Puchar pełen absurdów
A później już było mniej śmiesznie, a bardziej strasznie. Ostatnie akordy to półfinały, z których jednego zwycięzcę poznaliśmy na początku kwietnia, a drugiego - bagatela - trzy tygodnie później. Na koniec zabawę "zepsuł" Rekord, wysoko ogrywając w Gliwicach Piasta i wykazując absurdalność grania finału systemem-mecz rewanż.
Przy tym należy się zatrzymać na dłużej. Do sezonu 2015/16 HPP był grany z Final Four na terenie jednego z uczestników. Traf chciał, że w ostatnich dwóch tak rozgrywanych edycjach gospodarz nie awansował do finału. W 2016/17 mieliśmy mecz i rewanż. Przed rokiem - Final Four ale na terenie neutralnym, w Opolu, przy pustych trybunach. Teraz - znów dwumecz. Z ciągu logicznego wynikałoby, że za rok znów będziemy mieli Final Four. Tylko nie wiadomo gdzie.
Dlaczego Polacy muszą wymyślać na nowo coś, co gdzie indziej sprawnie działa już od lat? Albo na odwrót - czemu np. UEFA nie bierze przykładu ze znakomitych pomysłów Polaków, tylko uparcie gra turniej finałowy Ligi Mistrzów w formule czterozespołowej? Jeszcze bez sensu dorzucając mecz o trzecie miejsce, czyli "o nic". A przecież to na pewno podnosi koszty, przegrani z półfinałów mogliby wrócić wcześniej do domu i nie dezorganizowałoby to im weekendu, jak u nas niektórym ekstraklasa psuje majówkę.
Czy to przypadek, że Młodzieżowe Mistrzostwa Polski, przy których nie grzebie się co roku, cieszą się coraz większym zainteresowaniem i powoli ale systematycznie rozwijają się organizacyjnie?
Finały Pucharu pokazały przy okazji, że futsal nie potrzebuje wrogów i przeciwników. Sami wystarczająco rzucamy sobie kłody pod nogi. Pierwszy mecz finałowy w Gliwicach rozpoczynał się małej hali tamtejszej Areny w sobotę o godz. 18.00. Dokładnie w tym samym momencie w odległej o - uwaga - 1,5 km hali Jasna, w tym samym mieście rozpoczynał się mecz decydujący o awansie do ekstraklasy między GSF a Górnikiem Polkowice. Na pewno żadnego z tych spotkań nie dało się zagrać w innym momencie.
Polski futsal w pigułce.