GAF Jasna nie zagra o medale fot. super-nowa.pl

GAF Jasna nie zagra o medale

Piąty mecz z rzędu przegrali futsaliści GAF Jasna Gliwice. Porażka tym boleśniejsza, że po półgodzinie gry gliwiczanie prowadzili 3:1. Mistrzowie Polski odrobili jednak stratę, a w końcówce 3 punkty Rekordowi zapewnił Rafał Franz. Tym samym gospodarze już wiedzą, że nie zmieszczą się w pierwszej czwórce w tabeli.

GAF Jasna Gliwice
Rekord Bielsko-Biała

GAF Jasna Gliwice - Rekord Bielsko-Biała
3:4

 
GAF Jasna nie mogła tego spotkania przegrać, jeśli chciała zachować szanse na wyprzedzenie w tabeli Red Dragons Pniewy. Czwarte miejsce w ekstraklasie wydawało się celem minimum dla zespołu, w którym występuje aż 7 zawodników powoływanych (choćby okazjonalnie) przez Andreę Bucciola do kadry przez ostatnie 2 lata. Marzenia o medalach trzeba odłożyć co najmniej do przyszłego roku, bo mimo wzmocnień personalnych, ten sezon jest dla gliwickiego klubu gorszy od poprzedniego.

Tym razem gliwiczanie grali z również nienajlepiej dysponowanym ostatnio Rekordem. Bielszczanie na wygraną czekali od miesiąca, czyli niewiele krócej niż GAF. W międzyczasie Andrzej Szłapa zmienił na stanowisku trenera Adama Krygera, prezesi z Gliwic mieli zaś więcej cierpliwości do duetu Marcin Waniczek - Rafał Barszcz. Nie opłaciło się.

W mecz lepiej weszli gospodarze. Nie minęła minuta, gdy nieniepokojony przez obrońców Tomasz Lutecki wbiegł środkiem i strzałem od poprzeczki pokonał Krystiana Brzenka. W 5. minucie, po stracie bielszczan, wyśmienitej okazji nie wykorzystał Tomasz Dura. W odpowiedzi w niemal identycznej, a nawet jeszcze lepszej sytuacji mógł się znaleźć Dmytro Kameko, ale przy kontrze zbyt daleko wypuścił sobie piłkę. Minutę później powinno być 2:0, lecz po rozegraniu rzutu wolnego Lutecki z metra zamiast do bramki, trafił w Michała Marka. Goście nie próżnowali i również dążyli do zmiany wyniku. W 10. minucie sędziowie nie dopatrzyli się faulu w polu karnym, gdy Michał Widuch ewidentnie podciął szarżującego Jana Janovskiego, ale już po chwili gospodarze zapisali na swoim koncie piąte przewinienie. "Oczywiście" szóstego arbitrzy nie odgwizdali do końca pierwszej połowy, choć usilnie dążył do tego Brzenk - w 11. minucie akcję Karola Zdunka zamiast dołożeniem nogi na długim słupku, Przemysław Dewucki zakończył kopnięciem w bielskiego bramkarza. Skończyło się na rzucie sędziowskim. Rekordziści w końcu dopięli swego i bez pomocy sędziów. W 15. minucie ładnie zapowiadający się koronkowy atak zakończył się jeszcze fatalnym strzałem Marka, lecz 3 minuty później goście już wyrównali i to w sposób najbardziej oczywisty z możliwych - poprzez wyłożenie piłki z kornera do Artura Popławskiego i potężną bombę w długi róg. Już do przerwy drużyna Andrzeja Szłapy mogła prowadzić, na szczęście dla miejscowych strzały Janovskiego i Marka nie zakończyły się powodzeniem.

Na początku drugiej połowy sędziowie postanowili chyba "oddać" te faule, których nie odgwizdali w końcówce pierwszej. Licznik przewinień szybko rósł, ale i gra zrobiła się ciekawsza. Maciej Mizgajski niewiele się pomylił, gdy huknął jak z armaty z rzutu wolnego, Brzenk zdołał zatrzymać strzał Damiana Rybitwy, a z drugiej strony dwukrotnie groźne szarże Kamila Kmiecika kończyły się na dobrze dysponowanym Widuchu. W 27. minucie gospodarze w odstępie 45 sekund dwukrotnie zmusili wreszcie golkipera Rekordu do kapitulacji. Najpierw Mizgajski pokazał to, co potrafi zrobić najlepiej - wszedł środkiem boiska, przełożył piłkę na prawą nogę i posłał piłkę w róg bramki. Później po błędzie Janovskiego Brzenka zaskoczył Lutecki i wydawało się, że miejscowi wreszcie są w stanie zgarnąć komplet punktów, mimo że ich gra daleka była od doskonałości. Dobić przyjezdnych mógł Dewucki - miał w 30. minucie dużo czasu na pokonanie Brzenka w sytuacji sam na sam, w końcu zdecydował się go mijać, ale bez powodzenia. Goście zorientowali się, że to już nie przelewki. Po świetnej indywidualnej akcji Piotra Szymury, Kmiecik już dostawiał nogę do piłki, gdy w ostatniej chwili zdjął mu ją z buta Denis Diemiszew. Chwilę później kapitana Rekordu brzydko sfaulował Rybitwa i sędziowie nie mogli już milczeć - odgwizdali szósty faul, a z 10. metra Widucha pewnie pokonał Łukasz Mentel. Minęła minuta i powinien być remis, gdy Rafał Franz nie trafił czysto w piłkę po wystawce od Janovskiego, ale wyrównanie odwlekło się przez to raptem o kilkadziesiąt sekund. Swoją piątą bramkę w piątym meczu po powrocie po kontuzji zdobył Paweł Machura. Gliwiczanie stanęli już zupełnie. W 35. minucie po dwójkowej akcji z Kmiecikiem w golkipera trafił jeszcze Szymura, lecz 2 minuty później Franz wykorzystał znakomitą piłkę zagraną po przekątnej przez Machurę. Miejscowi szybko wycofali bramkarza, ale ani Dura, ani Dewucki nie byli w stanie doprowadzić do wyrównania.

Zwycięstwo Rekordu mocno zbliża ten zespół do brązowych medali. GAF Jasna nie doścignie zaś już czwartych w tabeli Red Dragons Pniewy. Co więcej - teoretycznie gliwiczanom grozi nawet spadek! Wprawdzie musiałby zdarzyć się w tym celu cały szereg zbiegów okoliczności, ale dla Marcina Waniczka nie byłaby to żadna nowość. Już rok temu spadek jego ówczesnego klubu - Remedium Pyskowice - wydawał się nierealny. Przypomnijmy: pyskowiczanie po pierwszej rundzie byli na 7. pozycji w tabeli, a jeszcze dwie kolejki przed końcem mieli 6 punktów przewagi nad zagrożonym spadkiem AZS-em UŚ Katowice. Waniczek i jego podopieczni dokonali jednak niemożliwego - przegrali kolejno 7 ostatnich meczów i spadli na 11. miejsce, a dziś Remedium już nie istnieje. Dlaczego historia miałaby się nie powtórzyć?