Dobry start, gorzkie zakończenie. Co poszło nie tak w meczu z Marokiem? fot. M.Jurczyga

Dobry start, gorzkie zakończenie. Co poszło nie tak w meczu z Marokiem?

Polskie futsalistki przedwcześnie odpadły z mistrzostw świata. To rozstrzygnięcie, które mocno kontrastuje z nastrojami przed turniejem.



„Jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz” – mówi stare porzekadło, sprawdzające się nie tylko w piłce. Dlatego trudno, by występ Polek na mistrzostwach świata w futsalu kobiet na Filipinach oceniać w kategoriach sukcesu. Oczywiście, dużym osiągnięciem jest już samo zakwalifikowanie się na tę imprezę. Europejskie sito eliminacyjne jest wyjątkowo gęste i w ciemno można obstawiać, że gdyby Stary Kontynent wysłał do Manili nie najlepszą czwórkę, ale ósemkę z kwalifikacji, wszyscy poradziliby sobie lepiej niż np. Kanada czy Panama.

Dlatego oddzielić należy te dwie rzeczy: reprezentantkom Polski należy się ogromny szacunek za awans oraz wielkie podziękowania za pamiętny mecz z Finlandią — bo w sporcie ostatecznie chodzi przede wszystkim o emocje. Co innego jednak sam mundial. Rozgrywki w mimo wszystko niszowych dyscyplinach, na raczkujących turniejach, zwykle są bardzo mocno zhierarchizowane. I tak jest też na Filipinach, bo ani jedno spotkanie nie zakończyło się wcześniej niespodzianką — aż do feralnego meczu z Marokiem.



W komentarzach w mediach społecznościowych pojawia się mnóstwo tez dotyczących przyczyn. Pomińmy hejterów, których wpisy nic nie świadczą o reprezentacji, za to dużo o samych autorach. Przebija się jednak jeden, generalny wniosek — oczekiwaliśmy więcej.

Są wprawdzie i tacy, którzy — wracając do poprzedniego akapitu — odrzucają wszelką krytykę, akcentując kwestię samego awansu i fakt, że nasze zawodniczki nie są zawodowymi futsalistkami (co, na marginesie, jest ciekawe, bo gdy przyjrzeć się np. kadrze Filipin, nawet tam jest więcej dziewczyn, które żyją z piłki), musiały brać urlopy w pracach itd. Ale to nie jest pełny obraz. Same zawodniczki bowiem wprost mówiły, że celem minimum jest wyjście z grupy, a finalnie być może nawet medal. – „Jeśli w każdym meczu będziemy w pełni skoncentrowane na swoich zadaniach, awans z fazy grupowej jest w naszym zasięgu. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby to osiągnąć, a co stanie się później, zadecyduje parkiet” – mówiła przed mistrzostwami kapitan Katarzyna Włodarczyk. Dlatego nie ma sensu podkreślanie teraz tego, że musiała wziąć bezpłatny urlop w pracy, by na Filipinach zagrać. Do żadnych konstruktywnych wniosków nas to nie doprowadzi.



Polki na mistrzostwach świata zagrały niezły mecz z Filipinami, dobry mecz z Argentyną (paradoksalnie przegrany) i bardzo słaby mecz z Marokiem. Jedno łączyło te spotkania — wszystkie Biało-Czerwone zaczynały spięte, nie będąc w stanie w pełni pokazać swoich możliwości. Najszybciej z tym stresem poradziły sobie z Argentyną, bo tam już po kilku minutach nie trzeba było obawiać się straty bramki. Z perspektywy czasu, mimo że pierwsza połowa została przez Polki przegrana 0:3, nie była ona słaba — grając tak z Marokiem, nie powinno być problemów z wygraną.

„Głowa zawiodła, a nie nogi” – napisał na Facebooku Marcin Synoradzki. I to wydaje się kluczowym powodem, dlaczego nie przygotowujemy się do ćwierćfinału z Hiszpanią. Nikt chyba w Polsce nie ma bowiem wątpliwości, że nasze zawodniczki potrafią grać, potrafią wygrywać — pokazały to wielokrotnie. Problem pojawia się wtedy, gdy przystępują do meczu z pozycji faworyta, a nie underdoga. O ile wspomniana już hierarchizacja w futsalu kobiet sprawia, że większość meczów ze słabszymi zespołami i tak Polki wygrywają, to przy presji związanej ze stawką radzą sobie już różnie. Bo nie jest to pierwszy raz, gdy mecz, który miał zakończyć się naszym zwycięstwem, kończy się horrorem. Tylko raz ma on happy end, a raz nie — jak z Finlandią i Marokiem. I raz „plan B”, którego fundamentem jest Agata Bała, zadziała, a raz nie.



Przy czym mecze te dzieli przepaść, jeśli chodzi o to, co Biało-Czerwone na boisku pokazały. Z Finlandią oddały 33 celne strzały, a rywalki przy życiu utrzymywała bramkarka. Z Marokiem takich strzałów było raptem 9 — czyli prawie trzy razy mniej niż z Filipinami i ponad dwa razy mniej niż z Argentyną. FIFA nagrodę MVP spotkania przyznała nie bramkarce Kawtar Bentaleb, tylko obrończyni Meryem Hajri.

Polki stać było na więcej, nie zaprezentowały pełni swoich umiejętności. To truizm, z którego wypływają jednak dwa fundamentalne pytania: dlaczego i jak to zmienić w przyszłości. I to nad tym w pierwszej kolejności powinien pochylić się sztab reprezentacji. Wiele wskazuje, że przyczyna nie tkwi w taktyce czy przygotowaniu fizycznym, a w tzw. mentalu. A już całkowitym absurdem jest grzebanie w kwestiach personalnych. To prawda, że za straconą z Marokiem bramkę odpowiada Klaudia Kubaszek. Ale to nie ona jest winna porażki, bo mecz nie składał się z jednego błędu jednej zawodniczki w jednym momencie. To zasadnicza różnica.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Kwestia przygotowania mentalnego wydaje się kluczowa, niemniej nie powinna całkiem przyćmić innych pytań — choćby tego, dlaczego w ostatnim meczu trener Wojciech Weiss zdecydował się w pierwszej połowie wystawić dwie „żelazne” czwórki, a w drugiej grał w praktyce już tylko siedmioma zawodniczkami, z krótkimi epizodami Natalii Matuszewskiej i Anny Chóras (w przewadze). Odpowiedzi na te i inne kwestie poznamy zapewne niedługo. Na razie żałujemy niewykorzystanej szansy, ale i tak gratulujemy naszym reprezentantkom. Głowy do góry — to tylko sport, nie koniec świata!