Z notatnika dziejopisa

Niejednokrotnie obserwując rodzimy futsal łapię się myśli, że zbyt wiele od niego oczekuję, gdy tymczasem możliwości jego nie są aż tak duże i należy zadowalać się – za czym jak podejrzewam optują w związku - tym, co mamy. I nie wiem, czy jest to zaklinanie rzeczywistości z mojej strony, czy może z ich perspektywy. Ale wiem, iż ciągle nie zasypują się rozbieżności pomiędzy tak zwanymi dołami a władzą futsalową różnych odcieni. Niewykorzystanie medialno-promocyjno-marketingowe niedawnych meczów z Brazylią zdaje się powiadać, iż rację mam ja. Dlatego proponuję każdemu odłożenie na bok „różowych okularów” (czytaj optymistycznych) i zaprzestanie bagatelizowania pojawiających się od czasu do czasu problemów. Względnie ich oznak. Broń Boże, nie wyrażam swojej opinii w sensie krytycznym, lecz wskutek dbałości o futsal. W swoich felietonach kieruję się bowiem często sentencjami znanego kpiarza Bernarda Showa, który mówił, iż nie należy robić bliźniemu tego, co chciałbyś, by on uczynił tobie. Możliwym bowiem jest, że ma się do czynienia z zupełnie różnymi gustami.




Zapewne kolega recenzent Józef powie – nie masz felietonisto racji. Seniorzy grali w finałach ME. Niedługo zagrają w nich dziewiętnastolatkowie. Rekord Bielsko Biała zawędrował do przedsionka final four Ligi Mistrzów. To są prawdy oczywiste, nie do zakwestionowania. Wizytówki polskiego futsalu poza krajem są akuratne. I tak trzymać. Niestety, wewnątrz nie jest już tak różowo. Kluby borykają się z problemami finansowo-organizacyjnymi. Futsal kobiecy jest dyscypliną pełną przypadków. Mimo wielu ciekawych, sterowanych przez związek rozgrywek młodzieżowych, gdzieś tam w dole brakuje jasnego sygnału w postaci sygnowanej znanym nazwiskiem rywalizacji naborowej, powiązanej choćby ze szkołami. Pewnie można byłoby wymienić jeszcze sporo drobniejszych mankamentów, ale i te napisane wystarczą, by wskazać na potrzebę solidniejszego zainteresowania się futsalem przez mocno opiniotwórcze osoby ze związkowej centrali. Rozumiem, że mała piłeczka nie przynosi takich splendorów jak duża, lecz tak bogaty związek sportowy stać chyba na szersze otwarcie kiesy oraz pomysłów dla futsalu. Chyba, że cała rzecz tkwi w personaliach. A to już inna bajka, czy kierują dyscypliną futsalową jego fanatycy, czy osoby dobrane z tak zwanego klucza.

Czasami wydaje mi się, że w polskim futsalu (bolączka co najmniej dwudziestolecia) prym wiedzie zasada ”ruch wszystkim - cel niczym”. Sformułowana ponad wiek temu przez Bernsteina jest aktualna do chwil obecnych. I to nie tylko w sporcie. Nie jest ona akceptowana przeze mnie, ale rozumiem poniekąd kierujących się ową zasadą. Zawsze to niestabilność pozwala wiele spraw zapętlić. Dlatego proszę gremia, mające wpływ na personalia oraz na zasady czy regulaminy: postawcie na trwałość i ciągłość w polskim futsalu. Nie zmieniajcie co kadencję kadr, postawcie na ludzi od lat będących przy futsalu. Nie twórzcie co rok, czy dwa lata, nowych zasad, regulaminów. Dajcie szansę na planową, wieloletnią pracę. Ale też apeluję do klubów, stowarzyszeń – domagajcie się możliwości otrzymania rzeczowej kontroli nad kierującymi wami gremiami futsalowymi.

W polskim futsalu klubowym Rekord Bielsko Biała (gratuluję kolejnego tytułu mistrzowskiego) staje się powoli niemal wzorem z Sevres w kategorii klubu futsalowego. Nie ma jednak nic bardziej błędnego, niż takie myślenie w klubach. Rekord na chwilę obecną jest jeden i nie do podrobienia dla innych. Z najzwyczajniej prostego powodu - braku szeroko rozumianej bazy, infrastruktury. Pewnie pieniądze inne kluby znalazłyby może i większe na futsal, ale rekordowego systemu szkolenia nie powtórzą. Stąd potrzeba szukania własnych dróg. Każda próba naśladownictwa może zakończyć się bowiem tylko klapą. I w tym widzę przyszłościową moc klubów futsalowych. W różnorodności. Nie w naśladownictwie. Ale też w mądrych prezesach. Takich nie działających na kredyt i głównie poprzez fejsa.




Powoli kończy się sezon rozgrywkowy 2018/2019. Dla mnie trwa on za długo. Nie wiem, czy potrzebne są częste przerwy w zimowych miesiącach, najlepszych dla zainteresowania widzów futsalem. Obecnie rywalizacja futsalowa odbywa się w cieniu finałowych zmagań lig trawiastych. Powoduje to pustki na halach, mniej widzów w mediach. Abstrahuję przy tym od faktu, iż najważniejsze rozstrzygnięcia regularnego sezonu już raczej zapadły. Oceniam go jako jeden z mniej atrakcyjnych. Kryzysu Gatty spodziewano się sezon wcześniej, a nastąpił teraz. Przy takiej strukturze budowania zespołu musiało to prędzej czy później zdarzyć się. Toruń oraz Chorzów spięły się i zajęły wreszcie lokaty, do których są predysponowane. Beniaminek z Jelcza walczył i pewnie jeszcze powalczy o podium, ale jego obcokrajowcy w wielu przypadkach nie zachwycili w polskiej lidze. Z dolnej połówki wyróżnię Chojnice. Wykrakiwano im przed sezonem rychły spadek, tymczasem sprawili wrogom psikusa i pozostaną na rok przyszły w ekstraklasie. Brawo pani prezes.

W Warszawie Legia zajęła się futsalem i od nowego sezonu pod jej nazwą jako klubowa sekcja wystąpi w mazowieckiej II lidze drużyna futsalowa. Po Pogoni 04 Szczecin, futsalowej Wiśle Kraków - której już nie ma, prężnym futsalowym Piaście Gliwice, jest to kolejny z symboli piłki trawiastej, który przymierzył się do futsalu. Być może tę drogę obiorą jeszcze inne kluby z grona dużej piłki. Warto. Kiedyś moim marzeniem było, aby futsal ligowy na centralnych szczeblach rozgrywek rozwijał się właśnie w dużych klubach ligowych, względnie w małych miejscowościach, które poprzez udział w rozgrywkach ekstraklasy, czy I ligi futsalu mogłyby promować swoje środowiska. Dlatego zawsze z przyjemnością patrzę pod tym kątem na Pniewy albo Lubawę.    

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Pytasz mnie często kolego Józefie – mój felietonowy recenzencie – dlaczego tak niewiele piszę o sędziach futsalowych. A cóż to pisać – odpowiem, kiedy nie ma o czym. Nie znaczy to, że są aż tak dobrzy. Ani też tak źli. Raczej zwykli gwizdacze. Falują – jak każdy w swoim zawodzie, czy hobby. A ich szczęściem jest, że niszowy futsal nie jest tak mocno telewizyjnie obserwowany, jak duża trawiasta piłka. Ponadto futsalowe mecze przekazuje góra 3-4 kamery, a nie kilkanaście. A może nawet ponad dwadzieścia. Bowiem im mniej kamer – drogi Józefie - tym łatwiej jest prześliznąć się. A im więcej tym łatwiej pośliznąć się. Osobiście mnie jako człowieka sportu oraz felietonistę sprawy sędziowskie nie ekscytują, gdyż w przepisach jest za wiele możliwości do interpretacji.




Teoretycznie głównymi aktorami sportowego widowiska powinni pozostawać zawodnicy lub zawodniczki. To są ci sportowi gladiatorzy współczesnych aren. Gdy tak jest, znaczy że sportowe widowisko spełnia swoja role. Tymczasem coraz częściej główne role starają się przejmować kibice. To jest jeszcze do zniesienia, gdyż nie wpływają bezpośrednio na wynik rywalizacji. Inaczej może być z sędziami, starającymi się zagrać pierwszoplanowe role w zawodach, których są rozjemcami. Mogą to być role świadomie odgrywane lub polegające na przypadku. Nie mnie oceniać reżyserię. W felietonie mogę tylko zaapelować, by pozostawić główne role w widowisku dla prawdziwych gladiatorów – tych uganiających się za dużą piłką, względnie małą piłeczką.

Refleksje na temat sędziów w sporcie, czyli piłce też, nasunęły mi się po niedawnym meczu trawiastej ekstraklasy Lechia Gdańsk – Legia Warszawa. Arbiter owego meczu (nazwiska nie wymieniam, gdyż na to nie zasługuje) podzielił swoimi decyzjami Polskę po połowie. A że nie wypadało mu dobrze gwizdanie, mogą świadczyć słowa prezesa Bońka, który przepraszał publicznie gdańszczan za niektóre jego decyzje. Och, jak chciałbym doczekać się kiedyś jakichś przeproszeń za – powiedzmy - nieroztropne wypowiedzi o futsalu ze strony wielu poważnych osób z grona polskiej piłki trawiastej.

Zwyczajny kibic ma spory problem ze zrozumieniem niektórych przepisów, a szczególnie, gdy w polu karnym trafia się zamierzone, czy też przypadkowe zagranie ręką. Interpretacje tego przypadku są o wiele za często zmieniane i bywa, że wskazania interpretacyjne UEFA różnią się od wskazań interpretacyjnych rodzimego związku. A tak nie powinno być. Liczę, że po gdańskich wydarzeniach prezes Zbigniew zarządzi reset i zakaże podwładnym opowiadania bajek interpretacyjnych w stylu najlepszych baśni dla grzecznych dzieci. Jak to rzekł jeden ze znajomych działaczy – lepiej szybko połknąć małą żabkę niż czekać aż ona urośnie i nas zadławi.

Myślę, że DŁUUUUGI weekend majowy stanowi akuratny czas, by omówić z przyjaciółmi(kami) przy grillu tematy sędziów w aspekcie różnych dyscyplin. Omówić na luźno, bez napinki, która i tak nic nie da, bo gdzieś tam w tle słowo INTERPRETACJA będzie wisiało nad przepisem oraz decyzją, jak przysłowiowy kat nad grzeszną duszą. Czasami mi wydaje się, że jest z tą interpretacją jak z rozgrywkami Pucharu Polski w futsalu. W zamyśle, gdy powstawał lat temu wiele, miał to być sztandarowy projekt związkowy. Niedługo rozpocznie kolejną dekadę, a ciągle jest nieustabilizowany organizacyjnie. I – co dziwne – to akurat przepotężny związek piłkarski nie potrafi go po swojemu sklasyfikować w aspekcie marketingowym, czy też promocyjnym. A nawet sportowym. Nie potrafi, bowiem za często ulega podszeptom klubowym. A kluby najzwyczajniej kierują się własnym interesem.




Jeden z ważnych prezesów klubowych polskiego futsalu około dekadę temu domagał się pucharowego Final Four. Nie minęły dwa lata, zachciało mu się finału na zasadzie mecz i rewanż. Za kolejne pięć nie protestował, gdy przechodzono ponownie do Final Four. Ale w kolejnym rozdaniu zgodził się szybko za jednym meczem finałowym. I tak jak ów rosyjski „Wańka wstańka” swoimi wypowiedziami jakby obliczał w tle, co kalkuluje się jego klubowi najbardziej.

Będąc przy rosyjskich powiedzeniach przekażę jeszcze jedno, które dobitnie podsumuje całą tę groteskę – „Jest śmieszno aż straszno”. Dlatego oczekuję od związkowej komisji futsalowej postanowienia na lat kilka w przód, jak planuje rozwiązać pucharowe finałowe zmagania dla dobra promocyjnego, marketingowego oraz sportowego futsalu w Polsce. I dotyczy to też futsalowego pucharu kobiecego.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Polscy piłkarze trawiastej reprezentacji epoki schyłkowego Nawałki lepiej wypadali w reklamach, niż na boisku. To było gdzieś latem minionego roku. Polski futsal rozpoczynającej się wiosny Anno Domini 2019 lepiej prezentuje się w internecie, niż na halac,h względnie w „realu”  związkowym, a nawet ekstraklasowym. Tamtego lata mnie osobiście nie interesowało, czy Lewandowski albo Krychowiak plażują na Bermudach lub golą się topowymi nożykami. Bardziej chciałbym wiedzieć, czy jest im przykro, że zawiedli podczas rosyjskiego mundialu tysiące kibiców. Polskich kibiców.

Tak i teraz, aż nie tak ważne są dla mnie enuncjacje zawodników po meczach z Brazylią, bo to tylko teoretyczne wypowiedzi, dla których „sprawdzam” nastąpi dopiero późną jesienią. A jako realista nie ufam teoretycznym wypowiedziom – nawet profesorów – gdyż uważam, że tylko „real”, czyli praktyka, daje prawdziwy obraz. Podobnie odnoszę się do związku zarządzającego polskim futsalem, który – realnie - nie transmitując meczów z Brazylią w telewizji zaprzepaścił praktycznie olbrzymią i zapewne oddaloną na czas nieokreślony szansę pokazanie Polsce pozafutsalowej, czym jest ta piękna halowa dyscyplina piłkarska.




Kiedy opadł już bitewny kurz dwumeczu z futsalową Brazylią, kiedy świąteczny czas Zmartwychwstania Pańskiego złagodził (mam nadzieję) obyczaje, zapytam, czy to, że futsal podlega w strukturze związkowej pionowi amatorskiemu, uniemożliwia z zasady transmisje pozainternetowe meczów reprezentacji? Czy może są inne powody, przykładowo finansowe? Jako kibic podziękuję portalowi Łączy nas Piłka za transmisję, lecz nie podziękuję związkowi za promocję futsalu oraz sprawny marketing w odniesieniu do dwumeczu z Brazylią.

Jeszcze raz powtórzę – zaprzepaszczona została wielka szansa na pokazanie futsalu całej Polsce, a nie skupieniu się w sporej mierze jedynie na jego pasjonatach, których do futsalu żadna transmisja – tak naprawdę – nie musi namawiać.  

Kiedy z perspektywy czasu spojrzę na opisaną sytuację, jakoś blisko koreluje mi ona z niedawnymi decyzjami wspólników Spółki FE, którzy w demokratycznym wyborze jak diabeł od święconej wody odżegnywali się od play-offów w futsalowej ekstraklasie. Teraz mamy tylko 12 zespołów, a miniona, przedświąteczna kolejka, pokazała sportowo oraz quasi promocyjnie bytnością na trybunach, że większość zespołów gra o przysłowiową pietruszkę. Emocji jak na lekarstwo. A co będzie, gdy w przyszłym sezonie ekstraklasa powiększy się o 2 zespoły? Przy tym systemie rozgrywek najzwyczajniej będzie nudno. Wspaniale to ujął Jakub Mikulski w swoim materiale na futsal-polska, epatując pięknym tytułem „Wielka nudna sobota”. Zapewniam, iż w przyszłym sezonie – jak nic nie zmieni się – takich sobót będzie sporo i – być może – już w połowie kwietnia przestaniemy interesować się rozgrywkami. A przecież, nie o to chodzi projektowi o nazwie polski futsal.

Z zasady w felietonach nie odnoszę się do postawy sportowej, poziomu meczów. Zostawiam to lepszym ekspertom. Niemniej, cieszę się, że dwaj zawodnicy, którzy rozpoczynali reprezentacyjne granie „w mojej erze futsalowej”, zapadli w oko trenerowi brazylijskiego teamu. Szkoleniowiec Canarinnhos wyróżnił bowiem obok Michała Kałuży jeszcze Bartka Nawrata oraz Michała Kubika. Wygląda z tego, że nie wszystko było kiedyś takie złe w polskim futsalu i nie rozpoczął się on – jak chcą niektórzy z obecnie nim zawiadujących – gdzieś tak od roku 2014/2015. Nie rozpoczęła się też tak zwana „europejska era” (nazwa od awansu do finałów ME) reprezentacji od czasów selekcjonera Błażeja Korczyńskiego, którego nawiasem mówiąc cenię. Przypomnę, iż ów awans zapewnił nam selekcjoner Andrzej Bianga, a pan Błażej dopiero czeka na swój pierwszy, trenerski międzynarodowy awans. Czego jemu jak i jego podopiecznym życzę.




Z zainteresowaniem przeczytałem wypowiedzi obydwu szkoleniowców po futsalowym dwumeczu polsko-brazylijskim. Należy cieszyć się z małych rzeczy i czynić małe kroki – powiedział polski selekcjoner. To prawda, ale jakby do tych małych rzeczy dołączyć jeszcze raz przegląd polskich futsalistów będących poza kadrą, to może i wielki krok dałoby się szybciej zrobić. Z niezwykle marketingowej dla futsalu wypowiedzi pana  Marquinhosa Xaviera wybrałem sobie akapit mówiący, iż takich meczów towarzyskich jak Polska – Brazylia, czy Finlandia – Hiszpania musi być jak najwięcej, bo pozwalają słabszym futsalowo krajom rozwijać dyscyplinę. I po części to jest odpowiedzialność Brazylii czy Hiszpanii za rozwój futsalu. Nic tylko przyklasnąć takim myślom. Natomiast panu prezesowi Bońkowi dedykuję inną wypowiedź selekcjonera futsalowej Brazylii, w której mówi, że na mistrzostwach świata w Rosji 80 procent kadry Brazylii stanowili piłkarze, którzy swoją karierę piłkarską rozpoczynali od futsalu. Warto to panie prezesie przemyśleć w pionie szkolenia PZPN.

Dziwnym, ale prawdziwym jest, iż przez ten poświąteczny felieton wielowątkowo przewija się brazylijski temat. Ale nie może być inaczej, gdy tak wielka futsalowa drużyna przyjeżdża do Polski. Daje to rzadką okazję do odniesień na najwyższym szczeblu. Tydzień wcześniej mecze Brazylijczyków z Serbami zgromadziły na Bałkanach ponad dwudziestotysięczną widownię w dwóch meczach. U nas – sądzę – nie doliczymy się w dwumeczu pięciu tysięcy. O ile w Koszalinie hala była wypełniona, to w Bydgoszczy zielony kolor krzesełek przeważał nad biało-czerwonymi barwami miejsc zajętych przez kibiców.

Bydgoszcz ma tak wiele trawiastych imprez piłkarskich o randze mistrzowskiej, że wskazywanie jej na organizatora meczu futsalowego mija się z celem. Chyba, że decydują jakieś inne względy, o których felietoniście nie jest wiadomo. Natomiast mecz koszaliński pokazał naszym zawodnikom – optującym za tym miejscem jako szczęśliwym dla nich – że to nie hale, czy stadiony wygrywają. Lecz decyduje forma i sportowe wartości. Jak to mawiał polski mistrz olimpijski w boksie - nie ma odpornych na ciosy, lecz są tylko źle trafieni.  

Andrzej Hendrzak

P.S. Tak, dobrze słyszałeś kolego Józefie. Złożyłem rezygnację z działalności w Komisji Ligi Futsal Ekstraklasy. I dobrze się z tym czuję w aspekcie decyzji, które tam podejmowano o rozgrywkach.

 

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Niedawno przebywając przez kilka dni na Ukrainie usłyszałem od znajomego wypowiedź, że futsal to sport wybitnie niszowy. Padła ta opinia w jego jakby odniesieniu do moich słów, iż pisuję felietony o futsalu. Nie przykładałbym do wypowiedzi mojego ukraińskiego cicerone aż tak wielkiej wagi, gdyby nie informacja po powrocie do kraju o grotesce, jaka odbywa się z udziałem futsalu kobiecego w rywalizacji zwanej szumnie futsalowym Pucharem Polski kobiet. Jak wyliczył kolega, witający mnie na podlubelskim lotnisku, więcej dotychczas padło walkowerów, niż odbyło się meczów. Nie sprawdzałem, więc nie będę tego komentował. Ale pewnie coś jest na rzeczy – pomyślałem, gdy przeczytałem krótką notkę prasową, iż na mecz kobiecego pucharu – bodajże w Wielkopolsce - nie przybyli sędziowie i zawody „gwizdali” szkoleniowcy. Jak widać ciężko jest futsalowi kobiecemu uzyskać „obywatelstwo sportowe”. Pełnoprawne obywatelstwo.




Jest takie wyspiarskie powiedzenie, które zawsze mam w tyle głowy, kiedy dyskutuję o futsalu. Anglicy mawiają – „Hope for the best, prepare for the worst”. Czyli oczekując najlepszego bądź gotów na najgorsze. Pierwszy raz usłyszałem je na podrzeszowskim lotnisku w Jasionce ponad 12 lat temu, gdy podejmowałem Wyspiarzy na pierwszym ich meczu futsalowym w Polsce. Przyjechali po naukę i ją otrzymali. Wynik 16-0 dla biało-czerwonego teamu wcale ich nie załamał. Przyjęli go jako srogą lekcję, ale i zachętę do dalszego intensywnego szkolenia. Po latach już nie bijemy ich dwucyfrowo. Druga nacją, z tych jeszcze uczących się, którą podziwiam w dążeniu do futsalowej doskonałości są Finowie. Oni też startowali w futsalu o wiele później niż my, a potrafili kilka lat temu podczas eliminacji ME w Krośnie utrzeć nam nosa.

Dlatego po pierwszych latach niemal bałwochwalczego podejścia do polskiego futsalu nabrałem z czasem wiele pokory w patrzeniu nań i kieruję się teraz - nie bez kozery - owym angielskim powiedzeniem. Daje mi to niewątpliwy komfort i pozwala z dystansem, bardziej obiektywnie, na nasz futsal spoglądać i go oceniać.

Niedługo zagramy dwa mecze z brazylijskimi czarodziejami futsalu. Będzie zapewne kolejna okazja do „wyciągnięcia” polskiego futsalu na światło dzienne. Może nawet na pierwsze strony gazet, czołówki wiadomości, czy internetowe newsy. Ostatni raz miało to miejsce podczas ubiegłorocznych lutowych mistrzostw Europy w Słowenii. Tak, tak – polski futsal z wyłączeniem mediów typowo profilowych futsalowo jedynie co jakiś czas znajduje swoje miejsce w świadomości ogółu Polaków. I nie widzę możliwości zmiany tego, gdyż raczej w najbliższym czasie mistrzami, medalistami Europy względnie świata nie zostaniemy. A chodzi tylko o futsal seniorski, bo młodzieżowy to jednak już nie ta sama klasa medialna.

W dzisiejszej gradacji związkowej, w której ja osobiście plasuję futsal za piłką kobiecą, a zastanawiałbym się nawet, czy atrakcyjnością imprezową nie przewyższa go piłka plażowa, marnie widzę szanse medialnego przebicia inaczej, niż poprzez przywiezienie z ważnej imprezy worka medali lub rozegranie od czasu do czasu jakiejś potyczki z wielką futsalowo nacją. I wiem nawet, że tylko owe medale pozwolą wybić się z tej sportowej niszy. Pozwolą zaistnieć na dłużej, tak jak kiedyś pozwoliły na to sukcesy siatkarzy oraz medale „złotek” trenera Niemczyka.

W Polsce każdego Roku Pańskiego dwie dyscypliny sportowe mają wyjątkową pozycję. Nazwijmy je, wiosenno-jesienna piłka nożna oraz zimowe narciarstwo. Dokładnie skoki narciarskie. Wspomniana siatkówka, mimo iż dwukrotnie zdobywała mistrzostwo świata, jednak pozostaje w tyle. Jeżeli wspominam o wyjątkowości piłkarskiej, to myślę tylko o piłce trawiastej męskiej. Przykro, ale pozostałe sporty kopane będące w gestii PZPN  wyraźnie odstają pod każdym względem. Od oglądu sportowego przez marketing po medialność. I tego nie zmieni nic na tę chwilę. Dlatego – drodzy pasjonaci futsalowi – proponuję robić swoje i nie łudzić się za wiele, gdyż marzenia zawsze są niezwykle kosztowne.




Powieściopisarka angielska Mary Ann Evans mawiała – „Głupiec może namalować obraz, ale trzeba być sprytnym, by go sprzedać”. I to jest nie tylko artystyczna prawda. Nadaje się też do sportowych porównań, przenośni. Ba – realiów. O ile będąca niegdyś niszową siatkówka polska wyznacza obecnie trendy organizacyjne oraz sportowe rozwoju, to nasz futsal nadal kisi się w sosie własnym przez kolejne lata. I co gorsze, jest ciągle przez wielu (nie tylko decydentów sportowych) traktowany mało poważnie jako dyscyplina.

Takie podejście łatwo zniechęca, a stąd już prosta droga do ogłoszenia go sportem – nazwijmy brzydko - „świetlicowym”. Nie będzie to winą zawodników, a nawet szkoleniowców, lecz tych, którzy nie potrafią być – jak mówi pani Evans – tak sprytnym, by go dobrze, z zyskiem sprzedać. Myślę – panowie działacze – i kieruję to nie tylko do tych z dużego związku sportowego, że dwumecz z Brazylią jest jedną z ostatnich szans, aby ową sytuację odmienić. Niezależnie od wyników.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Nie jestem pewien, czy wszyscy zdajemy sobie sprawę, że tak jak nie ma czarno-białej wizji rzeczywistości, tak nie ma też czarno-białej wizji sportu, w tym piłki nożnej z futsalem włącznie. Na takie postrzeganie wpływa wiele czynników, których wymienienie zajęłoby – być może – wszystkie wiersze przeznaczone na treść felietonową. Przypominam o tym w kontekście toczonych nadal internetowo sporów o system rozgrywkowy ekstraklasy futsalowej. A kolejne wywiady, opinie, sondaże pokazują, iż jest to temat ważki i nie należy go lekceważyć.

Oczywiście każda ze stron ma swoje racje. Ale, niestety, niektóre wypowiedzi adwersarzy są nadzwyczaj żenujące. Jakby świadczące o przypadkowości obeznania w temacie. Jeszcze gorzej jest, gdy są powtarzane sądy nie wynikające z własnych przemyśleń, lecz z zasłyszanych sugestywnych przekazów ważnych lub nie, działaczy. Jako felietonista zalecam dyskutantom różnych szczebli nieco umiaru celem dania oddechu naszemu futsalowi. Niech go broni wynik sportowy. A ten – jak na razie – broni tylko reprezentację seniorską oraz U-19. W żadnym wypadku całości klubowej „małej piłki”.  A, czy wyniki wymienionych dwóch kadr są pokłosiem gry z play off, czy bez – proponuję pozostawić do analizy ich selekcjonerom. Panom Korczyńskiemu oraz Żebrowskiemu.




Polska futsalowa młodzież w kategorii dziewiętnastolatków zakwalifikowała się do wrześniowego finału europejskiego czempionatu futsalowego U-19. Nic, tylko pogratulować. W przeszłości były już próby awansu w kategorii U-21, gdyż dawniej takie nieoficjalne turnieje promujące futsal były rozgrywane. Nawet jeden z turniejów eliminacyjnych tamtej epoki odbył się dekadę temu w Krośnie. Ale później szef UEFA pan Platini razem ze współpracownikami jakoś cichcem zlikwidowali europejską rywalizację dla tej kategorii futsalowej młodzieży. Dobrze stało się więc, że pan Platini odszedł, a nowy szef europejskiej piłki - słoweński prawnik Ceferin - podjął futsalowe wyzwanie młodzieżowe. I tym sposobem mamy pierwszą oficjalną edycję UEFA Futsal EURO U-19 - Łotwa 2019. Liczę, że nasza futsalowa młodzież w turnieju finałowym nie będzie tylko statystować, lecz powalczy o czołowe lokaty. Nie śmiem nawet rozważać innego rozwiązania przy tak rozbudowanym – i co ważne przez związek chwalonym – systemie rywalizacji młodzieżowej, w dyscyplinie futsal w naszym kraju.

Niemniej, żeby nie być tylko klakierem, pozwolę sobie zgodzić się ze zdaniem Błażeja Korczyńskiego (coś często ostatnio zgadzam się z selekcjonerem!), który w jednym z wywiadów stwierdził, iż kuleje u nas praca z młodzieżą i w wielu klubach grających nawet w najwyższej klasie rozgrywkowej o tym nawet nie myśli się. Niestety, taka jest prawda. I na dodatek jest to gorzka prawda. Dziwię się w ogóle, jak kluby nie szkolące (łączę to z udziałem w organizowanych oficjalnych turniejach związkowych) pod własnym szyldem na stałe młodzieży futsalowej mogą występować w ekstraklasie. Podobnie „gorzko” jest ze szkoleniem trenerów. Z utęsknieniem oczekuję, kiedy PZPN wprowadzi dla zespołów drugiej ligi futsalu oraz ekstraligi futsalu kobiecego obowiązek posiadania przez trenerów klubowych uprawnień, co najmniej PZPN Futsal C. Jeżeli myślimy wszyscy o rozwoju futsalu polskiego, jest to potrzeba chwili. Czas na minus już bowiem biegnie.

Lubię czytać wywiady futsalowe. Dzięki Bogu jest ich coraz więcej. I nieważne jest dla mnie, czy ktoś mówi mądrze, czy głupio. Zawsze pomiędzy wierszami, albo nawet wprost, można wychwycić coś nowego. Coś o czym felietonista nie wie. Niedawno przeczytałem wieść, przekazaną przez jednego z klubowych działaczy, brzmiącą mniej więcej w stylu - SFE stawia na zwiększenie liczby kibiców na meczach ekstraklasy, i – między innymi - temu ma służyć powiększenie liczby drużyn w niej występujących. Droga ciekawa. Zapewne liczba kibiców zwiększy się z wraz ze wzrostem liczby zespołów. Nie sądzę jednak, by twórcom systemu chodziło o tak uzyskany ilościowy wzrost liczby widzów. Przecież można powiększyć ligę do 20 i wtedy dopiero zanotuje się rewelacyjny wynik. Na szczęście wiem, że przynajmniej prezes spółki FE nie akceptuje tak objawianych prawd sygnalizujących pośrednio zależność wzrostu liczby widzów poprzez automatyczne powiększanie. I dzięki temu nie grozi nam jeszcze gigantomania.

Pisząc to zapytam jednak, czy mamy wiedzę popartą stosownymi liczbami – ilu widzów bywa(ło) na meczach futsalowej ekstraklasy od – powiedzmy sezonu 2014/2015 do chwili obecnej (taka pięciolatka porównawcza)? Gdy bowiem to będziemy wiedzieć, nie będą nam potrzebne żadne ekwilibrystyczne słowa w wywiadach.

Ekstraklasa podzieliła się na szóstki – grającą o mistrzostwo oraz grającą o pozostanie w lidze. W tej mistrzowskiej nie ma niespodzianek. Jeden beniaminek Acana Orzeł, ale poważnie wzmocniony wieloma internacjonałami – co obligowało go do szóstki jakby z urzędu. Pozostałe teamy to uznane futsalowe firmy. Szczególnie podziwiałem wiosenny finisz Piasta z Gliwic. Nawet przylgnęła do nich tymczasowa nazwa „futsalowi rycerze wiosny”. Jeszcze z nowym rokiem nie obstawiłbym ich awansu do górnej połówki tabeli. Trener Hirsch pokazał jednak, że zna futsalowe rzemiosło. Wygląda, iż końcówki sezonu nadal są jego domeną. Pamiętam jak niegdyś z Akademią FC poczynając od ósmej lokaty przed play-off wywalczył mistrzostwo Polski. W dolnej połówce in minus odnotuję postawę MOKS. Więcej oczekiwałem w drugim sezonie ekstraklasowym po białostockim teamie. Pozostali z tej grupy – oprócz Pniew – nie są stabilni, więc walka o pozostanie w lidze zapowiada się ciekawie do ostatniego gwizdka sędziego. Niemniej pokuszę się o drobne proroctwo i powiem, że jakiś zespół z północnej Polski może zostać zdegradowany (?).

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS