Skrót meczu / Orange Sport

Centymetrowe pomyłki Gatty kosztują ją zwycięstwo

Zawodnicy Gatty Active Zduńska Wola wyprawy do Bielska-Białej nie będą miło wspominać. Drużyna Wojciecha Sopura nie zasłużyła na aż trzybramkową porażkę, ale brakowało jej szczęścia. Bo jak inaczej nazwać sytuację, gdy aż 5 razy trafia się w obramowanie bramki, z czego 2 w ostatniej minucie?

Rekord Bielsko-Biała
Gatta Active Zduńska Wola

Rekord Bielsko-Biała - Gatta Active Zduńska Wola
3:0

 
Mecz mógł się podobać publiczności i widzom Orange Sport. Od początku obie ekipy narzuciły szybkie tempo, nie tracąc czujności w defensywie. Początkowo brakowało tylko strzałów, ale i ich wkrótce się doczekaliśmy. Prawdziwą kanonadę w 6. minucie rozpoczął Paweł Machura, lecz w tym samym momencie Marcin Szewczyk zaczął udowadniać niedowiarkom, że wcale Gatta nie potrzebuje lepszego golkipera, bo i teraz ma błyskotliwego zawodnika na tej pozycji. Bramkarz ze Zduńskiej Woli bronił nieraz w beznadziejnych wydawałoby się sytuacjach. Jak w 7. minucie, gdy instynktownie odbił uderzenie z metra Radka Polaska. Gdy Szewczyka brakowało już między słupkami, jak w 12. minucie, gdy wyszedł na bok pola karnego, to po bombie Machury piłkę z linii bramkowej wybił Mariusz Milewski. Wysoko broniący gospodarze mogli sprawiać wrażenie lekko dominującej drużyny na boisku, ale akcje przyjezdnych były nie mniej groźne. Dobry mecz rozgrywał jednak również Krystian Brzenk, a szczęście - jak się szybko okazało - było po jego stronie. W 9. minucie niemal z połowy boiska huknął Michał Marciniak - piłka odbiła się od poprzeczki. 4 minuty później po kontrze tego samego zawodnika w słupek uderzył Igor Sobalczyk. Dobrą okazję miał też Bartłomiej Strzelczyk, a najbliżej zdobycia gola był Marciniak. Na 3 minuty przed przerwą Sobalczyk przy rozegraniu autu zamarkował uderzenie, przeciągnął piłkę do linii końcowej gubiąc dwóch obrońców na raz i wystawił piłkę na długi słupek. Król strzelców poprzedniego sezonu nie trafił w piłkę tak jak chciał i "setkę" zmarnował. Tymczasem chwilę później z pozoru mało groźne wgranie Machury w pole karne wykorzystał Piotr Szymura i do szatni drużyny schodziły przy jednobramkowym prowadzeniu ekipy Adama Krygera.

W drugiej połowie Rekord już lekko odpuścił z agresywnym pressingiem, co pozwoliło Gatcie konstruować dobrze rokujące akcje. Niestety Brzenk zatrzymał strzały Sobalczyka i Michała Szymczaka. Z drugiej strony ponownie błysnął Szymura, w 32. minucie biegnąc od środka minął trzech przeciwników jak tyczki, ale Szewczyk zdołał zmienić tor lotu piłki i ta wyszła na róg. Właśnie korner był przyczyną straty drugiej bramki przez Gattę. Przytomne wgranie w środek minęło obrońców, a do siatki trafił Rafał Franz (lub Marcin Olejniczak - do tej pory ciężko to stwierdzić ze stuprocentową pewnością). Na 5 minut przed końcem kolejny słupek zaliczył Sobalczyk, a jeszcze większy pech dopadł zduńskowolan w końcówce, gdy grali z wycofanym bramkarzem. Niesamowite wręcz niesygnalizowane uderzenie Milewskiego zatrzymało się na słupku bądź na jego spojeniu z poprzeczką. Gdyby piłka wpadła do siatki mielibyśmy absolutny gol sezonu; nagrodę można byłoby wręczać mimo, że do końca rozgrywek jeszcze daleko. A jakby tego mało na pół minuty przed syreną "Miles" znów obił słupek! Przyjezdnych dobił jeszcze Michał Marek, na sekundy przed końcem zdobywając trzecią bramkę dla Rekordu.

Szkoda, że w tym spotkaniu nie mógł zagrać pauzujący za żółte kartki Daniel Krawczyk. Może on miałby więcej szczęścia od kolegów. Pod jego nieobecność Rekord potwierdził, że jest najpoważniejszym kandydatem do mistrzostwa - chyba, że Wisła Krakbet Kraków do końca sezonu będzie po kolei wszystkimi rywalami zamiatała parkiet. 6 punktów to nie jest strata nie do odrobienia, choć krakowianie potrzebują obok własnych wygranych także "pomocy" innych zespołów. Przede wszystkim cieszy jednak, że wbrew obawom losy tytułu nie będą rozstrzygnięte po 16. kolejce, gdy Wisła rozegra ostatni mecz z rywalem z "wielkiej czwórki". Przynajmniej wszystko na to wskazuje.