Marcin Firańczyk w Orle Jelcz-Laskowice. Transfer jakich mało
Firańczyk grał w MOKS-ie od czterech lat. Już w drugim sezonie, gdy białostoczanie awansowali do ekstraklasy, był czołowym strzelcem zespołu, acz wówczas jeszcze skuteczniejszy od niego okazał się Krzysztof Kożuszkiewicz. W dwóch ostatnich sezonach 22-letni obecnie był już najlepszym snajperem MOKS-u, strzelając w debiutanckim sezonie w ekstraklasie 19 bramek, a w 2018/19 wynik ten poprawił jeszcze o 3 trafienia. Dobra gra zaowocowała przed rokiem powołaniem do akademickiej reprezentacji Polski. Młodzieżówka w praktyce Firańczyka ominęła, bo zgrupowania kadry U-21 zwoływane są ostatnio raz na dwa lata.
Komentarz
Transfer zawodnika MOKS-u jest dowodem na to, że w niektóre rejony polskiego futsalu dociera profesjonalizacja. Przy tej okazji warto się zastanowić, czemu grę daleko od ojczyzny potrafią ryzykować Hiszpanie, Portugalczycy, Brazylijczycy, Ukraińcy, Czesi, Szwajcarzy czy Łotysze, tymczasem od lat żaden topowy polski zawodnik nie wyjechał za granicę (czyli od gry Pawła Budniaka w Uraganie Iwano-Frankowsk, bo nie można w to wliczyć polskich epizodów w rozgrywkach niemieckich, których nie sposób nazwać ligą). Nie trzeba zresztą nawet patrzeć aż na zagranicę. Czemu klimat radykalnie potrafią zmienić Ukraińcy, którzy - jak np. ostatnio Roman Wachuła - mogą zmienić otoczenie, ze Śląska do Pniew i z powrotem, a mistrz Polski nie jest w stanie "wyciągnąć" zawodnika ze słabej ekstraklasowej drużyny z drugiego końca Polski?
Za chwilę albo Constract Lubawa, albo Pogoń 04 Szczecin pożegna się z ekstraklasą. W obu zespołach są zawodnicy, którzy powinni z miejsca stać się łakomym kąskiem dla klubów ekstraklasy - jak choćby Sebastian Grubalski czy Konrad Prawucki. Tylko czy będzie więcej chętnych do podjęcia ryzyka, jak to zrobił i Firańczyk, i Orzeł Jelcz-Laskowice?