Skrót meczu

Gatta gubi punkty w Gliwicach

  • Media
Po tym, jak przed tygodniem po Nbicie przejechał się walcem Rekord, wydawało się, że i wicemistrz Polski nie powinien mieć większych problemów ze zwycięstwem. Tymczasem Gatta wyjechała z Gliwic tylko z jednym punktem.

Nbit GliwiceGatta Active Zduńska Wola25.10.2015 godz. 17:00

Nbit Gliwice - Gatta Active Zduńska Wola
3:3 (0:0)

Protokół meczowy

W pierwszej połowie nie działo się zbyt wiele ciekawego. Pierwsza groźniejsza akcja miała miejsce dopiero w 6. minucie, gdy po kontrze Michał Cygnarowski w dobrej pozycji trafił w Adama Miłosińskiego. 3 minuty później o mały włos Nbit przypadkowo nie objął prowadzenia, gdy strzał z rzutu wolnego Tomasza Starowicza odbił się od Michała Marciniaka, a piłka po rykoszecie prawie trafiła w światło bramki. Swoje okazje mieli też Damian Wojtas po stronie gospodarzy oraz Michał Szymczak i dwukrotnie Igor Sobalczyk po stronie Gatty. Choć przyjezdni w końcówce mocno przycisnęli, a sporo zajęcia miał Łukasz Groszak, to do przerwy kibice nie byli świadkami żadnego trafienia.

Druga połowa rozpoczęła się od dynamicznych ataków miejscowych. Najbliżej gola byli Przemysław Dewucki, który po wysokim przechwycie trafił w Miłosińskiego, a także po rzucie rożnym Zbigniew Mirga. W 26. minucie powinno być 0:1. Daniel Krawczyk w końcu zdołał urwać się Mirdze po prawej stronie i wystawił piłkę na pustą bramkę do Marcina Stanisławskiego. Grający trener gości fatalnie jednak przestrzelił. W odpowiedzi równie znakomitej okazji nie wykorzystał Kamil Musiał, w sytuacji sam na sam z Miłosińskim przerzucając "podcinką" piłkę wysoko nad poprzeczką. W 29. minucie Nbit w końcu dał się zaskoczyć faworytom. O piłkę po mocnym wgraniu z autu walczyli Arkadiusz Szypczyński i Tomasz Starowicz. Ostatecznie to ten ostatni zdołał ją trącić, ale na tyle nieszczęśliwie, że trafił do własnej bramki. Z prowadzenia zduńskowolanie cieszyli się raptem półtorej minuty. Po strzale Dewuckiego piłkę przed bramkarzem Gatty trącił Musiał i doprowadził do remisu. Ale sytuacja ponownie zmieniła się jak w kalejdoskopie. Za drugą żółtą kartkę z boiska wyleciał Dewucki, a grając w przewadze "Kocury" potrzebowały ledwie kilkunastu sekund na ponowne wyjście na prowadzenie.

Gatta chyba była już na tyle spokojna, że pozwoliła sobie na zbytnie rozluźnienie w swoich szeregach. Sygnał ostrzegawczy dla gości wysłał Tomasz Czech w 36. minucie, po którego strzale (i lekkiej obcierce od obrońcy) piłka minęła słupek o centymetry. Ale już po chwili gospodarze dopięli swego, bo bardzo ładnej dwójkowej akcji Łukasza Jagiełły z Tomaszem Czechem i trafieniu tego ostatniego. Po chwili Musiał mógł stać się bohaterem miejscowych fanów, gdy przepchnął się w polu karnym z obrońcą i bramkarzem, ale Miłosiński wyciągając się jak długi zdołał ostatecznie sparować strzał zawodnika Nbitu. Co się jednak odwlekło, to nie uciekło. Damian Wojtas obsłużył "lobikiem" z kornera Michała Cygnarowskiego, a ten pewnym strzałem wpisał się na listę strzelców i niespodziewanie to Gatta musiała teraz gonić wynik. Warto zauważyć, że strzelenie dwóch goli zajęło miejscowym ledwie kilkanaście sekund.

Postawieni pod ścianą goście mogli jednak jeszcze wygrać. I wręcz powinni. Nie potrafili jednak wykorzystać stwarzanych przez siebie znakomitych sytuacji. Najpierw kontra 3 na 1 zakończyła się wgraniem Igora Sobalczyka do nikogo - zawodnicy wicemistrza nie oddali nawet strzału. Po chwili Mariusz Milewski zdołał wcisnąć bramkę w przewadze, wykorzystując błąd Łukasza Groszaka, choć gospodarze bardzo żywiołowo protestowali przeciwko uznaniu tej bramki. Ich zdaniem piłka nie przekroczyła linii bramkowej, ale sędziowie pozostali nieugięci, "po drodze" wyrzucając jeszcze na trybuny trenera Szymona Maksyma. 43 sekundy przed końcem Gattę mógł jeszcze uradować Krawczyk, który wyprowadzony został na pozycję sam na sam z golkiperem, ale nie zdołał trafić między słupki.

Kontrowersji w tym meczu nie brakowało, poczynając oczywiście od uznania bramki Milewskiego. Czy arbitrzy popełnili jednak wówczas błąd? Wydaje się że niekoniecznie, bo jeden z nich, ustawiony na linii bramkowej widział akurat najlepiej ze wszystkich obecnych na hali tę sytuację. Dla obu drużyn remis to jednak strata punktów. Gatta by ścigać się z Rekordem musi wygrać to samo, co bielszczanie, Nbit natomiast miał już swojego rywala "na widelcu" i to mimo popełnianych przez siebie błędów (jak choćby kartki Dewuckiego). Drużyna Marcina Stanisławskiego zdołała jednak z tego widelca uciec. W tabeli plasuje się póki co dopiero na 7. pozycji, ale w perspektywie ma jeszcze zaległy mecz z Red Dragons Pniewy.