Baraż o Euro: Węgry - Polska 2:1 fot. Aśka Żmijewska (fb.com/futsalovee)

Baraż o Euro: Węgry - Polska 2:1

Słabsza pierwsza połowa i bardzo dobra, ale niestety nieskuteczna druga. To najkrótsze podsumowanie meczu barażowego, w którym reprezentacja Węgier pokonała biało-czerwonych 2:1. Rewanż jest sprawą otwartą.
 

Węgry Węgry - PolskaPolska
2:1

Bramki: Norbert Horvath (12), Zoltan Droth (23-karny) - Tomasz Lutecki (32).
Żółte kartki: Robert Gładczak, Mikołaj Zastanik.
Sędziowali: Bogdan Sorescu (Rumunia) i Oleg Iwanow (Ukraina).
Węgry: Gyula Toth (Marcell Alasztics) - Bence Klacsak, Akos Harnisch, Zoltan Droth, Adam Hosszu - Richard David, Peter Komaromi, Janos Trencsenyi, Norbert Horvath, Janos Rabl, Istvan Gal, Imre Nagy (Robert Fekete).
Polska: Michał Kałuża (Michał Widuch) - Mikołaj Zastawnik, Tomasz Lutecki, Marcin Mikołajewicz, Tomasz Kriezel - Michał Kubik, Przemysław Dewucki, Robert Gładczak, Maciej Mizgajski, Dominik Solecki, Rafał Franz, Sebastian Wojciechowski (Krzysztof Elsner).



Polacy rozpoczęli ostrożnie, jeśli można użyć takiego eufemizmu, bo mniej drastycznie, ale przypominało to początek drugiego meczu w barażach o futsalowy Mundial z Kazachstanem. Węgrzy zdominowali drużynę Andrzeja Biangi, która nie radziła sobie z prowadzeniem gry, w efekcie znaczną większość czasu spędzając w obronie. Jedyne zagrożenie stanowiły ewentualnie kontry, ale i tych nie było zbyt dużo, bo trzeba do nich zagrania szybkiej piłki. Nasi zawodnicy musieli zaś każde podanie przyjąć, podania z pierwszej piłki należały do wyjątków.



W rezultacie do momentu, gdy gospodarze wyszli na prowadzenie, biało-czerwoni mieli na koncie tylko jeden groźniejszy strzał Mikołaja Zastawnika, obroniony przez Gyulę Totha (dobitka Marcina Mikołajewicza została zablokowana). Oraz pięć przewinień już w dziesiątej minucie. W dwunastej zaś złe zachowanie w obronie przy stałym fragmencie gry wykorzystał Norbert Horvath, z najbliższej odległości wpychając piłkę do siatki.

Dopiero wtedy akcje Polaków zaczęły się "kleić". W czternastej minucie dwukrotnie Toth odbijał przed siebie strzały Dominika Soleckiego, a strzałem nad poprzeczką tę kanonadę zakończył Robert Gładczak. Półtorej minuty później węgierski bramkarz obronił strzał Zastawnika (po dobrej akcji z Rafałem Franzem) oraz uderzenie Macieja Mizgajskiego z rzutu wolnego.

Zobacz skrót meczu na PolsatSport.pl »

Końcówka pierwszej połowy należała do miejscowych. Formę Michała Kałuży sprawdzili Richard David oraz Janos Rabl (nasz bramkarz owszem, w formie był), a raz polskiego golkipera wyręczył w obronie Solecki, po efektownej akcji niepozornego Adama Hosszu i strzale do (teoretycznie) pustej bramki Akosa Harnischa. Gwoli sprawiedliwości trzeba oddać Węgrom, że przynajmniej raz gwizdki arbitrów milczały, gdy należałoby ich użyć, by zdecydować o przedłużonym karnym dla naszych rywali.



Po niemrawej pierwszej połowie, w drugiej Polacy zaatakowali z dużym animuszem. Nie minęło 60 sekund od wznowienia gry, gdy pierwszy raz słupek uratował Totha przed utratą bramki. Chwilę później dobrej okazji nie wykorzystał Zastawnik, a następnie przed nie jedną a nawet dwoma stuprocentowymi okazjami stanął Mikołajewicz. Strzały polskiego kapitana sparował jednak Toth. Warto przy okazji zwrócić uwagę, że chyba Madziarzy nie do końca odrobili lekcję z polskiej gry w przewadze. Praktycznie każde wyjście z bramki Kałuży kończyło się groźną sytuacją, jeśli tylko ostro atakował go jeden z przeciwników.

Nadeszła jednak feralna 23. minuta, w której sędziowie orzekli zagranie ręką w polu karnym Zastawnika przy strzale Harnischa. Przewinienia nie było i oczywiście znajdą się głosy, że Polacy przegrali przez arbitrów, ale obiektywnie przyznać trzeba, że nie tylko sędziowie w tym meczu mylili się w stuprocentowych sytuacjach, a samo spotkanie, nawet wliczając ten błąd, biało-czerwoni mogli i powinni wygrać. Wracając do samego pojedynku, to Zoltan Droth nie miał problemów ze skuteczną egzekucją karnego. Było już 2:0 i Polacy... zaczęli grać na całego.

Obejrzyj galerię zdjęć na FutsaLove »

Praktycznie do końca spotkania drużyna Andrzeja Biangi i Błażeja Korczyńskiego zdecydowanie dominowała na boisku. Dzięki szybkiej, kombinacyjnej grze, oddała w całym spotkaniu przeszło dwa razy więcej strzałów, niż rywale. Zawiodła jednak skuteczność. Między 28. a 30. minutą Polacy mieli sześć co najmniej dobrych okazji na kontaktowego gola. Później w spojenie słupka z poprzeczką przymierzył jeszcze grający bardzo dobre spotkanie Mizgajski. Bramka została odczarowana dopiero osiem minut przed końcem, gdy Tomasz Lutecki trafił po kolejnym dobrze rozegranym stałym fragmencie.

W końcówce trochę pomysłów już zabrakło, w związku z czym trzy razy to gospodarze stawali przed szansą na podwyższenie. Dwa razy trenera Sito Riverę zawiódł Bence Klacsak, raz Peter Komaromi, a raz Droth. W ogóle ten ostatni zagrał niespodziewanie słabe spotkanie. Choć wyróżniał się wprowadzeniem dużego spokoju do poczynań swojej drużyny, to jednak po graczu Kairatu Ałmaty z pewnością spodziewano się w Miszkolcu nieco więcej.

Wynik 1:2 jest więc z przebiegu gry rezultatem niezasłużonym, albowiem z gry Polakom należał się co najmniej remis. Niemniej przed rewanżem można sobie pozwolić na umiarkowany optymizm. Do odrobienia jest tylko jedna bramka, przy założeniu, że Węgrzy w Koszalinie nie zdobędą żadnej, lub dwie, jeśli Madziarzy strzelą dwie. Oczywiście wynik 2:1 oznacza dogrywkę.