MOKS wygrywa baraże z Heiro fot. Michał Wencek

MOKS wygrywa baraże z Heiro

Klęskę w rewanżowym starciu pierwszej rundy baraży o ekstraklasę poniosło na własnym parkiecie Heiro Rzeszów. Choć nikła porażka w Białymstoku dawała im spore szanse na awans, to już po pierwszej połowie wicemistrz grupy południowej I ligi przegrywał 2:5 i rywalizacja była rozstrzygnięta.
Heiro RzeszówMOKS Słoneczny Stok Białystok29.04.2016 godz. 18:00

Heiro Rzeszów - MOKS Słoneczny Stok Białystok
6:10 (2:5)

Protokół meczowy
Pierwsze minuty zdawały się potwierdzać, że rzeszowianie są w stanie co najmniej powalczyć. Zdobycie pierwszej bramki zajęło im kilkadziesiąt sekund, gdy po rzucie wolnym i asyście Sebastiana Brockiego wynik otworzył Marcin Gruszka. Wyrównanie Adriana Citko (też po rzucie wolnym) na niewiele się gościom zdało, bo znów po chwili przegrywali. Tym razem Brocki uderzył - tak, również z rzutu wolnego - bezpośrednio i było 2:1. Białostoczanie byli w tym okresie wyraźnie zagubieni, mieli problemy z utrzymaniem się przy piłce, a pełne ręce roboty miał Norbert Jendruczek. Widząc to grający trener Citko wziął czas, a po jego zakończeniu MOKS wyszedł na parkiet jako zupełnie inna drużyna. Wyrównać dwukrotnie próbował sam szkoleniowiec gości, swoją okazję miał też Kamil Tomczyk. Do remisu doprowadził dopiero ten drugi, z bliska zamykając wgranie od kolegi z autu na długi słupek. W tym momencie Heiro nagle kompletnie się rozsypało. Gol Citko na 2:3 po ładnej indywidualnej szarży dopiero zwiastował, w jak wielkich kłopotach będą miejscowi. Po chwili otrzymali oni bowiem dwa kolejne ciosy od Krzysztofa Kożuszkiewicza. Najpierw wykorzystał on fatalne niezrozumienie dwóch rzeszowian, a po chwili, gdy gospodarze wycofali bramkarza, uderzył z własnego pola karnego. Drużyna Ernesta Kiczka grała zresztą w przewadze tak, jakby była to dla zawodników absolutna nowość. Jeszcze do przerwy goście mogli więc podwyższyć wynik, ale m.in. nie wykorzystali kontry 3 na 1.

Wkrótce po rozpoczęciu drugiej połowy Patryk Hryckiewicz wykorzystał błąd Bartłomieja Więcka i było już 2:6. Gospodarzy stać było jednak na zryw. Rezultat w kilka sekund zniwelowali Piotr Krawczyk i Andrij Łuciw, wykańczając akcje Sebastiana Brockiego. Heiro znów przejęło inicjatywę i zamknęło MOKS w ich polu karnym, nie dając nawet pretekstu do oddania strzału na pustą bramkę. Przez chwilę były więc emocje, ale jeśli chodzi o przyjezdnych, skończyło się tylko na strachu. Bo żeby wygrać, trzeba strzelać bramki. I jakimkolwiek truizmem by to nie było, to do 30. minuty sam Brocki mógł - ba! powinien strzelić 3 bramki, ale snajperowi Heiro nie udało się sfinalizować nawet takich sytuacji jak wyjście we dwójkę z Łuciwem na osamotnionego Norberta Jendruczka. We wspomnianej 30. minucie przez całe boisko trafił wreszcie Tomczyk, co ostatecznie rozstrzygnęło kwestię wygranej. Do końca spotkania mieliśmy jeszcze sporą dawkę "radosnego futsalu" (który z pewnością najbardziej cieszył chorzowian z Cleareksu, którzy zmierzą się teraz z MOKS-em) i kilka bramek, ale wygrana gości nie była już ani przez moment zagrożona.

MOKS wygrał zdecydowanie i zasłużenie, ale kolejny mecz, już z Cleareksem, to będzie już zupełnie inna przeprawa. Zdecydowanym faworytem będzie drużyna z ekstraklasy, bo to, co zaprezentował MOKS w Rzeszowie na Heiro wystarczyło, ale na drużynę Zdzisława Wolnego Tadeusza Wolnego Tomasza Ulfika z Chorzowa wydaje się jednak za mało.