Z notatnika dziejopisa

Kiedy pan Greń przychodził po raz pierwszy do futsalu, był rok 2004. Już wtedy wraz ze swoim otoczeniem myślał o porządkowaniu zasad środowiska na wzór piłki trawiastej. Jednak za sprawy licencyjne na serio zabrano się w Wydziale Futsalu dopiero w roku 2009, kiedy pan przewodniczący Kazimierz nie kierował już polskim futsalem. Jedną z pierwszych licencyjnych "ofiar" było Jango Katowice. Nieco później, już w czasach, kiedy pan Greń po raz drugi, tym razem w duecie z panem Durajem zarządzali polskim futsalem, wykruszył się "marchewkowy" Toruń. Ale licencje były coraz bardziej skuteczne dla tworzenia pozytywnego wizerunku klubowego. Co prawda nie sprostali licencjom w minionych latach i inni, ale kluby, które pozostały w rozgrywkach, wzięły się w garść i nie ma już beztroskiego "jakoś to będzie". Nie ma myślenia typu - może załatwi się sprawę w PZPN. Futsal dzięki systemowi licencyjnemu wzbogacił się o przeszkolonych specjalistycznie trenerów. Kluby są rejestrowane jako - co najmniej - stowarzyszenia, jest zabezpieczenie medyczne, z licencją spiker oraz osoba odpowiedzialna za bezpieczeństwo. Uregulowane są zasady finansowe. Można byłoby wymienić jeszcze inne pozytywy, o które w tamtej pogreniowej kadencji zadbano. Ważne było, że w latach 2008-2011 komisja licencyjna znajdowała się  w gestii Wydziału Futsalu PZPN i działali w jej strukturach ludzie rozumiejący futsal. Od 2012 roku zarząd PZPN przekazał licencje futsalowe ogólnej komisji związkowej, do której - według mojej wiedzy - nie powoływano ludzi powiązanych z futsalem. I to był błąd, który ciągnie się nadal. I jest obecny również w nowym związkowym rozdaniu. Niewątpliwie nadal najtrudniej jest z infrastrukturą. Niestety, na nią wpływ komisje licencyjne mają najmniejszy. Ważąc decyzje dopuścić do gry z ograniczeniami, czy nie dopuścić - niemal zawsze wybierana jest ta pierwsza opcja. I słusznie. Korzystając jednak z faktu, że podjąłem temat licencyjny apeluję do klubów - wierćcie przysłowiową dziurę w brzuchu włodarzom waszych miast, gestorom używanych obiektów, aby ciągle doskonalili infrastrukturę sportową, z której korzystacie. Aby obiekty sportowe były unowocześniane i wypierały z futsalowego krajobrazu "mini-hale". Wykorzystujcie do tego, drodzy prezesi, zapisy podręczników licencyjnych. A nuż powiedzie się z czasem.
Zawiodłem się na działaczach PZPN odpowiedzialnych za futsal oraz związkowe sprawy organizacyjne w kontekście poniedziałkowo-wtorkowych meczów Polska - Belgia w Zielonej Górze. Pamiętam, jak podczas tegorocznego Superpucharu w Chojnicach ówczesny przewodniczący komisji futsalu, Bogdan Duraj opowiadał mi, że jest wspólnie z wiceprezesem PZPN, Eugeniuszem Nowakiem na dobrej drodze w rozmowach zmierzających do realizacji przez telewizje transmisji meczów reprezentacji Polski w futsalu. Także towarzyskich. Tymczasem kicha. Być może wpływ na to miały niedawne wybory w PZPN i zbyt krótki okres organizacyjny na przygotowanie się. Być może wpływ miała zmiana na stanowisku przewodniczącego futsalu. Nieważne, falstart medialny został przez kibiców z całej Polski zapisany. Transmisji telewizyjnej nie było. Nie było też przekazu internetowego. Pozostało śledzić opisy na "lajfach". Ale to był tylko - jak mawiają Niemcy - ersatz. Rozumując po polsku, taki sztuczny miód, zamiast naturalnego. Panowie prezesi z PZPN, panie przewodniczący komisji futsalu - apeluję o mobilizację, aby podczas polskich eliminacji ME w kwietniu wszystko telewizyjnie, internetowo zagrało. Tego oczekuje, a nawet żąda Polska Futsalowa. I pomyśleć, że jeszcze niedawno niektórzy członkowie komisji futsalu namawiali kluby ekstraklasy do przejścia pod rozgrywkową kuratelę PZPN. Na szczęście odbierane to było przez środowisko jako przysłowiowe głosy wołającego na puszczy. Jest takie popularne powiedzenie - "lepszy wróbel w garści niż gołąbków sto... na dachu". I tego z telewizjami, transmisjami trzymajcie się drodzy prezesi ekstraklasy - klubowi oraz spółkowi.
Cztery gole oraz golowe asysty - to dorobek Marcina Mikołajewicza, kapitana naszej futsalowej reprezentacji, w wygranym przez FC Toruń wyjazdowym meczu z AZS Katowice. Marcina poznałem gdzieś około 2009-2010 roku. O ile pamięć mnie nie myli, był już piłkarzem Pogoni 04 Szczecin i dobijał się o stałe miejsce w seniorskiej reprezentacji Polski. Widziałem w nim człowieka, który stawia sobie jasne cele i będzie zawsze dążył do ich realizacji. W sensie sportowym była to jak najlepsza gra i bycie kadrowiczem. Marcin jest znakomitym przykładem, jak pracą można osiągnąć sportowe najwyższe cele. Kiedy był powoływany do reprezentacji po raz pierwszy - o ile pamiętam z klubu pierwszoligowego - wielu "znawców" mówiło "po co takiego niewyrobionego chłopaka powoływać", "on nic nie wniesie". Mija siedem, a może osiem lat i Marcin dalej jest powoływany. I do tej kadry jednak coś wnosi. I niech wnosi jak najdłużej - życzę mu. Niech wreszcie wyzwoli na meczach reprezentacji swoje umiejętności klubowe w całości, bo rezerwy są. Marcin miał szczęście do trenerów klubowych. A na pewno w jego karierze pomogło dogadanie się z ówczesnym prezesem Pogoni 04, Maciejem Karczyńskim i transfer do portowego klubu. W Pogoni 04 popracował z Gerardem Juszczakiem, a obecnie w Toruniu trenuje pod okiem Klaudiusza Hirscha. Obydwaj szkoleniowcy to uznane trenerskie postacie polskiego futsalu. Byli trenerzy reprezentacji narodowych. W grze Marcina zawsze lubiłem popatrzeć, jak jest trudnym przeciwnikiem do przewrócenia, przepchania. Lubię tę jego grę tyłem do bramki. Wreszcie, lubię te mocne zaskakujące uderzenia. Oby strzelał wiele goli i jak najdłużej - tego też życzę. I dopisuję, jako piątego, do mojej prywatnej listy wyróżnianych futsalistów polskich trwającego sezonu. Myślałem, że po meczach Polska - Belgia bardziej wzbogacę swój notes. Niestety, nie miałem możliwości zobaczenia na żywo meczów (o czym pisałem wyżej), więc nie będę się wymądrzał w ocenach. Jedynie wyrażę zadowolenie, iż mój faworyt, Cleverson Pelc, powracając do kadry po latach, wpisał się na listę strzelców. Oby tak dalej, Clevi. A nasi trenerzy oraz zawodnicy remisując 3:3 oraz deklasując przeciwnika 6:1 wykonali lepszą robotę na parkiecie, niż działacze w zakresie transmisji. I tak należy trzymać.
 
 Andrzej Hendrzak