest lepiej niż drzewiej bywało.

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

W dobrych nastrojach polska seniorska reprezentacja futsalu kończy rok 2018. Dwie wygrane z Belgią pozwalają fetować Sylwestra nawet w Zakopanem przy rytmach piosenki znanego Sławomira. Nie wiem, komu oprócz selekcjonera Korczyńskiego oraz zawodników, gratulować. Wybiorę na chybił trafił wiceprezesa PZPN, pana Bednarka oraz wiceprzewodniczącego Komisji Futsalu, pana Duraja. Dlaczego ich? – pytasz kolego Józefie. Ano dlatego, że to ich najczęściej z działaczy futsalowych widziałem przy reprezentacji w minionym roku. Nawet przebili przewodniczącego Adama. Nie wspominając o innych członkach Komisji.

I niech tak dalej będzie w kolejnym roku. Roku jakże trudnym zapewne dla polskiego futsalu reprezentacyjnego, gdyż roku eliminacji Mistrzostw Świata. Roku oczekiwań ze strony sympatyków polskiej małej piłeczki, też wobec reprezentacji młodzieżowej. I nie zgadzam się ze słowami padającymi gdzieniegdzie z ust ważnych osób, iż raczej należy przyłożyć się do eliminacji seniorskich mistrzostw Starego Kontynentu, bo łatwiej powalczyć o finały. Nie wolno kapitulować przed czasem. Walczyć należy zawsze. I oby poszczęściło się.




Gdy już jestem przy nadchodzących eliminacjach futsalowych Mistrzostw Świata, przypomnę wszem i wobec, że finały tej imprezy odbędą się na Litwie. Na maleńkiej, sąsiedzkiej Litwie. I wcale nie futsalowej potędze, ale – jakby na ten sposób odczytywać przyznanie im przez FIFA organizacji mistrzowskiego turnieju - znających się na piłkarskiej, futsalowej dyplomacji. I dającej pewne priorytety tej dyscyplinie sportowej.

Wiele łączy mnie z litewskimi działaczami. Nawet piszę ten felieton ubrany w koszulkę reprezentacyjną litewskiego futsalu. Do dzisiaj utrzymujemy kontakty i bardzo cieszę się, że dostąpili tego zaszczytu. Podobnie pewnie myśli Leszek Łuckiewicz z Białegostoku – prezes futsalowego Heliosa, który w sprawach litewskiego czy białoruskiego futsalu mógłby być w Polsce prawdziwym cicerone. Jedno jest pewne, przy okazji tej litewskiej nominacji: że obojętnie na wynik polskiego teamu futsalowego można będzie najwyższej próby światowej futsal obejrzeć tuż za miedzą.

A w Polsce – przenosząc na nasz grunt tytuł powieści napisanej przez Remarque – „bez zmian”. Pisząc ściślej „Na Zachodzie bez zmian”. Pamiętam nie tak dawne czasy, gdy za prezesostwa pana Listkiewicza oraz pana Lato sondowano w UEFA szanse na organizację finałów futsalowych ME w Polsce. Świadek, pan Roman z Gliwic, a także były przewodniczący Komisji pan Kazimierz. Teraz już pewnie nawet sondowania nie ma, gdyż lobbing futsalowy w kierownictwie PZPN wyraźnie słabszy w porównaniu z dawnymi laty. Nie widać tam charyzmatycznych futsalowych postaci. No cóż – wszystko płynie, jak mawiał pewien człowiek w starożytności. Tym razem kosztem mnogości imprez trawiastych w Polsce „popłynął” futsal. Na szczęście jeszcze nie rozpływa się. I dzięki wielu społecznikom, klubowi Rekord Bielsko Biała oraz – co by nie mówić – reprezentacji seniorskiej, jest o nim całkiem sporo słychać.

Komisja centralna futsalowa ogłosiła nabór terenowy do rozgrywek Pucharu Polski w futsalu kobiecym. Znakomity pomysł, wychodzący z dołów kobiecego futsalu. Pomysł, o którym pan Tomek Aftański mówił wielokrotnie. Pomysł na masowość futsalu kobiecego. Nie da się bowiem ukryć, że futsal kobiecy nadal jest tylko w powijakach. Osobiście nie jestem pewny, że Puchar go ożywi, gdyż jak zauważyłem kobieca odmiana małej piłki jest tylko „przerywnikiem” zmagań piłkarek trawiastych na okres zwany umownie zimowym. A futsal kobiecy potrzebuje, by uzyskać znaczącego „kopa organizacyjnego”, co najmniej osoby pokroju Aleksandra Macedońskiego, którego sposób na rozwiązanie słynnego „węzła gordyjskiego” mógłby przełamać niemoc kobiecego futsalu w Polsce.

Niestety, takiego Aleksandra dla futsalu kobiecego w Polsce nie widać, nawet w dalekiej perspektywie. I nie winię akurat w tym przypadki futsalowej komisji związkowej. Sięgam dalej, ku kierownictwu związkowemu. Co prawda, na niedawnym zjeździe PZPN prezes Boniek wiele mówił o potrzebie dowartościowania piłki kobiecej, ale nie jestem wcale pewny, czy miał również na myśli kobiecy futsal.




Czytelnicy w swojej korespondencji zarzucali, że zapomniałem, pisząc poprzedni felieton, o występie bielskiego Rekordu w Elite round futsalowej Ligi Mistrzów. Nie zapomniałem. Napiszę trawestując słynnego Cezara – Rekord pojechał, pograł, powrócił. I od siebie dodam – nabrał doświadczenia, wstydu nie przyniósł. Oby w kolejnych edycjach utrzymał stan posiadania. A to będzie jeszcze trudniejsze. Niestety. Na razie niech rekordziści skupią się na lidze, gdyż może już nie być tak łatwo, jak w poprzednim sezonie. Ze zwyżki poziomu rywalizacji sportowej w polskiej ekstraklasie należy się cieszyć.

Szkoda tylko, że nie we wszystkich halach są pełne trybuny. To taka plama na „futsalowym honorze” choćby Chorzowa (gdzie te lata sprzed dekady...), Katowic, Gdańska. Z drugiej strony oko cieszy się, gdy widać trybuny w Pniewach, Laskowicach, Chojnicach, czy Zduńskiej Woli. Albo na meczach reprezentacji.

Pierwszy akapit był o reprezentacji, więc i podsumowujący także o niej. Kolejny raz jako kibice reprezentacji zostaliśmy wystawieni do przysłowiowego wiatru przez organizatorów, czyli pewnie piłkarski związek, który nie postarał się o transmisję telewizyjną. Tymczasem w telewizji można było oglądnąć jakieś „smutasy” z meczów trawiastego Pucharu Polski. I to nieraz przy pustych trybunach.

Panie profesorze Sitarz (przepraszam, że używam pańskiego nazwiska do podkreślenia wagi problemu) na nic zdadzą się zabiegi pana i wielu panu podobnych miłośników futsalu w Polsce, kiedy właściwe organy oraz osoby związku piłkarskiego nie potrafią zorganizować przyzwoitej live transmisji z meczów - było nie było - pierwszej reprezentacji Polski w futsalu. I to kolejny raz. Dochodzi do tego, że łatwiej jest zobaczyć potyczki reprezentacji poza granicami kraju niż na własnym terenie. Sam nie wiem, co myśleć o tej niemocy. Zaapeluję więc – panie prezesie Boniek, niech pan pomoże.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Jak szybko minął miesiąc spostrzegłem się dopiero, gdy kolega Józef zadzwonił z pretensjami o braku felietonów. Nie każdy – drogi Józefie – jest emerytem z górniczym urobkiem i może sobie latać po Karaibach, czy gdziekolwiek indziej. Są ludzie, którzy nawet nie będąc na emeryturze muszą dorabiać. Ale rzeczywiście zaniedbałem co nieco futsal. I pewnie niektórzy byli zadowoleni z tego, a inni - tak jak kolega - zawiedzeni.

Jednak jestem i piszę. Przeanalizowałem miniony miesiąc i muszę stwierdzić, że nic aż tak nadzwyczajnego w tym czasie w naszym futsalu nie zaszło. Podopieczni selekcjonera Korczyńskiego przegrali dwa mecze z Serbami – co było do przewidzenia. W Gliwicach oraz Katowicach odbyła się konferencja futsalowa - i też nie osiągnięto wspólnego konsensusu różnych opcji polskiego futsalu – co też było do przewidzenia. Jako felietonista kadrę pana Korczyńskiego Anno Domini 2018 przyjmuję – pisząc po wojskowemu – jako rozpoznanie bojem przed kolejnym ważniejszym sezonem i z dystansem patrzę na obecne jej wyniki. Natomiast z konferencyjnym projektem profesora Sitarza wiążę większe nadzieje. Nawet większe niż z projektem ekstraklasowej spółki. A powodem jest jego szersze otwarcie na całość polskiego futsalu, a nie tylko na określony jego wycinek.




W galerii polskiego futsalu było, jest i zapewne będzie wiele postaci godnych zauważenia. Jedni byli, są, czy będą Don Kichotami. Inni tylko Sancho Pansą. Różnie można mówić, myśleć o tych bohaterach z hiszpańską proweniencją znakomitej książki pana Cervantesa. Niemniej, budzili oni szczególną sympatię czytelników. Nie napiszę, że w polskim futsalu nie znajdą się osoby, które sympatii nie budzą, bo byłaby to najzwyklejsza nieprawda. Tak jak są takie, które sympatią cieszą się. Lecz ogólnie najgorzej jest z zaufaniem. Zaufaniem na linii jednostek, jak w kontekście relacji podmiotów poziomych oraz pionowych. I właśnie w działaniach - niezależnych od związku piłkarskiego, klubów, czy organów ligowych - różnych grup futsalowych, stowarzyszeń, zrzeszeń i podobnych widzę największą szanse na rozwój polskiego futsalu. Nie będę podpierał się górnolotnie słowami o jedności, gdyż nie o to mi chodzi. Wolę bowiem tak zwaną „szorstką przyjaźń” niż wymuszanie dla idei pozorowanej lojalności.

Jeden z polskich dziennikarzy sportowych napisał, że nie zna bardziej niesłownej grupy zawodowej niż piłkarze (dodałbym jeszcze politycy). Z drugiej strony oddał cześć kibicom, stwierdzając, iż mało jest związków tak wiernych, miłości na dobre i na złe, tak trwałych, jak te na linii kibic-klub. Pewnie nic dodać, nic ująć. Ale nie piłkarzami chciałbym zająć się teraz. Też nie kibicami. Mając miesięczny czas przemyślałem sobie polski futsal w kontekście współpracy, czy ważkości zadań albo inaczej – włożonego wysiłku w polski futsal przez Komisję Futsalową, spółkę ekstraklasową, związki wojewódzkie, kluby futsalowe. I wyszło mi, że najtrudniej jest w klubach. Tej podstawie futsalowej. Dlatego chylę czoła przed działaczami klubowymi. To oni „dają utrzymanie” związkowej „wierchuszce futsalowej” w postaci Komisji. To oni dają utrzymanie władzom spółki FE. To oni pozwalają zaistnieć Komisjom, czy Wydziałom Futsalu w piłkarskich związkach wojewódzkich. To oni wreszcie pozwalają od jesieni do wiosny poemocjonować się kibicom i co nieco dorobić sędziom. Panowie, działacze klubowi, a przy okazji też piłkarze w klubach futsalowych – tak to prawda, bez Was nie byłyby potrzebne stanowiska dla działaczy w związkach i podobnych organizacjach tworzących rozgrywki ligowe. Chapeau bas.




Pisząc powyższe słowa proszę nie wyobrażać sobie, że zapominam o wymogach płacowych piłkarzy, czy nieudolnych prezesach. Broń Boże, nie zapominam. Ale nie chciałbym mnożyć negatywów. Najzwyczajniej, nie mam bowiem recepty na rozwiązanie natychmiastowe problemów polskiego futsalu. Patrząc od strony działacza wojewódzkiego zauważam, że będąc w jednym związku piłkarskim powinienem współpracować z „Komisją Centralną”. Ale z drugiej strony, spoglądając jako terenowy związkowiec widzę, że mogę działać równie dobrze bez jej wsparcia. Tym bardziej, że przepływ informacji od centrali do dołów związkowych jest raczej mało informacyjny, czy niezbyt częsty. A marzy mi się każdorazowy komunikat do związku wojewódzkiego, co mądrego postanowiono na posiedzeniu komisji w centrali związkowej. I chyba nie jest to zbyt wielkie marzenie.

Kiedy patrzę jak prezes Boniek zaprasza prezesów Wojewódzkich ZPN na mecze międzypaństwowe reprezentacji seniorskiej, trawiastej czuję się trochę głupio nie otrzymując jako szef struktur futsalu w wojewódzkim związku podobnego zaproszenia - i to wcale nie na koszt pobytowy PZPN – na mecze futsalowe naszej reprezentacji. Przynajmniej te w Polsce rozgrywane. Czy tak trudno wygospodarować miejsce na trybunie. Nie wierzę. O ile pamiętam ostatni raz, gdy zaproszenie z PZPN poszło do wszystkich przewodniczących wojewódzkich struktur futsalowych, był mecz w Szczecinie z Kazachstanem (chyba, że były inne, tylko do mnie nie doszły). I było to za kadencji poprzedniej Komisji. A decyzję podjął prezes Jan Bednarek, za podpowiedzią pana Duraja. Może czas przypomnieć sobie o takim jakby futsalowym savoir vivre i powtórzyć to. Być może dla szanownej komisji związkowej jest to drobnostka, ale właśnie nieraz takie drobnostki budują atmosferę i współpracę. Komu jak komu, lecz to właśnie futsalowej komisji związkowej w PZPN powinno zależeć najbardziej na wprowadzeniu w miarę rozsądnej współpracy futsalowej różnych gremiów oraz organizacji (tych sformalizowanych i jeszcze niezrzeszonych) parających się „małą piłką” w Polsce. Proszę mi wierzyć – a przerobiłem to na własnej skórze – działaczem się bywa, a futsal zostaje. I nie bywanie na zjazdach PZPN decyduje o jego kondycji.

Jest rzekomo taki przepis na udane małżeństwo. I to długoletnie. „Należy wziąć szczyptę kompromisu, dodać do tego nutkę inicjatywy, dwie krople goryczy, łyżeczkę zazdrości, gotować na wolnym ogniu do wyparowania”. Osobiście jestem za. Dla dobra futsalu.

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Igrzyska Olimpijskie są marzeniem każdego sportowca. Start w nich jest niewątpliwą nobilitacją. Nie sądzę, aby futsal kiedykolwiek zagościł na tej imprezie. Tym większą mam pewność, kiedy widzę, że nawet Brazylijczycy, którzy w dyscyplinie są zakochani, nie zaproponowali futsalu jako chociażby dyscypliny pokazowej na organizowanych przez nich igrzyskach w Rio de Janeiro w roku 2016. Ale są nacje – i to w naszym bliskim sąsiedztwie, które mogą poszczycić się udziałem w zawodach noszących w nazwie miano Igrzysk Olimpijskich. Co prawda, pełna nazwa imprezy brzmi - Letnie Igrzyska Olimpijskie Młodzieży, lecz wpis olimpijski do sportowego Curriculum Vitae pozostaje na lata.

Takie Igrzyska zakończyły niedawno się w argentyńskim Buenos Aires. W programie był też młodzieżowy futsal dla uczestników urodzonych w latach 2000-2003. Nie wiem, czy w polskim związku piłkarskim znano zasady kwalifikacji do tych igrzysk i czy się do nich przymierzano. Znając jednak zainteresowanie kopaną piłką halową mogę domniemywać, że nie było wielkiego parcia na udział w imprezie. A szkoda, gdyż skorzystali z możliwości udziału Słowacy, z którymi rokrocznie potykamy się w Turnieju Wyszehradzkim.




Tradycyjnie też na starcie pojawili się młodzi Rosjanie, kierowani przez głównego trenera seniorskiej Sbornej, Siergieja Skorowicza. To tylko świadczy, jak wielką wagę przywiązuje się w Rosji do szkolenia. I nie dziwmy się później, iż ciągle znajdują się w strefie medalowej wielkich imprez seniorów w futsalu. Gwoli felietonowego podsumowania wstępu olimpijskiego, nadmienię jeszcze, że mistrzami zostali Brazylijczycy, pokonując w finale właśnie młodych Rosjan. Jeszcze dodam, iż ozdobą finałowego meczu był samobójczy (!) gol futsalisty rosyjskiego już na początku spotkania (można to trafienie zobaczyć w internecie).

Wspomniany wyżej Siergiej Skorowicz to niezwykle charyzmatyczna postać rosyjskiego futsalu. Kiedy o północy patrzyłem na finałowy mecz w Buenos Aires, uprzytomniłem sobie, jak ważny musi być ten turniej dla rosyjskiej małej piłki, gdy delegują na zawody najważniejszego coacha futsalowego w kraju. Skorowicz żyje futsalem. Można z nim o futsalu dyskutować długimi godzinami, czego osobiście doświadczyłem.

Innym wschodnim omnibusem futsalowym był Gienadij Lisenczuk z Ukrainy – długoletni selekcjoner tamtejszej reprezentacji, a ponadto niemal alfa i omega ukraińskiej piłeczki halowej. Zarówno Skorowicz jak i Lisenczuk to ikony futsalowe w ich krajach. Gdy tak przy wymienianiu tych nazwisk pomyślę, kto w Polsce mógłby uchodzić za taką ikonę futsalową, znaną poza granicami kraju i na różnych futsalowych forach, jakoś klawiatura mi się zacina. Nie znaczy to, że ludzie polskiego futsalu są nieznani. Niemniej, kudy im do autorytetu międzynarodowego wyżej wymienionych.

Jak już jestem dłużej przy Skorowiczu, to zaprezentuję moje marzenie, które tuła mi się po umyśle od lat. Jest to marzenie, którego nie mogłem zrealizować w polskim futsalu. Nie realizowano go też przede mną, a i po mnie też jakoś nikt nie pali się, by taki pomysł zmaterializować. Twierdzę mianowicie, że selekcjoner seniorskiej reprezentacji futsalowej powinien być na zadowalającym go etacie w PZPN. I nie tułać się po pierwszoligowych klubach jako trener. A nawet – biorąc za wzór rosyjskich olimpijczyków - powinien mieć też etatową pieczę nad reprezentacją młodzieżową.

O takie postawienie sprawy apeluję do prezesa Bednarka, przewodniczącego Kaźmierczaka oraz dyrektora sportowego Majewskiego. Nie piszę tego – aby było jasne – przede wszystkim z sympatii do obecnego selekcjonera, którego szanuję za futsalową wiedzę, lecz czynię to z troski o polski futsal.




Kolejka polskiej ekstraklasy futsalowej z minionego weekendu sypnęła niespodziankami a może nawet sensacjami. Nie sądzę, aby znalazł się ktoś, kto trafnie wytypowałby wyniki. Osobiście – mówiąc szczerze – trafiłbym tylko wygraną będącego – jak na razie – w zwycięskim transie Cleareksu w Szczecinie. No, może jeszcze pokusiłbym się o postawienie na wygraną pniewian z wyraźnie będącą bez formy drużyną Piasta Gliwice. Miło, iż już na początku rozgrywek nie jest nudno. Rekord przegrywa teraz, a nie jak w minionym sezonie, dopiero gdzieś wiosną.

Dół tabeli jest udziałem Piasta oraz Gatty ze Zduńskiej Woli. Obydwa teamy akademickie grają w taką kratkę, że dla stawiających w zakładach są najbardziej nieprzewidywalnymi zespołami tej ligi. Pojedynek beniaminków rozstrzyga na swoją korzyść ten skazywany na degradację, pokonując tego, który - wzmocniony zagranicznymi internacjonałami - ma walczyć o medale. Wreszcie odnajduje się MOKS, którego kilku zawodników - po euforii jaka niewątpliwie była ich udziałem w ekipie wicemistrzów świata szóstek piłkarskich - wraca do futsalowej rzeczywistości. Jednak zmartwił mnie Rekord. Mimo, iż miał przeciwnika z wysokiej krajowej półki, to nie odnalazł się dużej toruńskiej hali. A Elite Round coraz bliżej. Zarzuci ktoś, że w wywodzie ekstraklasowym nie wspomniałem o zawodnikach. Przyjdzie kiedyś i na to czas, ale trzeba zapracować systematycznością i poziomem w pewnym przedziale czasowym. Nie będę chwalił, czy ganił za jedną kolejkę. Zresztą tym zajmują się branżowe portale i dajmy spokój felietoniście.

Kolega Józef jadąc ze Śląska do Gdańska wstąpił do mnie w Warszawie i przekazał mi ważną wieść o organizowaniu jakiegoś tam lecia polskiego futsalu. I jak to on potrafi, od razu sarkastycznie ocenił – nie ma wyników, to będą odznaczenia. Drogi Józefie – jakieś tam wyniki są. I kadra w na finałach w Słowenii, i Rekord w gronie najlepszych w Europie. W futsalu za często nie nagradzają. Związek nie jest aż taki hojny dla dyscypliny, więc każda okazja jest dobra. Oby tylko nie okazało się, iż pierś wypną do orderów głównie ci najbliżsi władzy. A o takich – jak choćby mój kolega – zapomni się. Ale o tym przyjdzie też jeszcze czas napisać. Im będzie bliżej imprezy i jaśniej w sferze nagrodzeń.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Niejednokrotnie zastanawiam się, czy lepiej byłoby, aby rzeczywistość była czarna lub biała. Czy może lepiej byłoby jednak, aby szarość też w niej znachodziła się. Pewnie kierując się rozsądkiem pogodzenia sprzeczności w perspektywie zbudowania czegoś sensownego wybrałbym tę drugą opcje. Nie jestem bowiem pewny czy tylko uznawanie, iż białe jest białe, a czarne jest czarne dawałoby w polskiej rzeczywistości szansę powodzenia. Nikt nie przekona mnie, że działacze sportowi są tak akuratni i tylko robią rzeczy dobre albo złe. Zarówno świat (polityka też), jak i sport, w tym futsal opiera się na godzeniu przeciwności, czyli szarości. Kto mówi inaczej najzwyczajniej mija się z prawdą.

Dlatego wielu ludziom trudno jest w tym świecie szarości znaleźć swoje miejsce. I wcale im nie dziwę się, obserwując jak nijakość przejmuje – też w sporcie oraz futsalu – rządy na rozumami tych nielicznych, pragnących powiedzieć, iż jest biało albo czarno. Coraz mniej jest w otoczeniu futsalowym osób chcących łamać konwenanse, utarte schematy. Najzwyczajniej stwierdzili – nie opłaca się nam to. No tak, zawsze to być lepiej bliżej owej mitycznej władzy niż zostać zepchniętym do przysłowiowych „kanałów”. Ale starać się o przekazanie swojego zdania niezmiennie należy.




Ten przydługi nieco moralizatorski wstęp zafundowałem sobie oraz czytelnikom po zapoznaniu się z materiałem pana Jakuba Drwala o futsalu angielskim, zamieszczony na portalu Futsal-Polska. O tym, że organizacyjnie Anglicy nas z czasem prześcigną w robieniu futsalu, wiedziałem już w roku 2006, kiedy podejmowałem ich podczas towarzyskiego meczu reprezentacji seniorskich futsalu. Wygraliśmy dwa razy. I to raz dwucyfrowo aż 16-0. Ale to nie było najważniejsze. Ciekawszym była możliwość podpatrywania ich od strony organizacyjnej. Polska pięć lat po euforii związanej z udziałem w rosyjskich finałach mistrzostw Europy. Po kolejnych zmianach szkoleniowych, czy władzy w polskim futsalu – ta przywara pozostała normą do dzisiaj. Anglicy na początku futsalowej drogi. Uczyli się tego sportu. W tym też od nas. Ale od strony zaplecza technicznego przygotowani byli już na poziomie.

To od nich w tych latach przejmowaliśmy zasady używania chłodzenia organizmów zawodników po meczach. To ich podglądaliśmy w zakresie dozwolonych odżywek dla zawodników. I tak dalej, i tak dalej. Nie będę się rozwodził nad kolejnymi ciekawostkami. Wspomnę tylko, że gdy podczas eliminacji mistrzostw świata na Węgrzech były problemy z łącznością satelitarną, to rozłożyli swoje przywiezione „talerze” i było okey. Dlatego jestem pewien, iż niedługo może nie seryjnie, ale częściej osiągną korzystny wynik w meczach z nami. Jak zauważyłem – oni oraz Niemcy są niezwykle cierpliwi w budowaniu swojego futsalu. W przeciwieństwie do naszych działań. Widocznie lepiej (a jest to dziwne dla nie Słowian) odnajdują się w słowiańskim – było nie było – powiedzeniu „Co nagle, to po diable”.

W każdym razie dziękuje panu Drwalowi. Jego tekst – liczę – uświadamia władzom PZPN, członkom związkowej komisji futsalu, że to co robią to jest kropla w morzu potrzeb polskiego futsalu. I takim tempem przemian ów przysłowiowy „Kraków” będą długo budować. Pan Drwal podpisując swój fachowy wywód wskazał mi, że jest dyrektorem sportowym Futsal Młodej Ekstraklasy. Brawo i gratuluję. Gratulowałbym jeszcze bardziej, gdybym został uświadomiony o systemie rozgrywek, terminach, klubach. Cała rzecz bowiem warta jest pochylenia się nad projektem. A tak mało o nim wiadomo. Któż bowiem zastąpi zgranych zawodników w przyszłości jak nie wyedukowana od szkoły, juniorów futsalowa młodzież.



Tak składa się, że posiadłem pamięć historyczną. Gdzieś na początku tego roku przeczytałem wypowiedź młodego piłkarza Krystiana Bielika, który stwierdził, że wolał wybrać III ligę angielską od polskiej ekstraklasy trawiastej. Uznał, iż roczny pobyt nad Wisłą byłby dla niego - po przenosinach do Anglii – krokiem wstecz (!). Nie wiem co porabia teraz pan Bielik. Cytuję go, by wskazać pewną asymetrię. Angielska III liga jest lepsza dla młodego piłkarza w sensie organizacyjnym oraz szkoleniowym, niż polska ekstraklasa. Nie twierdzę przy tym, że polski klubowy, trawiasty król piłkarski jest nagi. Ale – moim zdaniem spadają z niego resztki odzieży. Co pokazują eliminacje europejskich pucharów. A jak spadają w piłce trawiastej, to z czasem mogą spadać też z klubów futsalowych. Warto mieć się więc na baczności. O, przepraszam. Z owego spadania odzieży wyłączam Rekord Bielsko Biała.

Losowanie Elite Round futsalowej Ligi Mistrzów nie było łaskawe dla Rekordu Bielsko Biała. Trójka rywali jest ograna w tych rozgrywkach i należy do wysokiej, a dwa nawet do najwyższej półki tych elitarnych rozgrywek. Rosyjski - TTG Jugra Jugorsk, hiszpańska - FC Barcelona Lassa (gospodarz grupy turniejowej), serbski - Ekonomac Kragujevac, to zespoły, z którymi ciężko będzie uciułać punkty. Ale – jak to mawiał klasyk – „Dopóki piłka w grze” – każdy jest mistrzem. Dla mnie już awans na ten poziom rozgrywkowy jest dużym osiągnięciem. Teraz każdy ugrany punkt stanowić powinien dobrą inwestycję w przyszłość.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Czasami zdarza się pisać  felietony na wyjeździe, a nawet poza granicami Polski. Jest to o tyle korzystne, że jest się dalej od rodzimych zdarzeń i ma się spokojniejsze spojrzenie. Ponadto znajomi, z którymi rozmawia się poza krajem o futsalu, mają nieskażone rodzimymi emocjami spojrzenie i ten ich dystans pozwala ujrzeć rzeczy, których na miejscu by się nie zauważyło. Trochę podróżowałem po Bałkanach, zbierając materiały do opracowania o polskich misjach za granicami. Korzystając z okazji, zawitałem nawet na chwilę na jeden z turniejów o awans do Elite Round futsalowej Ligi Mistrzów. Tam też dowiedziałem się o awansie Rekordu Bielsko Biała do europejskiej, futsalowej elity klubowej.

Gratuluję. Znajomy Serb powiedział, przekazując miłą wiadomość – „Rekordowi już dawno się to należało”. Zapewne tak, ale co nagle to po diable – jak mawia znane u nas przysłowie, więc bardziej cieszy mnie fakt, iż wynik sportowy został osiągnięty przy stabilizacji sportowo-organizacyjnej bielszczan oraz przy ciągłym progresie wynikowym, niż miałoby to stać się jako jednorazowy „wybryk” sportowy. A obserwuję od dwóch sezonów na europejskiej arenie futsalowej w poszczególnych krajach nad wyraz wiele upadków klubów, zmian nazw, czy odstępowania miejsc rozgrywkowych. Tymczasem nasz Rekord systematycznie realizuje swoje plany pod przewodnictwem już obecnie dwóch panów Szymurów. Seniora pana Janusza oraz syna, pana Piotra, kiedyś reprezentanta kraju, a obecnie pewnie następcy w futsalowym działaniu w Rekordzie. I niech tak dzieje się, gdyż - jak na razie - bielski klub jest znakomitą wizytówką polskiego futsalu.




Nie miałem za wiele możliwości oglądania innych meczów w różnych grupach turniejowych, ale od znajomych uzyskałem informację, że wcale Rekordziści nie stoją na straconej pozycji na kolejnym etapie rywalizacji, gdzie pewnie już typowych dostarczycieli punktów nie będzie. Kibic - działacz z Białorusi, których mistrz walczył w kosowskiej Prisztinie o awans (i też wywalczył) – uznał, iż zarówno ich Lidzie jak i Bielsku będzie ciężko, ale przyda się sportowe doświadczenie na przyszłość. Dopowiem - póki piłka w grze, wszystko jest możliwe.

No bo kto spodziewałby się chociażby (oprócz pewnie sympatyków, zawodników, władz Cleareksu), że po fatalnym starcie i wysokiej porażce w Pniewach zespół chorzowski wygra aż 6:1 w Toruniu? I w tym miejscu ukłony dla chorzowian, a przy okazji też dla typujących z ramienia ekstraklasy mecze telewizyjne. Jakoś udaje się wytypować spotkania atrakcyjne z wieloma golami, nie pozwalające odchodzić od telewizora, czy komputera. Oby tak dalej promowała się strzeleckimi umiejętnościami futsalowa ekstraklasa.



Polski futsal jednak to nie tylko parkiet, zespoły, ligi, gole, reprezentacje. Coraz częściej futsalem zajmują się różne projekty, tworzone przez ludzi zainteresowanych tą dyscypliną. Są to działania w żadnym wypadku nie wyręczające PZPN albo Spółki FE, lecz dające szersze spektrum wizji futsalowej. O ile te pierwsze podmioty skupiają się głównie na reprezentacji, ligach, czy młodzieży, to tworzące się czasopisma o futsalowym profilu, strony internetowe, stowarzyszenia etc etc są ważnym składnikiem dla futsalu na polu promocji, marketingu, edukacji.

Niedawno otrzymałem zaproszenie do udziału w „I Forum Futsalu – Polska 2025 – Wizja Rozwoju”, które organizuje w Katowicach oraz Gliwicach redakcja czasopisma „Futsal”. Dziękuję panu profesorowi Markowi Sitarzowi. Jest to coś nowego. Rok 2025, czyli siedem lat do przodu. Z całym szacunkiem do związku piłkarskiego, ale pewnie  nawet z jego strony nie ma tak daleko wybiegającej opracowanej wizji. I dlatego kolejny raz w felietonie będę optował za coraz większym angażowaniem się szeroko pojmowanego środowiska futsalowego w Polsce w wypracowywanie kierunków rozwoju. Nie liczyłbym tylko na PZPN, bo on ma jednak na głowie ważniejsze odmiany piłki. Całkiem sympatycznie pasuje do takich działań powiedzenie „Nic o nas bez nas”. I niech siły jednoczą się bez urazy z każdej ze stron, które dotychczas mają (miały) monopol na futsal.

Wiem, że w tym tygodniu lub przyszłym PZPN organizuje spotkanie z klubami futsalu kobiecego na temat rozgrywek w nowym sezonie. Trochę późno, ale ważne, że jest spotkanie i pewnie będą też rozgrywki. Zapewne będą one nadal tylko zimowym przerywnikiem dla trawiastej piłki kobiecej. Czyli futsal kobiecy nadal pozostanie Kopciuszkiem. Apeluję, do władz futsalu oraz piłki kobiecej w naszym centralnym związku piłkarskim. Panowie – zróbcie coś, aby bardziej docenić futsal kobiecy. Zdecydujcie się na krok, który futsal męski zrobił w latach 2009-2010. Nie bójcie się kontrowersyjnych decyzji. Inaczej trener Wojciech Weiss dalej będzie się bujał od ściany do ściany i będziemy cieszyć się, że wygraliśmy z Rumunią. Czas pokazać, iż ma się coś więcej (!) niż dobre chęci. Cyceron mawiał - i jako historyk adekwatnie go przytoczę -  „His­to­ria - świadek cza­su, światło praw­dy, życie pa­mięci, nau­czy­ciel­ka życia, zwias­tunka przyszłości”. Warto o tym pamiętać.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

W cieniu spektakularnego triumfu siatkarzy, którzy obronili we włoskim Turynie mistrzostwo świata, reprezentacja Polski szóstek piłkarskich w portugalskiej Lizbonie wywalczyła, podczas I mistrzostw globu w tej dyscyplinie, wicemistrzostwo świata. Wicemistrzostwo w tej popularnej, ale nieolimpijskiej – jak i futsal – dyscyplinie. Gratuluję. Tym bardziej gratuluję, że do sukcesu poprowadził naszą „srebrną szóstkę” futsalowy trener, Klaudiusz Hirsch. A w gronie srebrnych zawodników znaleźli się znani z futsalowych parkietów – Norbert Jendruczek, Adrian Citko, Mateusz Lisowski z MOKS Białystok; Marcin Grzywa z Piasta Gliwice; Mariusz Milewski z Gatty Zduńska Wola oraz Krzysztof Elsner z FC Toruń. Tylko niemiecki Mannschaft okazał się lepszy od Polaków.

Co prawda, piłkarskie szóstki są niszową, niemal na równi z futsalem dyscypliną piłkarską w dziedzinie piłka nożna, niemniej sukces nie przeszedł bez echa. W niedzielnym Cafe Futbol w Polsat Sport poinformował o nim sam redaktor Mateusz Borek. Cóż, teraz czas na futsal. Czas podjąć rzuconą rękawicę i powalczyć nie tylko o udział w jakimś finałowym światowym, czy europejskim czempionacie, lecz o wysokie lokaty. Jeżeli dyscyplina nie mająca za sobą, czy nad sobą związkowej „czapki” potrafi osiągnąć tak dobry wynik, to jak należy interpretować brak sukcesów ze strony dyscypliny, za którą stoi najpotężniejszy w kraju związek sportowy. Gdzie rozmijają się drogi stowarzyszeń, działających na zasadzie głównie wolontariatu i stowarzyszeń z pełną kasą. I dlaczego szóstki mogą, a futsal nie. Pozostawiam pytania do odpowiedzi czytelnikom. I od razu wykluczam argument, że ”szóstki” są mniej znane, gdyż jest to nadużycie oczywiste. A nawet z kategorii zazdrości.




Od momentu, gdy srebro portugalskie naszej reprezentacji stało się faktem, do chwili, gdy zasiadłem do felietonu, usłyszałem już od wielu osób – jak to, niestety, w Polsce bywa sporo krytyki dla „szóstkowej dyscypliny”. Niektórzy z moich rozmówców nawet poczęli używać tego sukcesu jako swoistej pałki, by dołożyć „szóstkom”. Dołożyć, jako rozbijakom futsalu. Dawno nie słyszałem większej niedorzeczności. Takie słowa są to najzwyczajniejsze dyrdymały do obśmiania. Każda z dyscyplin pracuje na siebie i nie widzę  żadnego konfliktu interesów. Kiedyś współpracując z „Tygodnikiem Żużlowym”, który głównie opisuje „żużlową jazdę w lewo”, będącą także sportem nieolimpijskim, nie spotkałem się, by banalnie odnoszono się do choćby motocrossu. Jak docenimy sukces innych, to i nasz kiedyś też docenią. A tak na marginesie – myślę, że ogólnie futbol jest w miarę prostym sportem, gdzie zapamiętanie prostych zasad nie powinno stanowić najmniejszego problemu. Przecież głównie chodzi o to, by przeciwnikowi wbić więcej goli, niż on nam potrafi to zrobić. Pozostaje więc wspólnie walczyć o jego dobro.

Futsalowy Turniej Wyszehradzki, który w tym roku organizowali, Czesi potwierdził tylko moja tezę, że nasze teamy – seniorski oraz młodzieżowy – są na etapie prób oraz błędów. I do doskonałości jeszcze daleka przed nimi droga. Co nie znaczy, że nieosiągalna. Dzięki czeskiemu przekazowi wizyjnemu mogłem oglądnąć wszystkie mecze. I to nie tylko Polaków. Chciałbym kiedyś mieć taki dobry przekaz z turnieju towarzyskiego rozgrywanego w Polsce. Od lat bowiem upatruję głównej nobilitacji futsalu w odpowiednim przekazie wizyjnym meczów poza halę. Dopiero, gdy tego nauczymy się, można stawiać na okazałych sponsorów. I ponownie odwołam się do siatkówki. Pamiętam czasy, gdy panią Glinką, czy panem Świderskim – czołowymi polskimi przedstawicielami polskiego volleyballa początku XXI stulecia - nikt nie interesował się, gdyż telewizje od przypadku do przypadku dawały nam reprezentacyjny przekaz. Zmieniło się, gdy panie wywalczyły w 2003 roku mistrzostwo Europy. Polsat objął pieczą siatkówkę. I mamy sukces dyscypliny oraz sukces Polsatu. Jak to bywa często w życiu, kobiety pociągnęły siatkówkę na salony współczesne, na czym korzystają teraz bardziej mężczyźni.

Nie bez kozery podaję ten przykład, gdyż działając kiedyś w PZPN wyobrażałem sobie, że to właśnie nasz futsal kobiecy da spory impuls polskiemu futsalowi. Zawsze to, co jest raczkujące, daje większe możliwości przebicia się. A z futsalem kobiecym tak przed kilkoma laty było. Niestety, animozje pośród futsalowej oraz kobiecej władzy w gronie moich następców w związku doprowadziły do tego, że prezes Zbigniew na jakiś czas zawiesił kobiecą kadrę. I teraz musimy zaczynać wszystko niemal od początku. 

Niestety, stracony czas jest nie do odrobienia w chwilę. A była szansa lustrzanie podobna do tej sprzed ponad 25 lat, gdy z inspiracji Michała Listkiewicza kadra męska pojechała na mistrzostwa świata do Hongkongu. I jak nie przyznawać racji Janowi Kochanowskiemu, głoszącemu już przed wiekami w Księgach Wtórych w Pieśni 5 o Polaku, który nie wyciąga wniosków. I takoż – napiszę to oględniej niż ujął poeta - wcale Polak nie musi być mądry po szkodzie.



Przez wiele lat jako dziennikarz – etatowy, i wolny strzelec – bywałem w różnych środowiskach sportowych. Pracowałem dla wspomnianego „TŻ”, „Przeglądu Sportowego”, „Tempa”, „Polskiej Piłki”, że wymienię tylko centralne media. Zresztą regionalnych też było kilka. Pracując preferowałem różnorodność dyscyplin. Uważałem bowiem, że zasiedzenie się przy jednej dyscyplinie, czy w jednej redakcji0 zubaża człowieka. To samo dotyczy też – moim zdaniem - działacza. Nie wyobrażam sobie, by nawet szkoleniowiec, czy sportowiec był zamknięty wyłącznie w swoim kręgu sportowej dyscypliny. Postawa „multi” zawsze daje możliwość lepszego wykorzystania wiedzy dla wiodącej dyscypliny.

Możliwość wchodzenia na imprezy akredytując się, czy tylko pokazując dziennikarską legitymację była wprost bezcenna. Pozwalała komunikować się z ważnymi osobami danego sportu. Podczas owej pracy nie zdarzyło mi się widzieć, by selekcjoner, trener jakiejś reprezentacji kupował bilet na mecz, który chciał oglądnąć. Dlatego zdziwiony byłem, gdy niedawno otrzymałem informację, że w futsalu ligowym nie jest to jasno uregulowane i mogą zdarzać się różne niedomówienia w tym zakresie. Myślę, że właściwe gremia raz na zawsze powinny przekazać klubom, iż na obiekcie należy wyznaczyć miejsca przeznaczone dla oficjeli PZPN, Spółki, czy związków regionalnych. Tak, aby w każdej chwili selekcjoner, przewodniczący komisji, prezes spółki mogli bezproblemowo wejść na mecz i zająć należne im ze względu na zajmowane stanowisko, czy pełnioną funkcję miejsce. Dla klubu pobyt selekcjonera, przewodniczącego, prezesa na meczu powinien kojarzyć się z zaszczytem, a nie z udręką. I niech tak stanie się – szanowne kluby futsalowe.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Kiedy nasze futsalowe teamy – seniorski oraz młodzieżowy – rywalizują w czeskim Nymburku o wygrane w tradycyjnym Turnieju Wyszehradzkim, w dalekiej Portugalii, a dokładnie w jej stolicy Lizbonie rozpoczęły się historyczne, bo pierwsze, mistrzostwa świata w dyscyplinie zwanej mini futbolem. W gronie uczestników znalazła się - prowadzona przez znanego szkoleniowca futsalu Klaudiusza Hirscha - reprezentacja Polski.

Niewątpliwie jest to wielkie wydarzenie dla polskiej „piłki kopanej”. Na dodatek w dyscyplinie mającej wiele wspólnego z futsalem i powołującej do swoich reprezentacyjnych szeregów  zawodników na co dzień biegających po futsalowych, ligowych halach. Pozostaje tylko życzyć, aby polska piłka sześcioosobowa jak najlepiej zaprezentowała się na najbardziej prestiżowym placu Lizbony (co za piękne miejsce) – Praca do Comercio.




Podczas tegorocznej kanikuły miałem okazję w podwarszawskim Pruszkowie przyjrzeć się półfinałom mistrzostw Polski w mini futbolu. Najbardziej zaskoczył mnie rozmach imprezy. Powiem szczerze, że futsal został pod względem organizacji tak wielkiego zlotu zespołów i ilości jednorazowego grania zawodników pozostawiony w tyle. Być może, w sumie, w różnych imprezach futsalowych w naszym kraju bierze udział więcej futsalistów. Ale nie byłbym tego taki pewny. I zresztą nie to jest najważniejsze w moim rozważaniu.

Bardziej uwypuklę fakt, iż ta wielość mini futbolowa jest znakomicie centralnie zorganizowana. Czego brakuje futsalowi, który z zasady nie obejmuje centralnie swoim związkowym patronatem rozgrywek istniejących poza strukturami PZPN. Po finale ogólnopolskim na pięknym Stadionie Śląskim począłem się nawet zastanawiać, jak wyglądałby polski futsal, gdyby pozwolono mu zrzeszyć się w odrębną strukturę centralną, afiliowaną przy związku piłkarskim. Gdy poznałem, jak znane nazwiska (piłkarskie, medialne) wspierają nasz mini futbol, jak poważne media czy sponsorzy znajdują się w jego kręgu, jeszcze bardziej wzrósł mój szacunek do tej odmiany piłkarskiej rywalizacji. Nie jestem odosobniony w opinii, że dla niszowych dyscyplin, a taką jest jednak futsal, najlepszym wyborem jest samostanowienie, pojmowane w szerokim tego słowa zakresie. Związek natomiast jest niezbędny w zakresie startów w oficjalnych mistrzostwach organizowanych przez FIFA, czy UEFA.

I to byłoby tyle – przynajmniej na razie - o tej pokrewnej dla futsalu dyscyplinie piłkarskiej. Przechodząc do stricte futsalowych odczuć, wyrażę zadowolenie, że wreszcie setki, a może nawet tysiące sympatyków „halówki” mogą co tydzień pasjonować się swoją dyscypliną. Po ekstraklasie ruszyły bowiem rozgrywki I ligi męskiej. Niedługo zapewne rozpoczną gry regionalne II ligi oraz – mam nadzieję – ligi kobiece. Nie zapominać należy także o Halowym Pucharze Polski, więc będzie co oglądać. Kręcąc się w miniony weekend po Polsce, przypadkowo zaglądnąłem do jednej z pierwszoligowych hal. Wrażenie zrobiła kolorowa ścianka z logami organizatora, czy producenta piłki ligowej. Dobry krok w dobrą stronę. Szkoda tylko, że hala nieco pustawa. Ale liczę, że gdy zakończy się sezon trawiasty, to i w tych mniejszych miejscowościach kibice w większej liczbie pojawią się na halach. I za to trzymajmy kciuki.

Niestety, puste miejsca na widowni są zmorą nie tylko I ligi futsalowej, ale też i wielu klubów ekstraklasy. Jeden z piłkarzy mówił mi, że dziwnie gra się przy prawie pustych trybunach. Rozumiem go i apeluję do organizatorów klubowych meczów od góry do dołu polskich lig futsalowych – przyłóżcie się panie oraz panowie, by hale zapełniać. Próbujcie różnych akcji dla kibiców, atrakcji nie tylko sportowych. Róbcie wiele, aby wyeliminować tę swoistą piętę achillesową (niedobór kibiców na meczach) istniejącą jeszcze w niektórych klubach naszego futsalu ligowego. Naprawdę warto o to postarać się. Zresztą dotyczy to także niektórych meczów organizowanych centralnie.

Pisząc felieton wiem, że w ramach Turnieju Wyszehradzkiego polska młodzież pierwszy mecz wygrała, a seniorzy przegrali. Nie przykładałbym aż tak dużej wagi do wyników obecnego turnieju. Selekcjonerom Korczyńskiemu oraz Żebrowskiemu potrzeba dać nieco czasu. Osądzać ich oraz kadrę będzie można w roku przyszłym. Pewnie, że chciałoby się samych zwycięstw, lecz czasami lepiej przegrać bitwę, by wygrać wojnę. I – przynajmniej ja tak odbieram plany federacji. Co nawet wynika pośrednio z wypowiedzi nie tylko szkoleniowców, ale i ich szefów. 



Kolega – recenzent Józef - zarzucił mi niedawno, że opisując felietonowo futsal, nic nie wspominam o Mazowszu, gdzie – było nie było – mieszkam. Otóż drogi Józefie, uzupełnię ten brak. Prawdę mówiąc, dotąd nie było za wiele co pisać, gdyż futsal na Mazowszu był śladowy. A nawet – jak to mówił jeden z prześmiewców tej dyscypliny – ze względu na brak odbicia piłki futsalowej można było na nią tutaj mówić „pustak”. I tak też futsal mazowiecki był przez wielu znawców piłkarskich z Warszawy i okolic postrzegany.

Na szczęście dzięki grupie zapaleńców wiele zmieniło się i zaistniała możliwość „uruchomienia” nawet ośmiozespołowej II ligi męskiej. Trzy zespoły zapewne wystartują w ekstralidze kobiecej. Tradycyjnie jeden z warszawskiego Uniwersytetu w I lidze męskiej. I wreszcie – co najważniejsze – gdzieś około 20 drużyn zgłosiło się lub jeszcze dołączy do Młodzieżowych Mistrzostw Polski, co jest największym ewenementem. Do tej pory w gronie męskiej młodzieżówki rywalizowało 1-2 zespoły. W gronie dziewcząt ciut więcej. Czyli podsumowując drogi Józefie – jakoś to kręci się, i nie jest najgorzej. A nawet jest systematyczny progres. Aby jednak nie popadać w samozadowolenie zacytuję Mikołaja Gogola – wybitnego rosyjskiego pisarza z carskich czasów, który powiadał – „Biada temu, kto zadowolony jest z siebie: taki człowiek nigdy nie nabędzie rozumu”. I niech to niesie się do ludzi futsalu w całej Polsce.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS