Skrót meczu /
Orange Sport
Wisła na łopatkach. Na Jasnej Biała Gwiazda nie zaświeciła
Inauguracja nowej hali w Gliwicach wypadła okazale, a już zwłaszcza dla gospodarzy. Skazywani na pożarcie gliwiczanie w pierwszej połowie postawili twarde warunki Wiśle Krakbet Kraków, by w drugiej wypunktować nieskutecznego mistrza Polski.
Obiektywnie patrząc pojedynek GAF-u z Wisłą nie zapowiadał się jakoś szczególnie ekscytująco. Krakowski walec zdaniem wielu miał rozjechać beniaminka, który był podłamany stratą pewnych wydawałoby się punktów przed dwoma tygodniami w Chojnicach. Na dodatek gospodarze nie mieli zwykłego handicapu w postaci dobrze znanej własnej hali, bo na Jasnej zagrali po raz pierwszy. Oliwy do ognia dolał za to Błażej Korczyński, który w przedmeczowym wywiadzie na stronie swojego klubu stwierdził m.in.: - [Marcin Kiełpiński] czeka na mecz bo się czuje rozgoryczony. Uważa, że Wisła zrobiła mu krzywdę, a tak naprawdę to chyba sam sobie zrobił krzywdę, aczkolwiek nie mi to oceniać. Po takich słowach można się już było spodziewać, że w Gliwicach polecą wióry.
Ale pierwsze minuty wskazywały, że krakowski walec rzeczywiście zrówna miejscowych z poziomem świeżo położonego parkietu. Wiśle objęcie prowadzenia zajęło równe 57 sekund, gdy dogranie Siergieja Zadorożnego z prawej strony na bramkę zamienił Douglas Dos Santos. A w 5. minucie na efektownej tablicy świetlnej widniał już wynik 0:2. Zadorożnyj nie wykorzystał efektownego podania przez całe boisko od Krzysztofa Kusi, ale po chwili mimo obstawy kilku obrońców po czubkach palców Tomasza Cielesty do siatki ponownie trafił Douglas. Gol kontaktowy Przemysława Dewuckiego wydawał się wypadkiem przy pracy. Najlepszy snajper GAF w tylko sobie znany sposób znalazł lukę pomiędzy jednoosobowym murem w postaci Daniela Lebiedzińskiego oraz Bartłomiejem Nawratem, strzelając bezpośrednio z rzutu wolnego. Dwie minuty później ten sam zawodnik mógł doprowadzić do wyrównania, ale reprezentacyjny golkiper zdołał wyłuskać piłkę spod nóg napastnika. Po kolejnych kilkudziesięciu sekundach GAF przegrywał już 1:3. Tym razem na listę strzelców wpisał się Zadorożnyj, wykorzystując podanie Romana Wachuły i przepuszczenie piłki przez Dos Santosa. Wisła miała do tego momentu zdecydowaną przewagę, bombardując bramkę Cielesty, a gole strzelając wręcz od niechcenia.
Wszystko to się nagle urwało. Drużyna Rafała Barszcza nie załamała się, tylko z jeszcze większą determinacją zaczęła dążyć do zmiany niekorzystnego rezultatu. W 14. minucie Dewucki zmniejszył stratę po bardzo ładnej akcji, gdy Michał Cygnarowski ściągnął na siebie rywali i wystawił piłkę do nadbiegającego z odsieczą kolegi. Ten między nogami Nawrata ulokował piłce w siatce. A jeszcze większe zaskoczenie przyjezdnych czekało minutę później, kiedy to zaskakującą bombę z dystansu posłał Maciej Mizgajski. Utrata prowadzenia podziałała bardzo mobilizująco na zespół Korczyńskiego. Cielestę "próbowali" kolejno Dos Santos, Zadorożnyj, Wachuła i Kusia, ale za każdym razem gliwicki bramkarz - z ewentualną pomocą kolegów z pola - wychodził z opresji obronną ręką. Do przerwy utrzymał się więc remis, a po powrocie z szatni Wisła nie ustawała w atakach. Ich zwieńczeniem był jednak zaledwie strzał w słupek Zadorożnego w 25. minucie. Gospodarze nie mieli takich problemów. Tomasz Szczurek w 27. minucie fantastycznym technicznym uderzeniem w samo okienko bramki Nawrata wyprowadził Ślązaków na prowadzenie. Formę golkipera Wisły sprawdzili również po chwili Mizgajski i Denis Diemiszew, lecz tym razem bez powodzenia. Ale nadal optycznie przeważali przyjezdni, co rusz zatrudniając Michała Widucha, który po przerwie zmienił Cielestę. Tyle, że Wisła goli zdobywać nie potrafiła, a gliwiczanie wykorzystywali każdą nadającą się okazję. Na 7 minut przed końcem koronkową akcję Damian Ficek - Przemysław Kośmider - Diemiszew na piątą bramkę zamienił Ukrainiec. Reakcja na ławce gości była łatwa do przewidzenia. Kusia wszedł na boisko jako piąty zawodnik i... zaczęły się kardynalne błędy mistrzów Polski. Ich festiwal rozpoczął od razu w 33. minucie Lebiedziński. Czternasty na liście najlepszych snajperów wszech czasów w ekstraklasie zawodnik z może półtora metra przed bramką posłał piłkę wysoko nad poprzeczką, ku irytacji podającego Kusi. Kapitan Białej Gwiazdy też nie miał swojego dnia, dwie minuty później fatalnie próbując zmieniać się z Kamilem Dworzeckim. W efekcie po krótkim wznowieniu z autu na 6:3 podwyższył Mizgajski, a krakowski golkiper przy okazji obejrzał żółtą kartkę za zbyt wczesne wbiegnięcie na boisko. I to jeszcze nie była ostatnia wpadka Kusi, który na minutę przed końcem pobił jeszcze wyczyn Lebiedzińskiego, trafiając z metra... w słupek. W tej sytuacji wcześniejszy gol tego samego zawodnika, czy poprzeczka po strzale Lebiedzińskiego i paradzie Widucha nie miały już znaczenia. Wisła po prostu zawiodła i wróciła do domu bez punktów.
Dalecy jesteśmy, by Wiśle wieszczyć kryzys formy. Dwie przegrane z rzędu to jeszcze nie tragedia, różnice w tabeli są minimalne, a stratę do lidera można zmniejszyć o połowę po jednym bezpośrednim meczu. Problem w tym, że Biała Gwiazda zagrała w tym sezonie dotąd tylko jeden mecz na poziomie, którego można by oczekiwać - kiedy 7:1 rozbiła Gattę Active Zduńska Wola. Team trenera Korczyńskiego nie gra słabo. W każdym (bądź niemal każdym) meczu ma więcej z gry, na ogół przeważa, ale nie jest w stanie udokumentować tego golami. Może spodziewamy się za dużo? Bo przecież taki GAF gra bez obciążeń. Gdy przegra - przypomina się, że jest "tylko" beniaminkiem i drużyną ze średnią wieku pewnie najniższą w lidze (z ligowym stażem jest już raczej inaczej). Gdy wygra - tylko profit, pobłażliwość dla młodości ustępuje zachwytowi nad nią. Od Wisły wymaga się zaś, by wygrywała wszystko jak leci. Ba! By łoiła rywali jak Gattę! I jeszcze to ciągłe wypominanie liczby obcokrajowców i braku powołań do polskiej kadry. Tak jak byśmy ostatniego mistrza Polski bez "stranieri" nie mieli w roku... 2008. Coś mamy przeczucie, że ci, którzy stawiają krzyżyk na krakusach jeszcze się "rozczarują". A GAF niech dalej urywa punkty faworytom, niech zaskakuje i zachwyca. Zysk z tego może mieć cały polski futsal.
Ale pierwsze minuty wskazywały, że krakowski walec rzeczywiście zrówna miejscowych z poziomem świeżo położonego parkietu. Wiśle objęcie prowadzenia zajęło równe 57 sekund, gdy dogranie Siergieja Zadorożnego z prawej strony na bramkę zamienił Douglas Dos Santos. A w 5. minucie na efektownej tablicy świetlnej widniał już wynik 0:2. Zadorożnyj nie wykorzystał efektownego podania przez całe boisko od Krzysztofa Kusi, ale po chwili mimo obstawy kilku obrońców po czubkach palców Tomasza Cielesty do siatki ponownie trafił Douglas. Gol kontaktowy Przemysława Dewuckiego wydawał się wypadkiem przy pracy. Najlepszy snajper GAF w tylko sobie znany sposób znalazł lukę pomiędzy jednoosobowym murem w postaci Daniela Lebiedzińskiego oraz Bartłomiejem Nawratem, strzelając bezpośrednio z rzutu wolnego. Dwie minuty później ten sam zawodnik mógł doprowadzić do wyrównania, ale reprezentacyjny golkiper zdołał wyłuskać piłkę spod nóg napastnika. Po kolejnych kilkudziesięciu sekundach GAF przegrywał już 1:3. Tym razem na listę strzelców wpisał się Zadorożnyj, wykorzystując podanie Romana Wachuły i przepuszczenie piłki przez Dos Santosa. Wisła miała do tego momentu zdecydowaną przewagę, bombardując bramkę Cielesty, a gole strzelając wręcz od niechcenia.
Wszystko to się nagle urwało. Drużyna Rafała Barszcza nie załamała się, tylko z jeszcze większą determinacją zaczęła dążyć do zmiany niekorzystnego rezultatu. W 14. minucie Dewucki zmniejszył stratę po bardzo ładnej akcji, gdy Michał Cygnarowski ściągnął na siebie rywali i wystawił piłkę do nadbiegającego z odsieczą kolegi. Ten między nogami Nawrata ulokował piłce w siatce. A jeszcze większe zaskoczenie przyjezdnych czekało minutę później, kiedy to zaskakującą bombę z dystansu posłał Maciej Mizgajski. Utrata prowadzenia podziałała bardzo mobilizująco na zespół Korczyńskiego. Cielestę "próbowali" kolejno Dos Santos, Zadorożnyj, Wachuła i Kusia, ale za każdym razem gliwicki bramkarz - z ewentualną pomocą kolegów z pola - wychodził z opresji obronną ręką. Do przerwy utrzymał się więc remis, a po powrocie z szatni Wisła nie ustawała w atakach. Ich zwieńczeniem był jednak zaledwie strzał w słupek Zadorożnego w 25. minucie. Gospodarze nie mieli takich problemów. Tomasz Szczurek w 27. minucie fantastycznym technicznym uderzeniem w samo okienko bramki Nawrata wyprowadził Ślązaków na prowadzenie. Formę golkipera Wisły sprawdzili również po chwili Mizgajski i Denis Diemiszew, lecz tym razem bez powodzenia. Ale nadal optycznie przeważali przyjezdni, co rusz zatrudniając Michała Widucha, który po przerwie zmienił Cielestę. Tyle, że Wisła goli zdobywać nie potrafiła, a gliwiczanie wykorzystywali każdą nadającą się okazję. Na 7 minut przed końcem koronkową akcję Damian Ficek - Przemysław Kośmider - Diemiszew na piątą bramkę zamienił Ukrainiec. Reakcja na ławce gości była łatwa do przewidzenia. Kusia wszedł na boisko jako piąty zawodnik i... zaczęły się kardynalne błędy mistrzów Polski. Ich festiwal rozpoczął od razu w 33. minucie Lebiedziński. Czternasty na liście najlepszych snajperów wszech czasów w ekstraklasie zawodnik z może półtora metra przed bramką posłał piłkę wysoko nad poprzeczką, ku irytacji podającego Kusi. Kapitan Białej Gwiazdy też nie miał swojego dnia, dwie minuty później fatalnie próbując zmieniać się z Kamilem Dworzeckim. W efekcie po krótkim wznowieniu z autu na 6:3 podwyższył Mizgajski, a krakowski golkiper przy okazji obejrzał żółtą kartkę za zbyt wczesne wbiegnięcie na boisko. I to jeszcze nie była ostatnia wpadka Kusi, który na minutę przed końcem pobił jeszcze wyczyn Lebiedzińskiego, trafiając z metra... w słupek. W tej sytuacji wcześniejszy gol tego samego zawodnika, czy poprzeczka po strzale Lebiedzińskiego i paradzie Widucha nie miały już znaczenia. Wisła po prostu zawiodła i wróciła do domu bez punktów.
Dalecy jesteśmy, by Wiśle wieszczyć kryzys formy. Dwie przegrane z rzędu to jeszcze nie tragedia, różnice w tabeli są minimalne, a stratę do lidera można zmniejszyć o połowę po jednym bezpośrednim meczu. Problem w tym, że Biała Gwiazda zagrała w tym sezonie dotąd tylko jeden mecz na poziomie, którego można by oczekiwać - kiedy 7:1 rozbiła Gattę Active Zduńska Wola. Team trenera Korczyńskiego nie gra słabo. W każdym (bądź niemal każdym) meczu ma więcej z gry, na ogół przeważa, ale nie jest w stanie udokumentować tego golami. Może spodziewamy się za dużo? Bo przecież taki GAF gra bez obciążeń. Gdy przegra - przypomina się, że jest "tylko" beniaminkiem i drużyną ze średnią wieku pewnie najniższą w lidze (z ligowym stażem jest już raczej inaczej). Gdy wygra - tylko profit, pobłażliwość dla młodości ustępuje zachwytowi nad nią. Od Wisły wymaga się zaś, by wygrywała wszystko jak leci. Ba! By łoiła rywali jak Gattę! I jeszcze to ciągłe wypominanie liczby obcokrajowców i braku powołań do polskiej kadry. Tak jak byśmy ostatniego mistrza Polski bez "stranieri" nie mieli w roku... 2008. Coś mamy przeczucie, że ci, którzy stawiają krzyżyk na krakusach jeszcze się "rozczarują". A GAF niech dalej urywa punkty faworytom, niech zaskakuje i zachwyca. Zysk z tego może mieć cały polski futsal.
Etykiety
- Ekstraklasa
- GAF Gliwice
- Wisła Kraków
- Błażej Korczyński
- Marcin Kiełpiński
- Serhij Zadorożnyj
- Alvaralhão dos Santos Douglas
- Krzysztof Kusia
- Tomasz Cielesta
- Przemysław Dewucki
- Daniel Lebiedziński
- Bartłomiej Nawrat
- Roman Wachuła
- Rafał Barszcz
- Michał Cygnarowski
- Maciej Mizgajski
- Tomasz Szczurek
- Denis Demiszew
- Michał Widuch
- Damian Ficek
- Przemysław Kośmider
- Kamil Dworzecki

