Czarna seria tyszan trwa
Czwartą kolejną porażkę zapisali na swoim koncie zawodnicy GKS-u Futsal Tychy. Tym razem górą w śląskich derbach było Remedium Pyskowice.
GKS ma w składzie aktualnego lidera klasyfikacji strzelców (Jacek Hewlik - 5 goli), ma jednego z najlepszych bramkarzy w Polsce, strzelił tyle samo bramek co liderująca Gatta Zduńska Wola... A wszystko to nic nie daje, nie działa, bo tyszanie zamykają ligową tabelę z kompletem przegranych. Fakt, kalendarz zespół Michała Słoniny i Romana Trojanowskiego ma na początku wyjątkowo ciężki, bo porażki z Pogonią, Rekordem i Wisłą muszą być "wkalkulowane w koszty" dużej części zespołów z ekstraklasy. Ale taka seria nie może napawać optymizmem, choćby grało się z nie wiadomo jak silnymi przeciwnikami. Ogromną bolączką GKS-u wydaje się być defensywa. Ślązacy już 27 razy wyciągali piłkę z siatki, co oznacza, że stracili goli dwa razy więcej niż kolejny zespół w takim rankingu. Tego nie tłumaczy już nawet wspomniany terminarz. A przecież Rafał Krzyśka i tak często ratuje kolegów w beznadziejnych wydawałoby się sytuacjach.
W niedzielę tyszanie pierwsi wyszli na prowadzenie, jak w swoim poprzednim wyjazdowym meczu (z Rekordem Bielsko-Biała). Hewlik pokonał Łukasza Groszaka w 14. minucie, ale co z tego, skoro półtorej minuty później goście popełnili 6. przewinienie, a przedłużony karny wykorzystał Tomasz Starowicz. Kolejny cios spadł już po 30 sekundach, gdy po szybkim kontrataku piłkę do siatki wpakował Marcin Minkus, a tuż przed przerwą podwyższył jeszcze Mateusz Omylak. W drugiej połowie tuż po wznowieniu gry Minkus mógł i powinien strzelić na 4:1, lecz nie trafił do pustej bramki. Tymczasem przyjezdnych stać było na heroiczny zryw. Wyrównanie po trafieniach Hewlika i Piotra Myszora wprawiło kibiców w niemałą konsternację, ale zamiast pójść za ciosem, zawodnicy GKS-u znów się zdekoncentrowali. Ponownie w odstępie już nawet niecałych 30 sekund stracili dwie bramki. Kontaktowe trafienie Myszora pozwoliło jeszcze mieć nadzieję na wywiezienie jakichś punktów z trudnego terenu, tym bardziej, że miejscowi grali z pięcioma faulami. Pierwsi "limit" przekroczyli jednak goście, na ich szczęście tym razem Krzyśka zatrzymał strzał Starowicza. Lecz gdy w końcówce golkipera nie było już na boisku, bo GKS próbował ustawić grę w przewadze, na listę strzelców wpisali się jeszcze ponownie Minkus oraz tuż przed syreną Damian Rybitwa. Kolejny raz tyszanie wracali więc do domu w kiepskim humorze. Jedyne pocieszenie, że nie mieli daleko.
Jest szansa, że karta w najbliższym czasie się odwróci. Za tydzień do Tychów przyjeżdża także niezachwycający Clearex, później na koniec śląskiego tournee GKS zagra w hali Szopienice. Remedium zaś trochę niespodziewanie plasuje się tymczasowo na podium rozgrywek, ale ekipę Marcina Waniczka czeka teraz to, co niedzielni przeciwnicy mieli na początku - trójka Pogoń - Rekord - Wisła. Ciekawie ten kalendarz jest ułożony. Grunt w tym, że za 3 kolejki GKS może być już nad Remedium i takiego rozwiązania nie można byłoby nawet nazwać jakąś sensacją.
W niedzielę tyszanie pierwsi wyszli na prowadzenie, jak w swoim poprzednim wyjazdowym meczu (z Rekordem Bielsko-Biała). Hewlik pokonał Łukasza Groszaka w 14. minucie, ale co z tego, skoro półtorej minuty później goście popełnili 6. przewinienie, a przedłużony karny wykorzystał Tomasz Starowicz. Kolejny cios spadł już po 30 sekundach, gdy po szybkim kontrataku piłkę do siatki wpakował Marcin Minkus, a tuż przed przerwą podwyższył jeszcze Mateusz Omylak. W drugiej połowie tuż po wznowieniu gry Minkus mógł i powinien strzelić na 4:1, lecz nie trafił do pustej bramki. Tymczasem przyjezdnych stać było na heroiczny zryw. Wyrównanie po trafieniach Hewlika i Piotra Myszora wprawiło kibiców w niemałą konsternację, ale zamiast pójść za ciosem, zawodnicy GKS-u znów się zdekoncentrowali. Ponownie w odstępie już nawet niecałych 30 sekund stracili dwie bramki. Kontaktowe trafienie Myszora pozwoliło jeszcze mieć nadzieję na wywiezienie jakichś punktów z trudnego terenu, tym bardziej, że miejscowi grali z pięcioma faulami. Pierwsi "limit" przekroczyli jednak goście, na ich szczęście tym razem Krzyśka zatrzymał strzał Starowicza. Lecz gdy w końcówce golkipera nie było już na boisku, bo GKS próbował ustawić grę w przewadze, na listę strzelców wpisali się jeszcze ponownie Minkus oraz tuż przed syreną Damian Rybitwa. Kolejny raz tyszanie wracali więc do domu w kiepskim humorze. Jedyne pocieszenie, że nie mieli daleko.
Jest szansa, że karta w najbliższym czasie się odwróci. Za tydzień do Tychów przyjeżdża także niezachwycający Clearex, później na koniec śląskiego tournee GKS zagra w hali Szopienice. Remedium zaś trochę niespodziewanie plasuje się tymczasowo na podium rozgrywek, ale ekipę Marcina Waniczka czeka teraz to, co niedzielni przeciwnicy mieli na początku - trójka Pogoń - Rekord - Wisła. Ciekawie ten kalendarz jest ułożony. Grunt w tym, że za 3 kolejki GKS może być już nad Remedium i takiego rozwiązania nie można byłoby nawet nazwać jakąś sensacją.
Etykiety

