Skrót meczu / Orange Sport

Wisła już tylko o jedną wygraną od lidera

Kibice, którzy szczelnie zapełnili trybuny szczecińskiej hali, do domów wrócili rozczarowani. Pogoń 04 zawiodła w pierwszej połowie, a zryw w drugiej nie odwrócił losów meczu.

Pogoń 04 Szczecin
Wisła Krakbet Kraków

Pogoń 04 Szczecin - Wisła Krakbet Kraków
2:5

 
O pierwszej części gry Powrtowcy chcieliby raczej szybko zapomnieć. Od samego początku - mimo strzałów Marcina Mikołajewicza i Artura Jurczaka - uwidoczniła się przewaga gości. W 5. minucie Paweł Budniak trafił w słupek, a już 3 minuty później Wiślacy prowadzili. Błażej Korczyński zagrał dobrą piłkę na środek do Piotra Morawskiego, ten momentalnie odegrał ją za siebie podeszwą, gdzie już nabiegał Daniel Lebiedziński. Były zawodnik Akademii i Marwitu zostawił za plecami Oleksandra Szamotija i uderzeniem w długi róg nie dał szans Nicolae Neagu. Po chwili mołdawski bramkarz zatrzymał groźną kontrę trzech krakowian, a w odpowiedzi Michał Kubik dwukrotnie zwiódł Romana Wachułę i dograł w pole karne, lecz tam piłka padła łupem Kamila Dworzeckiego. Na nieszczęście gospodarzy w ich szeregach kreatywną grę prowadził tylko Kubik i momentami Szamotij, pozostali zawodnicy grali jakby asekurancko, bez tej iskry potrzebnej do pokonania mistrza Polski. "Biała Gwiazda" zaś dopiero się rozpędzała. W 12. minucie Adam Jonczyk udowodnił, że w krakowskim klubie znalazł się nie przez przypadek. Po otrzymaniu podania od Marcina Czecha jak rasowy pivot odwrócił się na Łukaszu Żebrowskim i podwyższył na 0:2. Kolejnego trafienia nie zaliczył zaś Lebiedziński, gdy po potknięciu się na piłce Marka Bugańskiego z kontrą popędził Korczyński. Grający trener przyjezdnych zagrał no-look-passa do kolegi, ale gdy dwustuprocentowej okazji strzał w ostatniej chwili zablokował Kubik, Korczyński aż złapał się za głowę. Końcówka pierwszej połowy więcej goli nie przyniosła, choć na 10 sekund przed syreną szczecinianie powinni dogodną do kontaktowej bramki okazję. Wgranie z rogu boiska ręką zatrzymał bowiem leżący już na boisku Douglas. Nie była to naturalna pozycja zawodnika, a że Brazylijczyk miał już na koncie żółtą kartkę, oprócz przyznania karnego Pogoni goście mogli pożegnać się także z jednym ze swoich motorów napędowych. Gwizdki sędziów jednak milczały.

Na drugą połowę podopieczni Gerarda Juszczaka wyszli całkiem odmienieni. Już na samym jej starcie po dwójkowej akcji z Łukaszem Tubackim przed szansą stanął Jurczak, ale huknął równie mocno co niecelnie. W 23. minucie szarżującego Szamotija zatrzymał zaś Dworzecki. Golkiper Wisły ponownie pokazał się z dobrej strony 3 minuty później, gdy Daniel Maćkiewicz wyprzedził Budniaka i niespodziewanie chyba także dla siebie znalazł się sam przed bramkarzem, który zdołał sparować strzał na róg. Na swoim poziomie zaczął też grać Mikołajewicz, po klepce z Szamotijem zagrał wzdłuż linii końcowej, piłka minęła wszystkich Wiślaków, ale na długim słupku nie było żadnego z kolegów. W 30. minucie podobne wgranie Mateusza Geperta próbował zamknąć Tubacki, ale z piłką się rozminął, sam zaś boleśnie zatrzymał się na słupku. Nieco cofnięta Wisła groźnie atakować zaczęła dopiero w połowie drugiej części gry. Dwukrotnie dogodnych okazji nie wykorzystywał Jonczyk, a raz Morawski. Ale już następna strata Bugańskiego dała trzecią bramkę gościom. W kilkadziesiąt sekund ten zawodnik z 3 metrów trafił w rozpaczliwie interweniującego Dworzeckiego, a po chwili zgubił piłkę na rzecz Douglasa, którego kontrę sfinalizował Budniak. To już było za wiele dla Juszczaka, ściągnął drugiego z sabotażystów - Neagu (golkiper Pogoni trzykrotnie wybiegał z kontrą z własnego pola karnego i za każdym razem podawał prosto do przeciwnika), a gra z lotnym bramkarzem momentalnie przyniosła efekt, gdy z dystansu Dworzeckiego zaskoczył Mikołajewicz. Ale na odwrócenie losów pojedynku było już za późno, bo na to i kolejne trafienie, tym razem Tubackiego, strzałami do pustej bramki odpowiedzieli Douglas i Sebastian Wojciechowski.

Pogoń zasłużenie przegrała więc z mistrzami Polski, ale w tabeli wciąż to gospodarze poniedziałkowej konfrontacji są górą. Wprawdzie liderem jest teraz Rekord, jednak za tydzień tym razem to zespół Adama Krygera zmierzy się z Wisłą. Czołówka tabeli stała się jeszcze bardziej zagęszczona, a nie zapominajmy, że prowadząca trójka może już czuć na plecach oddech czającej się za nimi Gatty Active Zduńska Wola.