Błażej Korczyński: To byłby za duży przeskok, by z trzeciej ligi awansować do pierwszej fot. Urszula Skarżyńska

Błażej Korczyński: To byłby za duży przeskok, by z trzeciej ligi awansować do pierwszej

O porażce 0:7 w Kazachstanie, jej przyczynach i przyszłości reprezentacji, polskiego futsalu i swojej osobistej, rozmawiamy z drugim trenerem kadry Błażejem Korczyńskim.

Jest już po meczu, więc możemy już mówić otwartym tekstem: jaki był polski plan na Kazachstan?
- Podobny jak w pierwszym meczu, po skorygowaniu pewnych rzeczy, które nam w Szczecinie nie wychodziły. Prochu byśmy nie odkryli. To jest reprezentacja, mamy tylko parę dni, więc wielkich rzeczy się nie da wymyślić. I jakiegoś alternatywnego planu nie było.

Co w takim razie zawiodło, że było zupełnie inaczej, niż w Szczecinie?
- Kazachowie zagrali lepiej, agresywniej niż w pierwszym meczu. My nie zagraliśmy... nic. Zwłaszcza w tej początkowej fazie spotkania. I później, jak człowiek przegrywa, to już nie myśli racjonalnie, nie dokonuje dobrych wyborów.

To dlaczego zawodnicy wyszli tacy przestraszeni? Tyle było zapewnień, że jest wiara w zespole, że to gospodarze będą pod większą presją...
- Ja powiedziałem naszym chłopakom, że to jest na takiej samej zasadzie, jak wygląda różnica między kierowcą rajdowym a kierowcą z "zielonym listkiem". Kierowca rajdowy jest przygotowany na wszystko - poprzez trening i codzienną jazdę. Wpada w poślizg i wie, że ma odbijać kierownicą. A kierowca z "zielonym listkiem" automatycznie się napręża, wciska nogę na hamulec, ręce na kierownicy i czeka na zderzenie z drzewem. My też w sytuacjach stresowych się usztywniamy. Stres towarzyszy każdemu. Tylko głupi się nie boi. I mówienie o tym, że damy radę - to jedno. Ale przebywanie często w tych warunkach - czyli że oni grają w UEFA Futsal Cup, czy na Euro, radzenie sobie z trudnościami, to jest kwestia wprawy. Nasi chłopcy nie mają tej wprawy. Przede wszystkim nawet liga nas do tego nie zmusza - wycofaliśmy się z play-offów i mecze są jakie są. Jest też różnica tempa gry. Zawodnicy muszą grać dwa razy szybciej, lepiej niż w polskiej lidze i nagle sobie z tym nie radzą. U nas przyjmując piłkę jeszcze mają czas się rozejrzeć, a tam w tej samej chwili ma się na plecach rywala. Jest też kwestia bramki na 1:0. Dostajesz taką bramkę na początku i ona też dużo ustawia. Umówmy się - im dłużej w tym meczu utrzymywałby się stan 0:0, nawet gdybyśmy byli cofnięci i zagrali całkowicie defensywnie - czego nie chcieliśmy robić - to też może przeciwnik zacząłby popełniać błędy. A jak się mecz im ułożył od początku, to gra się na fali.

Czyli co - przerosło to nas psychicznie, czy może taktycznie, fizycznie itd. też byli lepsi?
- Byli lepsi w każdym elemencie gry. Nawet w elemencie wolicjonalnym.

Jak można to zmienić, dogonić Kazachów?
- Żeby wejść do tej europejskiej siódemki na Mistrzostwa Świata, to naprawdę trzeba osiągnąć wysoki poziom. W pierwszy dzień po przylocie mieliśmy trening w hali Kairatu - bardzo podobny obiekt do Rekordu Bielsko-Biała. Też taki mały obiekcik z hotelikiem na górze. Natomiast przed halą stoi piękny, duży autokar Kairatu, a po wejściu są zaraz wszystkie ich trofea - siedem pater od UEFA z wszystkich Final Four, w których grali i medale - w tym dwa złote za wygranie całych rozgrywek. To też pokazuje, jak to tam wygląda, jaki jest ich profesjonalizm. I jak cały czas grają - są zdjęcia, z meczów z Barceloną, Dynamem Moskwa i innymi "wielkimi" futsalu. Nasi zawodnicy nawet się o takie mecze nie otarli. To jest inna presja, inne tempo gry. To tak, jakbyśmy kazali teraz trenerowi Nawałce zrobić reprezentację z zawodników tylko z polskiej ligi. Cały czas polska liga nas hamuje. Jak kiedyś wracałem z meczów reprezentacji, w których grałem, nawet jak przegraliśmy z Hiszpanią, to byłem taki naładowany - jak mi się to podoba, szybka gra, atmosfera i tak dalej. Ale później jeden, drugi trening, wpadasz w marazm, dostosowujesz się do całej reszty i grasz tak, jak pozostali.

Jak ponieść się po takiej porażce?
- Grupa jest fajna, fajnie zareagowała. Oczywiście są na siebie wkurzeni, ale ja już powiedziałem im przed wylotem, że to zgrupowanie nie wygląda tak, jak to w Policach. Tam byli przed niewiadomą, starali się, trzech odpadało, co było dodatkową motywacją. A tutaj było inaczej. Tak już mamy w mentalności. Było 1:1, to już "mamy" tych Kazachów, teraz ich pojedziemy. O takich ważnych meczach można mówić, ale jak ktoś tego nie przeżyje, to co mu powiedzieć? "Słuchajcie, nie stresujcie się, bądźcie wyluzowani"? Jakby to było takie proste, to nie byłoby w ogóle psychologów. To nie działa tak. Trzeba to trenować, przeżyć i taki mecz rozegrać. Z drugiej strony tak sobie myślę, graliśmy kiedyś takie play-offy z Wisłą przeciwko Gatcie. Po czterech meczach był remis 2:2. Wszystkie mecze na styku. Piąty mecz, pełna mobilizacja, trafiliśmy ich na początku, to chyba 10:1 się skończyło. Jakby ktoś spojrzał na to z boku, to by powiedział, że to niemożliwe, że tam było wcześniej 2:2. Więc to też nie będzie tak, że Kazachowie będą tak grać w każdym meczu. Weszła im bramka, otworzyli się, my nie dojechaliśmy i wypadkowa tych sytuacji jest taka, że jak najbardziej zasłużenie wygrali, jadą na Mistrzostwa Świata, a my tylko się obchodzimy smakiem. Może też za dużo mówiliśmy o tym, jak by było fajnie, jak pojedziemy do Kolumbii. Najpierw trzeba sobie na to zapracować, a widocznie praca, którą wykonaliśmy my, zawodnicy i kluby, jest jeszcze zbyt mała, żeby być w tej siódemce. To byłby za duży przeskok, jak byśmy chcieli awansować z trzeciej ligi europejskiej do pierwszej.

Czy gdybyście z Andrzejem Biangą jeszcze raz, mądrzejsi o rewanż, powoływali zawodników, to byłyby to te same osoby? Pytam, bo przykładowo Rafał Krzyśka zszedł już na początku meczu, Adrian Pater też nie zagrał w drugiej połowie.
- Adrian akurat naderwał mięsień dwugłowy. Mikołaj Zastawnik też ma całą kostkę spuchniętą. Rafał również kuleje, ma coś z kolanem. Natomiast widzieliśmy, że on "nie wszedł", już na rozgrzewce nie wyglądał dobrze. Dostał bramkę z 18 metrów, później słupek, poprzeczka i było widać, że jest zagubiony, że jak dostanie drugą, to "odpłynie". Dlatego szybko chcieliśmy zareagować. Natomiast czy byśmy powołali inaczej? Czy po pierwszym meczu ktoś wyciągnąłby Rafała z bramki? Postanowiliśmy po dobrym spotkaniu w Szczecinie nie zmieniać tego. Myślę, że ta grupa się sprawdziła. Daliśmy radę w całych eliminacjach, bo doszliśmy do tych baraży. Drugi mecz barażowy się nie powiódł, trzeba to przyjąć i pewnie będzie jeszcze trochę bolało. Ale nie sądzę, żebyśmy dokonali złej selekcji.

A co z tą "pułapką umysłu", o której mogliśmy przeczytać w wywiadzie dla portalu Łączy Nas Piłka? Warto było próbować bić Kazachów ich własną bronią, czyli grą w przewadze?
- Była to jakaś metoda. W rewanżu chcieliśmy korzystać z piątego zawodnika w sytuacji stałych fragmentów. To daje więcej możliwości, co pokazał pierwszy mecz. Nie planowaliśmy grać z lotnym długimi okresami. Zmusiła nas do tego dopiero sytuacja. Ale nie tyle wynik nas zmusił, co to, że zawodnicy nie radzili sobie z przestrzenią, byli zdominowani fizycznie. Chcieliśmy im umożliwić chwile posiadania piłki, nabrania pewności i wiary, że można "wrócić" do tego meczu. Ale co z tego. Mieliśmy auty, kornery, lecz w sytuacji stresowej nie zrobiliśmy nic. I tu znów wracam do tego kierowcy rajdowego. W sytuacjach stresowych wracamy do instynktów pierwotnych. Kazachowie idąc po piłkę już wiedzą, co zrobią. My, przez to, że nie graliśmy wielu takich meczów, gubimy się. Druga rzecz - Kazachowie mieli zgrupowanie od 2 kwietnia. Nie zlekceważyli nas. Mając więcej czasu też pewne rzeczy skorygowali. Myśmy się również starali pewne rzeczy poprawić w Warszawie, ale widocznie te 3 dni zgrupowania to było za mało.

Kiedy przestał pan wierzyć w korzystny wynik w Ałmatach?
- Gdy straciliśmy bramkę na 0:4. Wiadomo, że jeszcze w przerwie mówiłem, że jeszcze można, że trzeba powalczyć choćby o honorowy wynik, a może jak wpadnie bramka czy dwie na początku, to coś się stanie. Ale widziałem, w jakiej dyspozycji jesteśmy my i w jakiej są oni. Dodając do tego meczu całą otoczkę wiedziałem, że tego starcia raczej nie da się wygrać.

Jakie plany ma teraz kadra?
- We wtorek z trenerem Andrzejem Biangą powiedzieliśmy prezesowi Janowi Bednarkowi, że składamy rezygnację. Oddajemy się do dyspozycji zarządu i dopiero po decyzji PZPN będzie można rozmawiać, co się zmienia.

A reprezentacja ma zaplanowane jakieś mecze?
- Chyba najbliższe, co jest zaplanowane, to dopiero Turniej Państw Wyszehradzkich we wrześniu. Z trenerem Biangą rozmawialiśmy, że jeśli mielibyśmy zostać, to na pewno chcielibyśmy zrobić zgrupowanie jeszcze w czerwcu i z jakimś meczem kontrolnym. I myślę, że w sierpniu drużyny z Europy, które jadą do Kolumbii, będą chciały zagrać jakiś sparing. Bo trzeba z nimi grać, z wielkimi, a nie Cyprem czy Gibraltarem. Ale to nie są terminy UEFA, więc kluby też mogą nie puszczać nam zawodników. Później są Mistrzostwa Świata i to już są terminy UEFA. My w tym czasie będziemy mieli ligę, więc to też nam odpadnie. Nie jest łatwo.

A jakie są teraz plany Błażeja Korczyńskiego?
- Zostały dwie kolejki do końca ligi, chcemy z AZS UŚ Katowice zdobyć w nich 4 punkty i się utrzymać. A potem zobaczymy, co będzie. Może przerwa od futsalu?

Potrzeba przerwy?
- Potrzeba i trzeba się nawet zastanowić, czy nie przerwę dłuższą. Może roczną? Odejść od tego, popatrzeć na to z dystansu...

Co by taki dystans dał?
- Nie wiem. Po to, żeby zobaczyć, czy on coś da, trzeba byłoby go właśnie stworzyć. Chcę popatrzeć z boku, z jakiejś innej perspektywy, innej, niż gdy cały czas się tam jest, w takiej szarzyźnie. Jestem w tych Katowicach, coś chcę wprowadzać i ciągle zderzam się ze ścianą. To ten zawodnik nie może, to tamten... Zawodnicy są, jacy są. Fajne chłopaki. Gdyby więcej trenowali, to można by coś stworzyć.  Wpadłem w takie codzienne deja vu. I boję się, że w tym wszystkim nie znajduję celu. Że te dni tak lecą - treningi, gramy, jak wygramy to dobrze, jak nie, to nie. Już nie mam siły motywować, bo mam wrażenie, że jestem czasem jedyną osobą, której zależy i która wierzy. Później człowiek już sobie mówi, że ma tego dość i musi sobie zrobić przerwę, bo to nie ma sensu. Zobaczymy co będzie. Muszę zagrać z AZS-em te dwa mecze. To jest raptem półtora tygodnia i wtedy będę podejmował decyzje.

A reprezentacja młodzieżowa, której jest pan trenerem, ma jakieś plany?
- Nie ma żadnych planów, oprócz U-18, która to kadra ma ważny dla nas turniej w lipcu. Jest to jakiś rodzaj kwalifikacji na Youth Olympic Games. Ale nie chcę się wszystkim zajmować.  

Czy to jest właśnie dobry pomysł, żeby łączyć wiele funkcji, np. asystenta trenera kadry A z posadą selekcjonera młodzieżówki i jeszcze pracą w klubie?
- Niedobry. Łączenie dwóch rzeczy, czyli klubu i kadry jest trudne. A trzech to już wręcz niemożliwe. Co było zresztą widać na ostatnim turnieju w Ostrawie, gdy nie mogłem jechać, bo po prostu byłem na zgrupowaniu w Szczecinie. Ten pomysł mija się z celem - prowadzić młodzieżówkę, na której się nie jest. Na pewno trzeba coś z tym zrobić. Widzę to dopiero teraz. I jeszcze klub - nie ma mnie kolejne półtora tygodnia. Wcześniej też mnie długo nie było przez Police i Szczecin. Tam też cierpliwość prezesa ma swoje granice. Trzeba się na coś zdecydować, bo jak się robi wszystko, to się nic nie robi.

Rozmawiał Jakub Mikulski