Z notatnika dziejopisa fot. Michał Wencek

Z notatnika dziejopisa

Tydzień, który minął, był dla felietonisty ciekawy, gdyż mógł przeczytać wywiad ze Zdzisławem Wolnym. Jak zwykle pan Zdzisław wypowiedział kilka kwestii, które wzburzyły futsalowy światek w Polsce. Ale akurat mnie nie. Zawsze będę powtarzał i pisał - można z panem Zdzisławem nie zgadzać się, ale jego zdanie należy cenić. Odkąd znam pana Wolnego, nigdy nie był klakierem. Zawsze prezentował swoje zdanie, idąc niejednokrotnie pod prąd.

Dlatego po przeczytaniu wywiadu pozwolę sobie przyswoić jako niezwykle ważną jego finalną odpowiedź na jedno z pytań, a brzmiącą – „Nie mam już złudzeń i marzeń związanych z futsalem”. Nie ma co filozoficznie roztrząsać treści tego zdania. Niemniej wszyscy pragnący poprawy sytuacji polskiego futsalu nie powinni, a nawet nie mogą, przejść nad nim obojętnie. Podobnie nad innymi kwestiami, zawartymi w rzeczonej rozmowie.

Kolega Józef, z którym wspólnie czytaliśmy ów wywiad na futsal-polska.pl, zapytał mnie, czy odniosę się w jakiś sposób do przedstawionej opinii pana Zdzisława o kadrze futsalowej. Drogi Józefie, do czego odnosić się, jak kadry akurat teraz nie ma, nie gra. A ponadto wygląda, jakby wiele spraw z nią związanych, było utajnionych. Niemal jak przyszła amerykańska baza Patriotów w polskim Redzikowie. Niech odnoszą się szkoleniowcy klubowi. Prezesi klubów niech powiedzą, czy zaburza ona im proces szkolenia. Prezes Spółki niech powie, czy długie zgrupowania nie burzą kalendarza ekstraklasowego. Może pion szkolenia, czy techniczny PZPN, niech powie wreszcie wszem i wobec, czy w Zielonej Górze jesienią był blamaż, czy sukces. I niech nie zamydla nam nikt oczu odbytymi europejskimi eliminacjami na Malcie, wygranymi z futsalowymi „kopciuszkami”. O tym wszystkim wspominam na marginesie, gwoli jasności, kadrowego obrazu. Natomiast od siebie napiszę - posiadam swoją ideę futsalową i sobie ją realizuję. A w niej miejsca dla kadry nie ma. Przynajmniej w obecnej konfiguracji.




Kiedy w okresie wymuszonego epidemią futsalowego marazmu patrzę na nasz futsal, dostrzegam, że nie widać w nim żadnego autorytetu, którego głos byłby w ważnych chwilach przyjmowany jako kierunek działania. Jedni z mogących być takimi przewodnikami nie mają już złudzeń i marzeń. Inni wolą raczej postawić na własne podwórko, niż być heroldem całości. Jeszcze inni gustują raczej w zakulisowych gierkach. Kolejnym brakuje najzwyczajniej charyzmy, mimo że prężą muskuły nad wyraz często. Wreszcie są i tacy, co przychodzą do futsalu tylko po zarobek. Co prawda nieduży, ale zawsze zarobek. I tak priorytety futsalowe rozmieniają się na drobne. A inne dyscypliny takich pozytywnych heroldów mają. Nie ma potrzeby ich literalnie wymieniać wielu. Jako wzorcowy przykład niech posłuży skoczek Adam Małysz. Nie od rzeczy będzie też wskazać prezesa siatkarskiej spółki Pawła Zagumnego. No i oczywiście prezesa Zbigniewa Bońka.

Filip Tadeusz Szcześniak, polski raper, znany jako Taco Hemingway, w utworze „Wszystko na niby” przekazuje coś w sensie - „Zagram tak samo, czy w hostelu mam tu syfu do kolan. Czy w apartament Hilton, tak się tworzy smyku renoma”.  Być może nie pojmuję dobrze sedna tych słów, ale widzę je jako znak pewnego zawodowstwa. Symbol profesjonalnego i - co ważne - jednakowego podejścia zarówno do słabych, jak i mocnych. Podejścia z przyjemnością, a nie z zarozumiałą głową. Jako felietonista wierzę – być może naiwnie - że istnieje odbiorca organiczny, który sam wybiera, co jest dla niego ważne. Dlatego chciałbym, aby nasz futsal reprezentacyjny był podawany w sposób naturalny. Kibic sam sobie wyłowi coś wartościowego. Niby jeden związek, a jak inne formy przekazu, porównując informacje o kadrze pana Brzęczka oraz kadrze pana Korczyńskiego. Oczywiście z pozytywnym wskazaniem na tę pierwszą.




Rozdano licencje. O, przepraszam - przyznano licencje. Niby jeden wyraz zmieniony, a różnica poważna. Ośmielę się nawet napisać, że po raz pierwszy w historii pochwalić należy związkową komisję licencyjną. Związek rzetelnością podejścia, w oczach felietonisty, naprawia błąd, który zafundował, akceptując utrzymywanie w ligach spadkowiczów tabelowych. Nie dokańczając rozgrywek, ligowy futsal usytuował się w jednej linii z III ligą trawiastą oraz tymi od niej niższymi. Szkoda, bo powinien walczyć niezmiennie o sięgnięcie opcji co najmniej trawiastej drugoligowej. Niestety, takie rozwiązania mogą tylko pokazać, iż wyobrażalnie spore inwestowanie w futsal okaże się raczej passe. Tym bardziej teraz, w czasach epidemii. Prawdopodobnie więc na kolejne lata pozostanie futsal przystanią dla tych, którym nie powiodło się w normalnej piłce.

Przeglądając wykaz klubów bez licencji w pierwszym rozdaniu, zszokowany jestem niedoróbkami w Orle, Gattcie oraz GSF. Ci pierwsi szokowali transferami zagranicznymi, ci drudzy mają całkiem zgrabny zestaw krajowych gwiazd, ci trzeci zatrudniają selekcjonera reprezentacji i kilku podstawowych zawodników kadry narodowej. Czyżby paliwo skończyło się, czy tylko niedopatrzenie? Odwołanie do drugiej instancji to już dodatkowe koszty. Czyli możliwe, że to pierwsze. W każdym razie klubom z aspiracjami takie postępowanie nie przystoi. Jeszcze ciekawsza jest analiza I ligi. Być może coś źle policzyłem, ale wyszło mi, iż nawet połowa przedstawicieli wojewódzkich II lig na tę chwilę może nie zagrać w lidze pierwszej. Felietonista ma z tego prosty wniosek. Panowie ze związku, jak najszybciej twórzcie w roku przyszłym cztery regionalne II ligi. Inaczej w województwach będzie się, co najwyżej, rozwijać pseudoligowy futsal, bez większego pożytku dla dwóch lig centralnych.

Andrzej Hendrzak