Roman Sowiński: Na PlayStation nie da się wypracować realnej techniki

Rozmowa z Romanem Sowińskim – byłym trenerem reprezentacji Polski w futsalu, byłym członkiem Komisji Futsalu PZPN, byłym futsalowym delegatem UEFA.

Futsal-Polska: Prawie dwadzieścia lat temu wprowadził pan polski futsal do moskiewskich finałów Mistrzostw Europy. Czy po latach nie czuje pan nieraz uczucia zazdrości, że pańska praca trenerska zdarzyła się w czasach pionierskich polskiego futsalu? Dzisiaj są to całkiem inne możliwości.

Roman Sowiński: Uważam, że każdy okres ma swoje walory, pozytywne strony. Tamten na swój sposób był piękny, bo pionierski, bezinteresowny, nieskomercjalizowany. Był spontaniczny, realny, a nie wirtualny. Piękne było także odkrywanie, poznawanie, wymyślanie. Teraz to często kopiowanie, naśladownictwo, powtarzalność. Oczywiście, możliwości techniczne nieporównywalne. Wtedy tablica i kreda - teraz komputery, programy, wszechobecny internet.  Ale... wróciłem niedawno do płyt winylowych, więc nie stroniąc od komputera wróciłbym też z chęcią do tablicy i kredy (śmiech).

Nawiązując do pańskich słów powiem, że niedawno pojawiły się opinie, iż futsal poprzedniej dekady był atrakcyjniejszy od obecnego.

Na pewno był inny - bardziej finezyjny, techniczny. I mam na myśli futsal nie poprzedniej dekady, a jeszcze ten z końcówki XX wieku. Pierwszy „problem” pojawił się, gdy liberalizacją przepisów dopuszczono w futsalu tak zwane wślizgi. I się zaczęły się - interpretacje, nadinterpretacje... niemal „sędziowskie doktoraty” w tym temacie. Zastanawiano się, czy zawodnik „blokował strzał", czy „trafił czysto w piłkę". Dla mnie owe „wślizgi” w klasycznym futsalu są elementem obcym. Różne, czasami nawet średnio śliskie nawierzchnie w halach, dają pole do popisu dla tych, co niedostatki techniczne nadrabiają nadmierną ostrością w grze. Na pewno jest niezliczona liczba kontuzji z tego powodu. Ale wola zmian wyszła od FIFA/UEFA, więc przyszło nam do tego się dostosować. Na atrakcyjność futsalu natomiast to nie wpłynęło. Bywam bardzo często na meczach futsalowych. Obserwuję także reakcję widzów. Niezmiennie entuzjastycznie reagują na typowe futsalowe „smaczki”, a nie na to, czy ktoś kogoś fizycznie „zmiażdżył”. Futsal to nie MMA.

Niemniej, czasy, o których mówimy, były czasami wojowników parkietu w polskim futsalu. Istnienia indywidualności nieraz wiążącej się ze sportową bezczelnością. Nie wspomnę o przygotowaniu technicznym, którego teraz większości futsalistów najzwyczajniej brakuje.

Wojownicy byli, są i będą. Zawodnicy silni, szybcy, ambitni, waleczni. Bez tego nigdy ani rusz. Jeśli natomiast mowa o indywidualnościach i walorach technicznych, to niestety nie sposób nie potwierdzić, że w czasach gdy prowadziłem reprezentację Polski oraz ligowego multimedalistę P.A. Nova Gliwice, całe pokolenie zawodników imponowało, czarowało umiejętnościami technicznymi. Obecnie to są niestety jednostki, efemerydy. Co gorsza, często tłumione nadmiarem zadań taktycznych. Niezrozumiałe jest to o tyle, że wtedy zawodnicy swoją technikę wypracowywali głównie na „dużych”, trawiastych boiskach i doskonale potrafili ją transponować do hali. Obecnie, kiedy  jednak tego szkolenia stricte futsalowego jest więcej, zawodników czarujących techniką futsalową jakby mniej.




Sądzę, że to efekt pewnego wypłaszczenia poziomu. Powiem tak: ogólnie średni poziom może i jest nieco wyższy, ale „truskawek na torcie” jakby nieco mniej. A może to też efekt tego, o czym często mówi Zbigniew  Boniek, czyli braku podwórka oraz przysłowiowego trzepaka jako bramki? Niestety, na PlayStation nie da się wypracować realnej techniki, przydatnej na realnym boisku.

W latach, kiedy był pan trenerem naszej futsalowej reprezentacji, obecny selekcjoner Błażej Korczyński był zawodnikiem. Wyróżniającym się zawodnikiem. Co z tamtego czasu pozostało mu do dziś? Czy to coś jest przydatne do pracy z kadrą?

Błażeja znam prawie od dziecka, kiedy to przy swoim starszym bracie pojawiał się przy „piątkowych” boiskach arcymocnej wtedy ligi gliwickiej. To wyjątek potwierdzający regułę, gdyż jest stricte „dzieckiem futsalu”. Wszyscy inni wielcy przełomu wieków to wychowankowie boisk trawiastych. Być może dlatego czuł i czuje futsal jak mało kto. Zawsze był i pozostał charyzmatyczny, niesforny na swój sposób. Ale zjednuje sobie i tym, i swoją wiedzą, i swoim doświadczeniem, tych, którzy chcą coś osiągnąć.  Doświadczenia, które zdobył w tamtej reprezentacji, przy tamtych zawodnikach, na tamtych Mistrzostwach Europy - mam nadzieję, że także przy mnie - są bezcenne. Procentują u niego bezsprzecznie. Łączenie tradycji, doświadczenia z tym, co niesie współczesność, daje moim zdaniem najlepsze efekty. Nie można odcinać się od korzeni, ale też nie można stać w miejscu. Należy iść z postępem, doskonalić się oraz rozwijać. Sądzę, że Błażejowi dobrze się to udaje.

Niedawno czytałem wypowiedzi zagranicznych zawodników, dawnych mistrzów futsalu mówiących, iż nadmiar dyscypliny taktycznej zabija teraźniejszy futsal.

Miałem i mam nadal paru trenerskich idoli. Jednym z największych był Javier Lozano - szkoleniowiec reprezentacji Hiszpanii za jej najlepszych czasów. Miałem okazję i szczęście rozmawiać z nim dużo o futsalu. Poznać jego filozofię dyscypliny. A naczelną u niego zasadą było: „Futsal to 50 proc. taktyki, a 50 proc. to indywidualne predyspozycje każdego z zawodników i swoboda ich wykorzystania”. W pełni się z tym zgadzam. Puszczenie wszystkiego na żywioł, to dramat. Natomiast nałożenie nazbyt sztywnych gorsetów taktycznych, przefilozofowanie gry, tłamsi indywidualności i w konsekwencji zabija futsal.

Wracając do polskiego futsalu, nie wycofuję się ze stwierdzenia, że stanie się europejsko lepiej postrzegany, gdy nasi futsaliści będą kontraktowani do zagranicznych klubów. Na razie trwa wyłącznie nabór do nas z różnych nacji. I to wcale nie najlepszych.

Pozwolę się z panem średnio zgodzić. Sądzę, że to byłoby zbyt proste, aby o europejskim czy światowym postrzeganiu polskiego futsalu świadczył tylko fakt gry naszych zawodników w znaczących europejskich ligach oraz klubach. Równie dobrze można sytuację odwrócić i stwierdzić, że polski futsal będzie doceniany i postrzegany w Europie, gdy będziemy mieli silną ligę. Ligę z co najmniej kilkoma silnymi organizacyjnie, finansowo, a w ślad za tym sportowo, dobrze poukładanymi klubami, w których nasi zawodnicy będę profesjonalnie uprawiać futsal. Klubami, które stać będzie na sprowadzenie dwóch-trzech kultowych, a nie trzeciorzędowych zawodników z zagranicy, dla wzmocnienia atrakcyjności i konkurencyjności. Klubami, które będą odgrywały znaczącą rolę w europejskich pucharach - minimum na poziomie Elite Round, a może nawet i Final Four. Oczywiście, silna siłą tych klubów i znakomicie w klubach szkolonych zawodników będzie wtedy reprezentacja Polski, która stanie się etatowym uczestnikiem wszystkich imprez rangi Mistrzostw Europy i Mistrzostw Świata. Ważne jest także, aby mieć swoich przedstawicieli w futsalowych gremiach UEFA i FIFA - komisjach, panelach szkoleniowych, strukturach sędziowskich. Sądzę, że dopiero taki zbiór czynników sprawi, że polski futsal będzie europejsko uznawany na poziomie, jakiego byśmy oczekiwali.  

Jak już jesteśmy przy naszych zawodnikach, to czasami wydaje się, że ich ambicje nie sięgają zagranicznych klubów i zadowalają się wypłatami krajowymi, szczodrze serwowanymi przez klubowych prezesów. Aż dziwi ten brak determinacji.

Sądzę, że problem jest nieco bardziej złożony i nie wynikający z ambicji zawodników, bo takowej zapewne wielu nie brakuje. Bardziej to brak możliwości. Po pierwsze pokazywania się Europie (rodzynkiem jest obecnie Michał Kałuża, który pokazał się na salonach futsalowej Europy zarówno w reprezentacji, jak i w klubie). Po drugie - iluż to zawodników w naszej lidze jest na tyle niezależnymi i profesjonalnymi, aby porzucić dom, rodzinę, szkołę, pracę dla gry w futsal na krańcach Europy? I po trzecie - jakież to my mamy europejskie lobby menedżerów, działaczy, trenerów, którzy mogliby promować tych zawodników za granicą? Pytania pozostają retoryczne, niestety.

Przed naszą rozmową sięgnąłem do notatek i przypomniałem sobie o pana działalności jako futsalowego delegata meczowego UEFA. To była zapewne ciekawa przygoda i niebagatelne doświadczenie.

Tak naprawdę jest to niemałe wyzwanie. Jeżeli komuś się wydaje, że to wyjazdy na „wczasy”, to bardzo grubo się myli! Zadania i wymagania w stosunku do delegata, stawiane przez UEFA, są naprawdę ogromne. Duża odpowiedzialność. Codzienne raportowanie. Kontrola de facto wszystkiego, co dzieje się przed, w trakcie i po każdym meczu. Przepastne raporty końcowe. Oceniasz i jesteś oceniany. Często konieczność podejmowania bardzo trudnych decyzji ad hoc.




Przechodząc do pozytywów powiem, że w Europie czuje się naprawdę coś takiego, jak „futsal family”. Ze smutkiem stwierdzam, iż nie czuję tego w naszym rodzimym futsalu. Do tej pory, spotykając osoby z kręgu UEFA, przy różnych futsalowych okazjach, praktycznie od każdego, z którym dane było się spotkać, współpracować w przeszłości na europejskich arenach, czuję sportową przyjaźń, serdeczność, szacunek. Notabene pan redaktor miał okazję się o tym osobiście przekonać, oraz poznać, jak funkcjonuje owa europejska „futsal family” podczas naszych wspólnych wyjazdów do siedziby UEFA w Nyonie lub na różne turnieje - i to nie tylko z reprezentacją Polski - z finałami ME w Debreczynie oraz Zagrzebiu włącznie.

To prawda. Jestem pod wrażeniem wzajemnego szacunku futsalowych działaczy Europy. Do dzisiaj utrzymuję kontakty z wieloma z nich. Ale wracając na nasze ligowe podwórko, zapytam o spółkę Futsal Ekstraklasa. Był pan jednym z pomysłodawców jej zakładania, lobbował pan za nią w PZPN. Jak po latach ocenia pan jej działalność?

Samodzielność, samorządność, niezależność - to przyświecało mi od zawsze, a od czasów „Solidarności” w szczególności - jakiejkolwiek dziedziny życia by to nie dotyczyło. Także sportu, także futsalu. Tu zdania nie zmienię. Podobnie jak zdania, że o standardach decydują ludzie. Moim zdaniem spółka miała swój falstart, potem była na poziomie wznoszącym, przeplatanym stagnacją, by ostatecznie nie wykonać skoku, jakiego by oczekiwano i którego nadal się oczekuje. Szkoda, że nie udaje się stworzyć w tak niewielkim środowisku takiej właśnie „futsal family”, takiego, wspólnego frontu, ze wspólną strategią działania - jak onegdaj miała choćby liga siatkarska. Niezgoda, podziały - to obraz i codzienność naszego futsalu. Niech dobitnym przykładem będą permanentne kłótnie i targi o system rozgrywek. Coroczne żarliwe dyskusje, głosowania, zmiany decyzji, kontestowania. „Zgoda buduje, niezgoda rujnuje” - może to i slogan, może banał, ale - moim zdaniem - kwintesencja sytuacji także w futsalowej spółce.

Niekiedy słyszy się, że futsal w Polsce miałby się lepiej, gdyby działał poza związkiem piłkarskim. Prawda, czy fałsz ?

Uważam, że futsal w  około trzech czwartych działa poza związkiem. Są niezależne kluby, jest w miarę samodzielna i niezależna spółka. PZPN tym podmiotom w niczym nie przeszkadza. Zawsze rodzi się pytanie, czy mógłby pomóc więcej? Zapewne tak, ale niezmiennie pierwsza i podstawowa zasada głosi, by nie szkodzić, nie przeszkadzać. A tego PZPN nie robi futsalowi na pewno.

Natomiast każda pomoc ze strony związku to wartość dodana. Jego naczelnym i nadrzędnym obowiązkiem jest zapewnić jak najlepsze warunki reprezentacji i na tym odcinku wywiązuje się z tego znakomicie. Tego mogę teraz tylko Błażejowi Korczyńskiego pozazdrościć. Kiedyś, prowadząc reprezentację, po sprzęt musiałem jeździć osobiście prywatnym autem do Hiszpanii, a zawodnicy wraz z kierownikiem sami do tego sprzętu przyszywali orzełki. Natomiast widziałbym większą pomoc ze strony federacji w szkoleniu dzieci i młodzieży - szczególnie w kontekście stworzenia dla nich regularnych rozgrywek stricte futsalowych. Rozgrywek dotowanych przez związek, a nie dodatkowo obciążających kluby. Formuła obecnych, kadłubowych Młodzieżowych Mistrzostw Polski, wyczerpała się już dość dawno. Reasumując, nie zgadzam się z tym, aby piłkarski związek miał brać więcej futsalu pod swoje skrzydła. Wręcz uważam, że nie tylko rozgrywki ekstraklasy, ale także I ligi powinny być zarządzane przez spółkę FE. Ligi regionalne, czyli II ligi, przez regionalne związki. PZPN to przede wszystkim reprezentacja oraz system szkolenia, ze szczególnym naciskiem na szkolenie oraz rozgrywki dzieci i młodzieży.

Dziękuję za rozmowę, za szereg ciekawych, konstruktywnych spostrzeżeń. Podsumowując, dodam tylko, iż szkoda, że polski futsal zbyt łatwo pozbywa się byłych działaczy. Ale to już kwestia kierownictwa PZPN.

Rozmawiał Andrzej Hendrzak