Z notatnika dziejopisa fot. Michał Wencek

Z notatnika dziejopisa

Igrzyska Olimpijskie są marzeniem każdego sportowca. Start w nich jest niewątpliwą nobilitacją. Nie sądzę, aby futsal kiedykolwiek zagościł na tej imprezie. Tym większą mam pewność, kiedy widzę, że nawet Brazylijczycy, którzy w dyscyplinie są zakochani, nie zaproponowali futsalu jako chociażby dyscypliny pokazowej na organizowanych przez nich igrzyskach w Rio de Janeiro w roku 2016. Ale są nacje – i to w naszym bliskim sąsiedztwie, które mogą poszczycić się udziałem w zawodach noszących w nazwie miano Igrzysk Olimpijskich. Co prawda, pełna nazwa imprezy brzmi - Letnie Igrzyska Olimpijskie Młodzieży, lecz wpis olimpijski do sportowego Curriculum Vitae pozostaje na lata.

Takie Igrzyska zakończyły niedawno się w argentyńskim Buenos Aires. W programie był też młodzieżowy futsal dla uczestników urodzonych w latach 2000-2003. Nie wiem, czy w polskim związku piłkarskim znano zasady kwalifikacji do tych igrzysk i czy się do nich przymierzano. Znając jednak zainteresowanie kopaną piłką halową mogę domniemywać, że nie było wielkiego parcia na udział w imprezie. A szkoda, gdyż skorzystali z możliwości udziału Słowacy, z którymi rokrocznie potykamy się w Turnieju Wyszehradzkim.




Tradycyjnie też na starcie pojawili się młodzi Rosjanie, kierowani przez głównego trenera seniorskiej Sbornej, Siergieja Skorowicza. To tylko świadczy, jak wielką wagę przywiązuje się w Rosji do szkolenia. I nie dziwmy się później, iż ciągle znajdują się w strefie medalowej wielkich imprez seniorów w futsalu. Gwoli felietonowego podsumowania wstępu olimpijskiego, nadmienię jeszcze, że mistrzami zostali Brazylijczycy, pokonując w finale właśnie młodych Rosjan. Jeszcze dodam, iż ozdobą finałowego meczu był samobójczy (!) gol futsalisty rosyjskiego już na początku spotkania (można to trafienie zobaczyć w internecie).

Wspomniany wyżej Siergiej Skorowicz to niezwykle charyzmatyczna postać rosyjskiego futsalu. Kiedy o północy patrzyłem na finałowy mecz w Buenos Aires, uprzytomniłem sobie, jak ważny musi być ten turniej dla rosyjskiej małej piłki, gdy delegują na zawody najważniejszego coacha futsalowego w kraju. Skorowicz żyje futsalem. Można z nim o futsalu dyskutować długimi godzinami, czego osobiście doświadczyłem.

Innym wschodnim omnibusem futsalowym był Gienadij Lisenczuk z Ukrainy – długoletni selekcjoner tamtejszej reprezentacji, a ponadto niemal alfa i omega ukraińskiej piłeczki halowej. Zarówno Skorowicz jak i Lisenczuk to ikony futsalowe w ich krajach. Gdy tak przy wymienianiu tych nazwisk pomyślę, kto w Polsce mógłby uchodzić za taką ikonę futsalową, znaną poza granicami kraju i na różnych futsalowych forach, jakoś klawiatura mi się zacina. Nie znaczy to, że ludzie polskiego futsalu są nieznani. Niemniej, kudy im do autorytetu międzynarodowego wyżej wymienionych.

Jak już jestem dłużej przy Skorowiczu, to zaprezentuję moje marzenie, które tuła mi się po umyśle od lat. Jest to marzenie, którego nie mogłem zrealizować w polskim futsalu. Nie realizowano go też przede mną, a i po mnie też jakoś nikt nie pali się, by taki pomysł zmaterializować. Twierdzę mianowicie, że selekcjoner seniorskiej reprezentacji futsalowej powinien być na zadowalającym go etacie w PZPN. I nie tułać się po pierwszoligowych klubach jako trener. A nawet – biorąc za wzór rosyjskich olimpijczyków - powinien mieć też etatową pieczę nad reprezentacją młodzieżową.

O takie postawienie sprawy apeluję do prezesa Bednarka, przewodniczącego Kaźmierczaka oraz dyrektora sportowego Majewskiego. Nie piszę tego – aby było jasne – przede wszystkim z sympatii do obecnego selekcjonera, którego szanuję za futsalową wiedzę, lecz czynię to z troski o polski futsal.




Kolejka polskiej ekstraklasy futsalowej z minionego weekendu sypnęła niespodziankami a może nawet sensacjami. Nie sądzę, aby znalazł się ktoś, kto trafnie wytypowałby wyniki. Osobiście – mówiąc szczerze – trafiłbym tylko wygraną będącego – jak na razie – w zwycięskim transie Cleareksu w Szczecinie. No, może jeszcze pokusiłbym się o postawienie na wygraną pniewian z wyraźnie będącą bez formy drużyną Piasta Gliwice. Miło, iż już na początku rozgrywek nie jest nudno. Rekord przegrywa teraz, a nie jak w minionym sezonie, dopiero gdzieś wiosną.

Dół tabeli jest udziałem Piasta oraz Gatty ze Zduńskiej Woli. Obydwa teamy akademickie grają w taką kratkę, że dla stawiających w zakładach są najbardziej nieprzewidywalnymi zespołami tej ligi. Pojedynek beniaminków rozstrzyga na swoją korzyść ten skazywany na degradację, pokonując tego, który - wzmocniony zagranicznymi internacjonałami - ma walczyć o medale. Wreszcie odnajduje się MOKS, którego kilku zawodników - po euforii jaka niewątpliwie była ich udziałem w ekipie wicemistrzów świata szóstek piłkarskich - wraca do futsalowej rzeczywistości. Jednak zmartwił mnie Rekord. Mimo, iż miał przeciwnika z wysokiej krajowej półki, to nie odnalazł się dużej toruńskiej hali. A Elite Round coraz bliżej. Zarzuci ktoś, że w wywodzie ekstraklasowym nie wspomniałem o zawodnikach. Przyjdzie kiedyś i na to czas, ale trzeba zapracować systematycznością i poziomem w pewnym przedziale czasowym. Nie będę chwalił, czy ganił za jedną kolejkę. Zresztą tym zajmują się branżowe portale i dajmy spokój felietoniście.

Kolega Józef jadąc ze Śląska do Gdańska wstąpił do mnie w Warszawie i przekazał mi ważną wieść o organizowaniu jakiegoś tam lecia polskiego futsalu. I jak to on potrafi, od razu sarkastycznie ocenił – nie ma wyników, to będą odznaczenia. Drogi Józefie – jakieś tam wyniki są. I kadra w na finałach w Słowenii, i Rekord w gronie najlepszych w Europie. W futsalu za często nie nagradzają. Związek nie jest aż taki hojny dla dyscypliny, więc każda okazja jest dobra. Oby tylko nie okazało się, iż pierś wypną do orderów głównie ci najbliżsi władzy. A o takich – jak choćby mój kolega – zapomni się. Ale o tym przyjdzie też jeszcze czas napisać. Im będzie bliżej imprezy i jaśniej w sferze nagrodzeń.

Andrzej Hendrzak