Dlaczego z Serbią wcale nie zagraliśmy dobrze [ANALIZA] fot. Futsal-Polska/ Jarosław Frąckowiak

Dlaczego z Serbią wcale nie zagraliśmy dobrze [ANALIZA]

Na szukaniu pozytywów skupiali się niejednokrotnie komentatorzy spotkań z Serbią, Rafał Kędzior i Piotr Szymura. Padało też stwierdzenie, że wygrana w Lubinie to najlepszy mecz biało-czerwonych od dłuższego czasu. Nic dziwnego, skoro to zaledwie drugi i ostatni w tym roku pojedynek, zakończony zwycięstwem Polaków.


A gdyby tak dla odmiany przestać spoglądać przez różowe okulary i spojrzeć na polską reprezentację z dystansu? Komentatorzy telewizyjni do takiego patrzenia są niejako zobligowani i poniekąd słusznie, bo pełnią funkcję pośrednią między stronniczym z definicji spikerem a obiektywnym dziennikarzem, muszą balansować między zagrzewaniem do kibicowania „swoim” a bezstronną analizą wydarzeń na boisku. Ale teraz, już po meczach i już po zakończeniu reprezentacyjnego roku, można spojrzeć na biało-czerwonych na chłodno.

Najpierw ogólnie: 2 zwycięstwa, 1 remis, 9 porażek - to bilans polskiej reprezentacji w 2019 roku. W pokonanym polu zostawione Węgry i raz Serbia, remis udało się wyrwać Rosji. Wszystkie (!) mecze zostały rozegrane w Polsce.

- Były dobre momenty, a w meczach z takim rywalem trzeba się cieszyć z drobnych sukcesów. (...) W drugim meczu mieliśmy dziewięć dobrych minut. (...) Trochę zabrakło sił w drugim spotkaniu, po przerwie - to słowa Błażeja Korczyńskiego, ale po którym spotkaniu? Pasuje i do Brazylii (bo wtedy faktycznie zostały wypowiedziane), i teraz do Serbii. Nic nie zmieniło się przez tych 7 miesięcy. Zawodnicy w Lubinie zrobili „maksa” - to z kolei ocena pojedynków z Serbią jednego z ligowych trenerów. Jeśli to jest „maks”, to ciężko o nadzieję.

Biało-czerwoni nie zagrali w Lubinie dobrego spotkania. Pierwsza połowa w ich wykonaniu była bardzo słaba i tylko pechowi Serbów zawdzięczają, że do przerwy było tylko 0:1. Pechowi, bo co innego gdy trafia się w słupek i piłka wychodzi w pole, odbijając się jeszcze szczęśliwie w dobrą stronę od zagubionego Dominika Soleckiego, a co innego gdy nie trafia się dwustuprocentowej sytuacji, jak Michał Kubik. Po przerwie było tylko odrobinę lepiej, nie licząc samej końcówki, która dała wygraną, obiektywnie zbyt wysoką, bo na 1:4 Serbowie absolutnie nie zasługiwali. Bramki strzelone przez Polaków zaciemniają obraz spotkania. Dwie pierwsze padły po poważnych błędach rzekomo świetnie broniącego Jakova Vulicia. Gdyby między słupkami stał Miodrag Aksentijević, o trafienia byłoby znacznie trudniej. Trzeci gol padł, gdy Serbowie grali w przewadze, a strzał do pustej bramki to jeszcze większa loteria niż przedłużony rzut karny. Dopiero czwarty gol Michała Marka był całkowitą zasługą gospodarzy. Ale dlaczego w takim razie był to jedyny taki strzał pivota Rekordu w dwóch meczach na tej wysokości boiska (były i inne próby, we wtorek trafił nawet w słupek, ale z... 15 metra)?

Po hurraoptymizmie, który zapanował w pewnych kręgach po poniedziałkowej wygranej, postanowiłem przeanalizować drugi mecz znacznie dokładniej. Defensywę tymczasem pomińmy, choć nie ma przypadku w tym, że Serbowie strzelili trzy bardzo podobne do siebie gole po rzutach rożnych. Ale już statystyki z ataku są przygnębiające.




Polacy we wtorek oddali łącznie 45 strzałów, z czego tylko 19 z akcji (w tym 3 w przewadze), 20 po stałych fragmentach i 6 po wysokich przechwytach lub kontrach. Na 16 strzałów z akcji nie licząc przewagi, 8 zostało zablokowanych i to głównie przez najbliższego obrońcę, 4 były celne a 3 nie - zostaje też wspomniany słupek Marka. I teraz uwaga - z wszystkich tych strzałów z akcji zaledwie trzy były oddane z odległości mniejszej niż 9 metrów, którą w Jelczu-Laskowicach szczęśliwie wyznacza przerywana linia do piłki ręcznej. Za każdym razem były to strzały Sebastiana Leszczaka.

Biało-czerwoni mają ogromne problemy ze zbliżeniem się pod bramkę rywala. Ich największą, a w praktyce jedyną bronią, są strzały z dystansu - czasami efektowne, zwykle zablokowane. Taka gra nijak się ma do przytomnych, penetrujących podań Stefana Rakicia. Nie licząc strzałów z daleka, polskie ataki polegają z reguły na próbie indywidualnego pojedynku, najczęściej Mikołaja Zastawnika, brak natomiast szybkich, niekonwencjonalnych podań, co - o czym za chwilę - wyszło przy grze w przewadze. Dodajmy jeszcze tylko, że przez cały mecz zaledwie raz piłka dotarła do zawodnika czającego się z dostawieniem nogi na długim słupku. I podał ją tam Robertowi Gładczakowi... Michał Kałuża.

Problem nie jest nowy. Już na EURO w zeszłym roku słychać było zachwyty po ładnym trafieniu Dominika Soleckiego z Kazachstanem, po lobie z rzutu rożnego i uderzeniu wolejem. Tylko że wtedy przegraliśmy 1:5 i najpiękniejsze trafienie nie mogło osłodzić faktu, że po prostu z rozgrywaniem piłki sobie nie radzimy. To samo było w czasie eliminacji w Zielonej Górze. Zresztą i przy rzutach rożnych wychodzi skłonność do wycofania i „lufy” z dystansu. Oczywiście to nie jest zła metoda, czego dowodem bramki Serbów, ale nie może być to metoda jedyna. Tymczasem zaledwie dwukrotnie po kornerach Polacy we wtorek oddali strzał z pola karnego.

Całkowitą katastrofą była gra w przewadze. Przez cztery minuty z lotnym bramkarzem w osobie Michała Kubika biało-czerwoni oddali 2 (!) strzały, przy czym raz uderzenie Zastawnika osobiście zablokował kapitan polskiej reprezentacji, a raz Piotr Łopuch uderzył z zupełnie nieprzygotowanej pozycji i oczywiście również został zablokowany. Mało tego - przez ten czas doszło do jednego (!!!) podania z pierwszej piłki (na połowie rywala) - naturalnie do tyłu. Ciężko przypuszczać, by tak monotonna gra zaskoczyła Maltańczyków czy innych Greków, tym bardziej nie mogła więc zaskoczyć Serbów. Błażej Korczyński lepszego efektu mógłby się spodziewać chyba zostawiając Kałużę między słupkami.

Będąc przy Kałuży, dochodzimy do personaliów. To delikatna kwestia, o czym świadczy odrzucone powołanie przez Pawła Budniaka, czy późniejsze rozmowy z Danielem Krawczykiem. Jednak nawet pomijając je, każdy trener, w tym i reprezentacji, wybiera tych, którzy najlepiej pasują mu do przyjętej taktyki, a niekoniecznie najlepszych (umownie), najskuteczniejszych, najefektowniej grających czy mających największą liczbę fanów.

Bramkarz CD Burela FS nie jest w najwyższej formie, bo trener „czerwonej latarni” Primera Division woli z jakichś względów stawiać nie na niego, ale na wiekowego Edu. Kałuża grał lepiej przed rokiem, ale po prostu nie jest w rytmie meczowym, co przypuszczalnie w przypadku golkipera ma jeszcze większe znaczenie, niż u zawodnika z innej pozycji. I tak wciąż 21-latek jest najlepszym obecnie polskim bramkarzem, nie licząc kontuzjowanego niestety Bartłomieja Nawrata, i nie ma dla niego alternatywy. Opinie o „polskiej szkole bramkarzy” to mit. Owszem, istnieje taka szkoła, ale nie polska a bielska, a właściwie Nawratowa. O czym innym razem.




Dalej jest inna sprawa, bo z przodu mamy większy wybór. Forma w ofensywie Tomasza Luteckiego jest dokładnie taka, jak pozycja w tabeli ekstraklasy jego GSF-u Gliwice. Jeden z ulubieńców trenera Korczyńskiego oddał we wtorek 5 strzałów, z których żaden nie stanowił zagrożenia, w tym zmarnował obiecujący przechwyt Zastawnika w 8. minucie. A przecież to bramkostrzelny zawodnik, który w zeszłym roku w I lidze bił rekordy. Inny zawodnik z pierwszej czwórki, Piotr Łopuch, przez całe spotkanie oddał zaledwie jeden strzał - wspomniany w przewadze w końcówce, na alibi. A w klubie jest to pivot! Nic dziwnego, że został później zmieniony na Sebastiana Wojciechowskiego, który z kolei... nie strzelał ani razu. Ale czy można się dziwić, skoro ta dwójka ma na koncie w tym sezonie w ekstraklasie łącznie 3 gole? Sam Sebastian Leszczak oddał niemal tyle strzałów (12), co zawodnicy całej pierwszej czwórki (15).

Pozostaje też problem, który pozostawił po sobie decyzją o końcu reprezentacyjnej kariery Marcin Mikołajewicz - pierwsza czwórka gra bez klasycznego pivota. W drugiej Michał Marek również gra inaczej, niż w Rekordzie, ale przynajmniej jest ktoś, kto potrafi z przodu przytrzymać piłkę, odegrać ją do nadbiegającego z jednej czy drugiej strony Leszczaka, czasem też obrócić się i samemu uderzyć. W pierwszej czwórce cała gra opiera się na umiejętnościach Zastawnika.

A może jest w Polsce jednak ktoś, kto umiałby choć częściowo grać jak Marek? Może jest to Piotr Pietruszko (4 bramki w tym sezonie), który jako jedyny oprócz Michała Widucha, przesiedział na ławce oba mecze? A może jest to jednak Arkadiusz Szypczyński (6 bramek), powołany do szerokiej 25-osobowej kadry na eliminacje EURO? A może Mateusz Kostecki, który tych bramek ma dotąd tyle, ile Szypczyński, Pietruszko, Łopuch i Wojciechowski razem wzięci? Oczywistym jest, że Red Dragons Pniewy grają inaczej niż kadra, ale może skoro do innej taktyki niż w klubie może się dopasować Marek, Kriezel czy Leszczak, to może i Kostecki?

Inne pytania o personalia można mnożyć. Czy jako zadaniowy zawodnik, do uderzenia z dystansu (fakt, że powołany w ostatniej chwili za Budniaka) z rzutu wolnego najlepszy jest Karol Czyszek (0 goli) czy może jednak inni zawodnicy dysponujący atomowym uderzeniem (Maciej Mizgajski - 9, Tomasz Szczurek - 8)? Czy jako zawodnik kreujący grę alternatywną dla Luteckiego w obecnej formie nie były choćby Jakub Kąkol, jedyny jasny punkt w tym sezonie w Chojnicach? I tak dalej...

Pomijając natomiast wszystkie pomysły i wybory personalne selekcjonera, jest jeszcze brak konsekwencji. - Największymi wygranymi zgrupowania i dwumeczu z Brazylią są Michał Marek i Piotr Łopuch? - pytał Błażeja Korczyńskiego po meczach z Brazylią Tadeusz Danisz z portalu Łączy Nas Piłka. - A Karol Czyszek? W drugim meczu z Brazylią drugą połowę miał niemal bezbłędną - odparł trener. Od tego momentu nie stało się nic (chyba, że o czymś nie wiemy), co tłumaczyłoby, dlaczego jesienią Łopuch miejsce w reprezentacji utrzymał, a Czyszek z niej wypadł. Wręcz przeciwnie - były zawodnik Unisław Team i FC Toruń przeniósł się z upadłej Pogoni 04 Szczecin do przetrzebionego, ale jednak ekstraklasowego Piasta.

Oczywiście turniej preeliminacyjny Polacy wygrają i przejdą do fazy zasadniczej. Co do tego nie ma raczej wątpliwości, bo na tych rywali wystarczyć pewnie będzie wysoka obrona i sytuacje po przechwytach. Bez postępu, później będzie jednak bardzo ciężko, tym bardziej, że nie będzie „drugich szans” i kół ratunkowych jak wtedy, gdy udało się zakwalifikować do barażów o EURO. Jeden mecz, jedna porażka z równym sobie rywalem i już będzie trudno tę stratę nadrobić.

Dlatego powstrzymajmy się choć raz z tym szukaniem pozytywów na siłę, z optymizmem - tak chciałem zakończyć ten artykuł. Ale wtedy akurat przeczytałem tekst „Plusy wygrały z minusami” na stronie Futsal Ekstraklasy, który - jak można się było spodziewać - idzie w odwrotnym kierunku. „Za co możemy pochwalić kadrowiczów Błażeja Korczyńskiego? Za zwycięstwo w pierwszym meczu. (...) Mamy w kadrze indywidualności (...) Piłka trochę szczęśliwie wpadła do siatki, ale szczęście sprzyja lepszym”... Czyli bez zmian. Pudrowanie trwa, nie dziwne na stronie FE, gdy chodzi o ekstraklasę, ale zaskakujące przy innych sytuacjach.

„A czwarta bramka Michała Marka jest tego najlepszym dowodem: jego "odejście" z piłką od pilnującego go rywala - klasa światowa” - pisze Krzysztof Dziedzic. Świetnie, panie Krzysztofie. Cieszmy się zatem, że raz na 80 minut któremuś z naszych zawodników udaje się zagranie „klasy światowej”. I trwajmy w tym samozadowoleniu, by we wrześniu 2021 roku znów stwierdzić, że było blisko, ale coś nam nie wyszło.

To pierwsza część analizy. Druga - wkrótce.