Sztab reprezentacji Polski w futsalu z trenerem Błażejem Korczyńskim (z prawej). Zdjęcie z grudniowego turnieju Futsal Week w Poreču Sztab reprezentacji Polski w futsalu z trenerem Błażejem Korczyńskim (z prawej). Zdjęcie z grudniowego turnieju Futsal Week w Poreču fot. Futsal Week

Honorowe porażki nie wygrywają turniejów. Polska i futsalowy sufit [KOMENTARZ]

Kolejny turniej, kolejne słowa o „podniesionych głowach” i „małych krokach”. Tyle że liczby są bezlitosne: Polska kończy mistrzostwa Europy bez zwycięstwa i bez punktów. Czas spojrzeć na ten występ bez filtrów i zastanowić się, czy honorowe porażki nie stały się dla nas zbyt wygodne.

– Mimo porażki możemy z lekko podniesioną głową opuszczać Słowenię – mówił po meczu z Portugalią Michał Kałuża. – Udowodniliśmy tym pojedynkiem, że mamy niezły zespół i możemy rywalizować z najlepszymi oraz stwarzać wiele sytuacji – to już Michał Kubik. – Taka reprezentacja Polski (jak w starciu z Portugalią - red.) – właśnie w ten sposób grająca przeciwko Węgrom czy też Italii – mogła myśleć realnie o wyjściu z grupy. Wszystko było w tej grupie możliwe – to z kolei Błażej Korczyński (cytaty z portalu Łączy Nas Piłka).

To opinie. A fakty? Czwarte Futsal Euro, w tym trzecie z rzędu, bez zwycięstwa. Zero punktów – jako jedyna na turnieju ekipa. Wygrane mają na koncie debiutanci, jak Łotwa czy Armenia. Francja, która osiem lat temu w Lublanie była na tym samym poziomie co Polska, w drugim występie na ME wchodzi do półfinału. My „podnosimy głowy” po porażce, w której Portugalia gra jak nie ona, na zaciągniętym hamulcu – co przyznają jej zawodnicy w następnym zdaniu po kurtuazyjnych słowach o wymagającym rywalu.

Gdzie my jesteśmy? Trener Korczyński w niemal każdym wywiadzie mówił o „polskim mentalu”, z którym rzekomo lepiej gra się w roli „underdoga”. Coś w tym jest. Ostatecznie nie ustajemy w Polsce w celebracji nieudanych powstań, ale i na poziomie futsalowym można zauważyć, że z pozycją faworyta nie poradzili sobie nie tylko Biało-Czerwoni na Euro, ale wcześniej polskie futsalistki na mundialu (z Marokiem), a jeszcze wcześniej młodzieżowcy w eliminacjach mistrzostw Europy U-19 (z Czechami). Tyle że sami wpędzamy się w ten sposób w spiralę. Mamy cieszyć się z małych sukcesów, wygranych – lub wręcz honorowo przegranych – bitew, gdy inni wygrywają wojny.

Jakże bardziej wolałbym usłyszeć od naszych zawodników: „jaka podniesiona głowa?! jesteśmy tak wkurzeni, że chcielibyśmy tu i teraz grać jeszcze raz, chcemy wylosować te Węgry jak najszybciej, by się zrewanżować. Na razie nic nie udowodniliśmy, oprócz tego, że przegrywamy, a mamy tego cholernie dość”. Wolałbym również usłyszeć od trenera nie to, że najpierw musi złożyć raport pracodawcy, czyli PZPN-owi, a w ogóle świeżo po meczu to są emocje itd. Faktycznie przelewy Błażej Korczyński dostaje od PZPN, ale nie tylko Cezary Kulesza, Marcin Dorna i inni działacze PZPN oglądali Polaków w Lublanie. Biało-Czerwoni zawiedli – nie unikajmy tego słowa – znacznie szersze grono kibiców i im również należy się szacunek.

– Biorę pełną odpowiedzialność za wynik – mówił Korczyński po meczu z Włochami, gdy Polacy stracili szanse na awans dalej. Pytanie, czy to tylko słowa, czy rzeczywista deklaracja. Bo jeśli to drugie, to już dawno powinniśmy usłyszeć o podaniu się do dymisji, ewentualnie oklepanym „oddaniu się do dyspozycji zarządu”. Bo jest jak w rządzie – minister może się honorowo podać do dymisji, a premier (czytaj: władze PZPN) tej dymisji nie przyjąć. Niestety, nie żyjemy w idealnym świecie i ministrowie spraw wewnętrznych nie podają się do dymisji nawet wtedy, gdy szef policji odpali na komendzie granatnik. Ani nawet ów szef policji.

Nie chodzi o to, by kogoś zwalniać ani zaczynać rewolucję. Chodzi o to, by słowo „odpowiedzialność” znów coś znaczyło. Czy przyjmować dymisję Korczyńskiego oraz jakie (czy) są wobec niego alternatywy – to zupełnie inny temat, wykraczający poza analizę samego występu na Euro.

W części komentarzy po kolejnych meczach powraca argument, że z reprezentacją powinno się być nie tylko w chwilach sukcesu, ale także wtedy, gdy przychodzą porażki. Trudno się z tym nie zgodzić – z jednym zastrzeżeniem. To nie kibice ani dziennikarze rozdmuchali oczekiwania przed turniejem. To nie oni mówili o gotowości do walki o najwyższe cele ani o tym, że „nadszedł wreszcie czas na wygrywanie”. Dlatego kibicowanie nie wyklucza rozliczania. Można wspierać reprezentację, a jednocześnie pytać, co nie zagrało i gdzie popełniono błędy. Tym bardziej że w wielu obszarach selekcjoner stawia trafne diagnozy – chociażby w kwestii powoływania zawodników z polskiej I ligi, co nie jest ewenementem na tle świata, skoro podobne decyzje podejmuje nawet Kolumbia, ściągając na Copa América Cristiana Neme, a nie np. Daniela Gallego.

A błędy były, bo nie sposób nie zauważyć, że cały plan reprezentacji posypał się po tym, jak czerwoną kartkę z Węgrami dostał Tomasz Kriezel. Kartkę, której w życiu nie dostałby w Fogo Futsal Ekstraklasie, bo i w Lublanie dostał ją dopiero po wideoweryfikacji. Bilans drużyny bez niego na boisku to zero bramek zdobytych i dziewięć straconych. Gdy akurat przebywał na placu gry – 4:2 na korzyść Polski! W statystykach UEFA nadal ma trzy asysty (choć jedną federacja powinna mu zabrać, skoro zabrała trafienie Mikołaja Zastawnika, zmieniając je na gola samobójczego Węgier). Choć nie zagrał nawet półtora meczu, jest szósty – i to po ćwierćfinałach! – pod względem liczby wykonanych rzutów rożnych. Minimalnie wyższą średnią pod tym względem ma tylko „mózg” Italii, Alex Merlim (31 kornerów w meczach, Kriezel 15).

Statystyki wprost wskazują, że Kriezel jest postacią niezastępowalną w reprezentacji. Aż dziw, jak bez niego Polska wygrała w eliminacjach z Mołdawią albo uległa tylko 1:2 Brazylii w finale Pucharu Narodów. Dalej jest już gorzej. Sebastian Leszczak i Mikołaj Zastawnik w meczach z Węgrami i Włochami oddali ponad połowę strzałów całej drużyny. I mimo że im nie szło, Korczyński nie miał na ławce nikogo, kto mógłby w tej sytuacji na podobnym poziomie pociągnąć ten wózek. Z konieczności Leszczak musiał próbować do skutku. Pytanie więc, czy nie lepiej byłoby jednak na Euro zabrać np. Kacpra Sendlewskiego jako uzupełnienie głębi składu, zamiast Grzegorza Haraburdy, który na parkiet wychodził w śladowych ilościach, dopiero z Portugalią dostając więcej czasu. To jednak moment, w którym łatwo uciec w dużo szerszą dyskusję o systemie szkolenia, jakości pracy klubowej i lidze krajowej. Ta analiza dotyczy jednak występu reprezentacji na konkretnym turnieju – i na tym poziomie odpowiedzialność jest nie do przerzucenia.

Zresztą to nie przez brak Sendlewskiego pożegnaliśmy się z awansem już po dwóch meczach, jako jedyni. Obok pierwszego kluczowego pytania – o mentalność – jest też drugie – o skuteczność. Sytuacja niewykorzystana przez Macieja Jankowskiego na koniec pierwszej połowy z Portugalią mogłaby straszyć po nocach niegrzeczne dzieci. Ale to pojedyncza anegdota, a sumarycznie debiutująca na Euro Łotwa oddała niemal dwa razy mniej strzałów w całym turnieju niż Polska, a skończyła turniej z jedną bramką więcej od nas (i zwycięstwem na koncie). Biało-Czerwoni musieli średnio oddać 32 strzały, by jeden z nich zamienić na bramkę. Gorsza była tylko Białoruś (40). U najlepszych, jak Portugalia i Hiszpania, współczynnik ten wynosi 8–9. U dwóch pozostałych półfinalistów, Francji i Chorwacji, to odpowiednio 11 i 14. Na problem ze skutecznością rytualnie narzeka wielu trenerów po przegranych meczach, ale u nas ma on twarde oparcie w danych.

Czy potrzebujemy Narodowego Programu Poprawy Skuteczności? A może Narodowego Programu Budowy Mentalności Zwycięzcy? Ostatecznie trener Korczyński przed turniejem wiele mówił o tym, że buduje zespół tak, by nie czuł presji, bo wtedy gra się najlepiej (czego egzemplifikacją był w wypowiedziach selekcjonera Mikołaj Zastawnik). A może, skoro to nie wyszło i nie da się przed zawodnikami ukryć, że grają na mistrzostwach Europy, a nie Futsal Week, to trzeba zacząć pracę z drugiej strony? Może zamiast zdejmować presję, trzeba sprawić, by grali skutecznie pod tą presją? Nie oszukujmy się – w futsalu presja jest znikoma w porównaniu z innymi, bardziej popularnymi dyscyplinami. Szerszej analizy występu Biało-Czerwonych, z paroma przykrymi słowami, dokonają jeden–dwa serwisy internetowe. Nikt nie będzie tworzył memów z Leszczakiem, tak jak w piłce z Miletą Rajoviciem.

Presja w futsalu oczywiście istnieje, ale nie róbmy z niej zjawiska o rozmiarach Mount Everestu. Trener i zawodnicy przeczytają o sobie kilkanaście nieprzyjemnych komentarzy w mediach społecznościowych, które z reguły mówią znacznie więcej o ich autorach niż o samych piłkarzach. To nie jest sport, w którym po jednym pudle przez miesiąc nie da się wyjść na ulicę. Tym bardziej warto nauczyć się grać skutecznie także wtedy, gdy presja się pojawia – bo na mistrzostwach Europy nie da się jej całkowicie zdjąć, niezależnie od najlepszych intencji sztabu szkoleniowego.

Ta analiza powstała nie po to, by komukolwiek odbierać dobre intencje czy podważać zaangażowanie włożone w przygotowania do mistrzostw Europy. Zawodnikom, sztabowi szkoleniowemu i trenerowi należą się słowa uznania za pracę i wysiłek. Szacunek nie polega jednak wyłącznie na oklaskach. Oznacza także prawo do stawiania wymagań, do krytycznej oceny i do nazywania rzeczy po imieniu. Jeśli polski futsal ma się rozwijać, musi wyjść poza narrację „honorowych porażek” i „podniesionych głów” – inaczej nawet najlepsze intencje nie przełożą się na realny postęp.

Jakub Mikulski

Postaw mi kawę na buycoffee.to