To była lekcja
Złudne były nadzieje na awans do Mistrzostw Świata. W rewanżowym pojedynku barażowym Kazachstan pokazał Polakom miejsce w szeregu, już w pierwszych minutach rozstrzygając kwestię zwycięstwa - po ledwie sześciu minutach wygrywał 3:0.
Kazachstan - Polska
7:0
Bramki: Higuita (2), Serik Żamankułow 2 (5, 13), Douglas Jr. 2 (6, 15), Leo (26), Arnold Knaub (30).
Żółta kartka: Arnold Knaub (Kazachstan).
Sędziowali: Bogdan Sorescu i Gabriel Gherman (obaj Rumunia).
Kazachstan: Higuita, Grigori Szamro - Leo, Aleksandr Dowgan, Michaił Perszyn, Douglas Jr. - Arnold Knaub, Aleksandr Grebonos, Serik Żamankułow, Nikołaj Pengrin, Dinmuchambet Sulejmenow, Ilja Mun, Paweł Taku, Timur Murzabajew.
Polska: Rafał Krzyśka, Bartłomiej Nawrat - Michał Kubik, Adrian Pater, Mikołaj Zastawnik, Marcin Mikołajewicz - Kamil Kaczmar, Sebastian Wojciechowski, Maciej Mizgajski, Dominik Solecki, Tomasz Lutecki, Mateusz Jakubiak, Michał Marek, Robert Gładczak.
Żółta kartka: Arnold Knaub (Kazachstan).
Sędziowali: Bogdan Sorescu i Gabriel Gherman (obaj Rumunia).
Kazachstan: Higuita, Grigori Szamro - Leo, Aleksandr Dowgan, Michaił Perszyn, Douglas Jr. - Arnold Knaub, Aleksandr Grebonos, Serik Żamankułow, Nikołaj Pengrin, Dinmuchambet Sulejmenow, Ilja Mun, Paweł Taku, Timur Murzabajew.
Polska: Rafał Krzyśka, Bartłomiej Nawrat - Michał Kubik, Adrian Pater, Mikołaj Zastawnik, Marcin Mikołajewicz - Kamil Kaczmar, Sebastian Wojciechowski, Maciej Mizgajski, Dominik Solecki, Tomasz Lutecki, Mateusz Jakubiak, Michał Marek, Robert Gładczak.
Nie tak miał wyglądać rewanż z Kazachstanem. W przedmeczowych wywiadach zarówno zawodnicy, jak i trenerzy mówili, że wierzą, iż mogą walczyć z brązowymi medalistami Mistrzostw Europy jak równy z równym. Nie, na tę chwilę nie mogą. Może nie dlatego, że brakuje im umiejętności. Te, w jakiejś mierze przynajmniej, mają. Na pewno są w gronie 12-16 najlepszych drużyn w Europie. Ale by znaleźć się w czołowej siódemce, która pojedzie na Mistrzostwa Świata, potrzebują jeszcze "głowy". Potrzebują mentalności zwycięzców i pewności siebie.
Tymczasem w Ałmatach w pierwszych minutach widzieliśmy drużynę, która nie potrafiła wymienić kilku celnych podań. Która z trudem przekracza własną połowę. Która nie potrafi oddać strzału, nie mówiąc już o celnym. Bo Kazachowie to nadludzie, już rodzący się z piłką do futsalu? Nie - bo presja i atmosfera ich stłamsiły. Bo co tydzień w lidze grają dla garstki kibiców (ok - z chwilowymi wyjątkami). Bo nie ciąży na nich niemal żadna presja i odpowiedzialność, ponieważ nawet jeśli coś zepsują w ligowym meczu czy po prostu zagrają słabo, to napisze o tym ewentualnie jeden niszowy portalik, a i tak mu się oberwie za te krytyczne podejście. Gdyby Kazachstan przegrał, pisałyby o tym tamtejsze gazety, a kilkanaście portali miałoby to na swojej czołówce. U nas? Porażkę odnotuje ewentualnie PAP, ale i tak w tonie zdawkowej notki. Nie ma praktyki w radzeniu sobie z presją, to ciężko marzyć o tym, by nagle objawiła się mentalność zwycięzcy.
Kolokwialnie mówiąc, w pierwszych minutach meczu Polacy byli jeszcze myślami w szatni. Nie minęły dwie minuty, gdy Rafał Krzyśka przepuścił strzał Higuity z 18. metra - podkręcony, może nawet z lekkim rykoszetem, pod poprzeczkę. Ale w lidze takie uderzenia bramkarz AZS UŚ Katowice "łapie w zęby". Po chwili podwyższyć mógł Douglas, Kazachowie obili poprzeczkę i słupek, i generalnie bombardowali bramkę strzałami z dystansu. Dopiero w 4. minucie pierwszy raz piłkę w stronę bramki Higuity kopnął Michał Marek, ale bardzo niecelnie. Niedługo później Andrzej Bianga wziął czas i Polacy rozpoczęli grę w pięciu rozgrywających, z zastępującym bramkarza Maciejem Mizgajskim, który jednak zmieniał się już nie z Krzyśką, a z Bartłomiejem Nawratem. Ten ostatni jednak nawet nie zdążył dotknąć piłki w grze, gdy wyciągał ją z siatki, po tym, gdy szybkiej akcji i wgrania Kazachów nie przeciął Mikołaj Zastawnik, a Serik Żamankułow dopełnił formalności na długim słupku. Raptem minutę później było 3:0, gdy po kontrze strzałem między nogami Mizgajskiego pokonał Douglas. Tak słabych Polaków, jak w tym okresie, nie oglądaliśmy od meczu z Czechami na Turnieju Państw Wyszehradzkich, czyli w debiucie trenerskiego duetu Andrzej Bianga - Błażej Korczyński.
- Nie zależy nam na tym, by szybko strzelić kilka bramek i kontrolować mecz. Wiemy, że mecz toczy się pełne 40 minut i musimy na rywali uważać do samego końca - mówił przed meczem trener gospodarzy Cacau. O ironio - właśnie wszystko potoczyło się według tego pierwszego scenariusza. Pierwszy celny strzał biało-czerwoni oddali w 10. minucie, gdy z dobitki uderzał Zastawnik. Po minucie dobrą kontrę Polaków zepsuł strzałem Marcin Mikołajewicz, choć wydawało się, że lepiej będzie odegrać do jednego z kolegów, już wychodzących na wolne pozycje. A Kazachowie kontynuowali dzieło zniszczenia. Na 4:0 podwyższył w 13. minucie Żamankułow, a po kolejnych dwóch minutach drugie trafienie na swoim koncie, a piąte na koncie drużyny, zapisał Douglas, po widowiskowym rozklepaniu polskiej defensywy. Wystarczyły do tego 4 podania z pierwszej piłki. Do przerwy w miarę groźne strzały po naszej stronie oddali jeszcze Tomasz Lutecki, Maciej Mizgajski i Marcin Mikołajewicz, po stronie miejscowych natomiast stuprocentowej sytuacji nie wykorzystał Paweł Taku.
Na drugą połowę wyszła czwórka już zupełnie pomieszana względem wyjściowej. Znaleźli się w niej Zastawnik i Mikołajewicz z pierwszego składu, Dominik Solecki - z drugiego, oraz Mateusz Jakubiak, który jako przedostatni z Polaków zameldował się w pierwszej części gry na parkiecie (bo Kamil Kaczmar zadebiutował dopiero po przerwie). Przez jakiś czas przynosiło to jakieś efekty. Dwa strzały w niecałą minutę oddał wycofany bramkarz - Mizgajski, a w jednej z akcji zabrakło tylko zamknięcia na długim słupku. W odpowiedzi w 23. minucie po dość kontrowersyjnej sytuacji (na parkiecie leżał "wycięty" przez przeciwnika Zastawnik) Kazachowie wyszli we trójkę na osamotnionego Nawrata i... nie wykorzystali tej sytuacji, po fatalnym przestrzeleniu Aleksandra Dowgana. Ale faworyci szybko odzyskali wigor. Leo trzykrotnie stawał przed szansą na swoje trafienie. Za pierwszym razem piłkę zablokował Sebastian Wojciechowski. Za drugim Kazach rodem z Brazylii trafił w poprzeczkę. Udało się za trzecim - po wybiciu przez całe boisko w czasie, gdy biało-czerwoni próbowali ustawić przewagę. Za swój błąd w tej sytuacji po chwili próbował się zrehabilitować Solecki. Choć można mieć zastrzeżenia, czy kiwanie kilku rywali przy grze w przewadze to najlepszy pomysł, to jednak zawodnik Pogoni 04 Szczecin przeprowadził ładną indywidualną akcję, niestety niecelnie ją kończąc. Dobił Polaków Arnold Knaub, 21-latek, który chwilę przed tym, zanim w 30. minucie ustalił wynik meczu, dopiero pierwszy raz pojawił się na boisku. Z radości po bramce aż zerwał z siebie koszulkę, za co oczywiście zobaczył od sędziego zółty kartonik, ale nie dziwi, że zarówno on, jak i arbiter przyjęli to wydarzenie z uśmiechem na ustach. W samej końcówce szansę na honorowe trafienie miał jeszcze Mateusz Jakubiak, a Cacau pozwolił sobie nawet na zdjęcie Higuity i wpuszczenie rezerwowego golkipera Grigorija Szamro. Po ostatnim gwizdku w Ałmatach rozpoczęła się feta, a Polacy szybko opuścili parkiet i zniknęli w szatni.
Zatem co - nie będzie "siedmiu lat tłustych" dla polskiego futsalu i wypada się tylko załamać, co już zaczyna być widoczne w komentarzach w mediach społecznościowych? Nic z tych rzeczy. Klęskę to zaliczyliśmy rok temu, gdy z kretesem przegraliśmy eliminacje Mistrzostw Europy w Krośnie, a futsaliści i sztab nie mieli sobie nic do zarzucenia, twierdząc, że to były dobre, tylko pechowe zawody. Teraz doszliśmy aż do baraży. Choć przygodę z eliminacjami zakończyliśmy w kiepskim stylu, to wydaje się, że przez ten niecały rok i tak wykonaliśmy jakiś krok do przodu. Szkoda tracić energię na gwałtowne ruchy i zaczynanie wszystkiego od początku.
Tymczasem w Ałmatach w pierwszych minutach widzieliśmy drużynę, która nie potrafiła wymienić kilku celnych podań. Która z trudem przekracza własną połowę. Która nie potrafi oddać strzału, nie mówiąc już o celnym. Bo Kazachowie to nadludzie, już rodzący się z piłką do futsalu? Nie - bo presja i atmosfera ich stłamsiły. Bo co tydzień w lidze grają dla garstki kibiców (ok - z chwilowymi wyjątkami). Bo nie ciąży na nich niemal żadna presja i odpowiedzialność, ponieważ nawet jeśli coś zepsują w ligowym meczu czy po prostu zagrają słabo, to napisze o tym ewentualnie jeden niszowy portalik, a i tak mu się oberwie za te krytyczne podejście. Gdyby Kazachstan przegrał, pisałyby o tym tamtejsze gazety, a kilkanaście portali miałoby to na swojej czołówce. U nas? Porażkę odnotuje ewentualnie PAP, ale i tak w tonie zdawkowej notki. Nie ma praktyki w radzeniu sobie z presją, to ciężko marzyć o tym, by nagle objawiła się mentalność zwycięzcy.
Kolokwialnie mówiąc, w pierwszych minutach meczu Polacy byli jeszcze myślami w szatni. Nie minęły dwie minuty, gdy Rafał Krzyśka przepuścił strzał Higuity z 18. metra - podkręcony, może nawet z lekkim rykoszetem, pod poprzeczkę. Ale w lidze takie uderzenia bramkarz AZS UŚ Katowice "łapie w zęby". Po chwili podwyższyć mógł Douglas, Kazachowie obili poprzeczkę i słupek, i generalnie bombardowali bramkę strzałami z dystansu. Dopiero w 4. minucie pierwszy raz piłkę w stronę bramki Higuity kopnął Michał Marek, ale bardzo niecelnie. Niedługo później Andrzej Bianga wziął czas i Polacy rozpoczęli grę w pięciu rozgrywających, z zastępującym bramkarza Maciejem Mizgajskim, który jednak zmieniał się już nie z Krzyśką, a z Bartłomiejem Nawratem. Ten ostatni jednak nawet nie zdążył dotknąć piłki w grze, gdy wyciągał ją z siatki, po tym, gdy szybkiej akcji i wgrania Kazachów nie przeciął Mikołaj Zastawnik, a Serik Żamankułow dopełnił formalności na długim słupku. Raptem minutę później było 3:0, gdy po kontrze strzałem między nogami Mizgajskiego pokonał Douglas. Tak słabych Polaków, jak w tym okresie, nie oglądaliśmy od meczu z Czechami na Turnieju Państw Wyszehradzkich, czyli w debiucie trenerskiego duetu Andrzej Bianga - Błażej Korczyński.
- Nie zależy nam na tym, by szybko strzelić kilka bramek i kontrolować mecz. Wiemy, że mecz toczy się pełne 40 minut i musimy na rywali uważać do samego końca - mówił przed meczem trener gospodarzy Cacau. O ironio - właśnie wszystko potoczyło się według tego pierwszego scenariusza. Pierwszy celny strzał biało-czerwoni oddali w 10. minucie, gdy z dobitki uderzał Zastawnik. Po minucie dobrą kontrę Polaków zepsuł strzałem Marcin Mikołajewicz, choć wydawało się, że lepiej będzie odegrać do jednego z kolegów, już wychodzących na wolne pozycje. A Kazachowie kontynuowali dzieło zniszczenia. Na 4:0 podwyższył w 13. minucie Żamankułow, a po kolejnych dwóch minutach drugie trafienie na swoim koncie, a piąte na koncie drużyny, zapisał Douglas, po widowiskowym rozklepaniu polskiej defensywy. Wystarczyły do tego 4 podania z pierwszej piłki. Do przerwy w miarę groźne strzały po naszej stronie oddali jeszcze Tomasz Lutecki, Maciej Mizgajski i Marcin Mikołajewicz, po stronie miejscowych natomiast stuprocentowej sytuacji nie wykorzystał Paweł Taku.
Na drugą połowę wyszła czwórka już zupełnie pomieszana względem wyjściowej. Znaleźli się w niej Zastawnik i Mikołajewicz z pierwszego składu, Dominik Solecki - z drugiego, oraz Mateusz Jakubiak, który jako przedostatni z Polaków zameldował się w pierwszej części gry na parkiecie (bo Kamil Kaczmar zadebiutował dopiero po przerwie). Przez jakiś czas przynosiło to jakieś efekty. Dwa strzały w niecałą minutę oddał wycofany bramkarz - Mizgajski, a w jednej z akcji zabrakło tylko zamknięcia na długim słupku. W odpowiedzi w 23. minucie po dość kontrowersyjnej sytuacji (na parkiecie leżał "wycięty" przez przeciwnika Zastawnik) Kazachowie wyszli we trójkę na osamotnionego Nawrata i... nie wykorzystali tej sytuacji, po fatalnym przestrzeleniu Aleksandra Dowgana. Ale faworyci szybko odzyskali wigor. Leo trzykrotnie stawał przed szansą na swoje trafienie. Za pierwszym razem piłkę zablokował Sebastian Wojciechowski. Za drugim Kazach rodem z Brazylii trafił w poprzeczkę. Udało się za trzecim - po wybiciu przez całe boisko w czasie, gdy biało-czerwoni próbowali ustawić przewagę. Za swój błąd w tej sytuacji po chwili próbował się zrehabilitować Solecki. Choć można mieć zastrzeżenia, czy kiwanie kilku rywali przy grze w przewadze to najlepszy pomysł, to jednak zawodnik Pogoni 04 Szczecin przeprowadził ładną indywidualną akcję, niestety niecelnie ją kończąc. Dobił Polaków Arnold Knaub, 21-latek, który chwilę przed tym, zanim w 30. minucie ustalił wynik meczu, dopiero pierwszy raz pojawił się na boisku. Z radości po bramce aż zerwał z siebie koszulkę, za co oczywiście zobaczył od sędziego zółty kartonik, ale nie dziwi, że zarówno on, jak i arbiter przyjęli to wydarzenie z uśmiechem na ustach. W samej końcówce szansę na honorowe trafienie miał jeszcze Mateusz Jakubiak, a Cacau pozwolił sobie nawet na zdjęcie Higuity i wpuszczenie rezerwowego golkipera Grigorija Szamro. Po ostatnim gwizdku w Ałmatach rozpoczęła się feta, a Polacy szybko opuścili parkiet i zniknęli w szatni.
Zatem co - nie będzie "siedmiu lat tłustych" dla polskiego futsalu i wypada się tylko załamać, co już zaczyna być widoczne w komentarzach w mediach społecznościowych? Nic z tych rzeczy. Klęskę to zaliczyliśmy rok temu, gdy z kretesem przegraliśmy eliminacje Mistrzostw Europy w Krośnie, a futsaliści i sztab nie mieli sobie nic do zarzucenia, twierdząc, że to były dobre, tylko pechowe zawody. Teraz doszliśmy aż do baraży. Choć przygodę z eliminacjami zakończyliśmy w kiepskim stylu, to wydaje się, że przez ten niecały rok i tak wykonaliśmy jakiś krok do przodu. Szkoda tracić energię na gwałtowne ruchy i zaczynanie wszystkiego od początku.
Etykiety
- Kazachstan
- Polska
- Eliminacje MŚ
- Higuita
- Rafał Krzyśka
- Douglas Jr
- Michał Marek
- Andrzej Bianga
- Maciej Mizgajski
- Bartłomiej Nawrat
- Mikołaj Zastawnik
- Serik Zamankulow
- Błażej Korczyński
- Cacau
- Marcin Mikołajewicz
- Tomasz Lutecki
- Paweł Taku
- Dominik Solecki
- Mateusz Jakubiak
- Kamil Kaczmar
- Aleksandr Dowgan
- Leo
- Sebastian Wojciechowski
- Arnold Knaub
- Grigori Szamro