Z notatnika dziejopisa

W lipcu miną cztery miesiące, od kiedy koronawirus pokazał się w naszym kraju. I co wiemy? Nic. Nadal nie znamy miejsca, czasu oraz podmiotu, który spuścił wirusa z przysłowiowej smyczy. Spokojnie więc mogę notować dalej – mijają cztery miesiące i nadal nie wiemy, w jakim kierunku pójdzie sport. Nie tylko polski, ale i światowy. Z takim ciosem sport współczesny jeszcze się nie spotkał. Być może nawet w czasie jego nowożytnej historii nie zaistniały takowe perturbacje. Zamknięto bowiem niemal wszystkie areny i przerwano rozgrywki. I nie tylko w Polsce. Tak źle nie było nawet w czasie obu wojen światowych. Wówczas były kraje nieobjęte całkowicie wojną, czy wolne od działań militarnych, gdzie różnorodne rozgrywki się odbywały.

Sport współczesny na najwyższym poziomie to telewizja, radio, internet i inne media, ogólnie ujmując. Jak do tego dodamy miliony miłośników okołosportowego hazardu, to zobaczymy dopiero, gdzie kryje się sportowa moc powszechna. Okaże się, że wcale nie na stadionach, czy w halach, chociaż bez tego trudno byłoby się obejść. Jednak kiedy nadszedł taki czas, gdy nie było co pokazywać live, okazało się, że sport jest upadły. Ile bowiem można oglądać różne historyczne zrzuty, czy gadające głowy. A jeżeli dostaje się tylko takie zastępstwo, to z czasem i reklamodawcy mają dość owego powtórkowego przelewania z pustego w próżne. I naprawdę nie wiem, czy nie zanosi się przez to, przez tę pustkę, na koniec sportu, jaki dotychczas był nam znany.

Nie trzeba być fanem prezesa Bońka, by dziękować mu, że wywalczył 25-procentowy powrót kibiców na stadiony piłkarskie – przekazał mi telefonicznie kolega Józef. Rzeczywiście, o prezesie można myśleć i dobrze, i źle, ale nie można zaprzeczyć, że jest skuteczny. Osobiście nawet nie wiem, czy nie skuteczniejszy, niż sam nieraz zamierza. Szkoda tylko, że wpuszczeni na obiekty kibice sami sobie fundują krzywdę, w postaci łamania obowiązującego reżimu sanitarnego. Dlatego w tym kontekście jestem zadowolony, iż jeszcze nikt nie odważył się otworzyć hal dla kibiców. Co prawda uderza to w futsal, ale czy to aż takie ważne w ogólnym aspekcie prozdrowotnym? Chociaż z drugiej strony kibice futsalowi to bardziej elitarne jednostki, niż ci od trawy i pewnie zachowywaliby się przyzwoicie na meczach.

Czytam wiele na różnych forach o trudnościach futsalowych klubów w formowaniu budżetu na nowy sezon. Ogólnie to nic nowego, gdyż tak było przez lata. Niemniej teraz kryzys w gospodarce (ciągle pogłębiający się) nie daje nadziei, iż będzie to tylko krótka zapaść. Zaapeluję więc: nie ma co czekać, że szybko będzie lepiej, tylko należy zakasać rękawy i znaleźć opcje działania na nową, pewnie gorszą dla większości klubów, sytuację. Gorszą, a na dodatek nieznaną - o czym pisałem powyżej. Ale nie może to być równoważne z niepłaceniem obowiązkowych kwot wpisowych, czy podobnych regulaminowych.

Niedawno zapoznałem się z działaniami Polskiego Związku Piłkarzy. Odczytałem coś jakby motto – jedna drużyna, wspólny cel. Prezentują owi związkowcy między innymi podpowiedzi prawne, tyczące się statusu zawodnika w aspekcie przedłużonego sezonu rozgrywkowego. Omawiają też zależności na linii działacz – piłkarz – system – klub. W każdym razie polecam futsalistom. Polecam też w kontekście przemyślenia, czy zawsze należy wykorzystywać czas trudny dla klubu do podniesienia sobie pensji. Warto o tym myśleć, integrując się z klubem – pracodawcą. Zastanawiam się nawet, czy obecny czas epidemiczny nie jest porą najważniejszą dla sportu, do wykazania, jak mocno zawodnik jest związany z klubem. Sprawdzenia, czy trzymają go w nim tylko fundusze, czy coś więcej. Choćby klubowy etos, środowisko, barwy. Nie gustowałbym – i pewnie nie tylko ja – w sytuacjach, dających do zrozumienia, iż to pazerność graczy powoduje przeważnie klubowe perturbacje.

Futsalowy Puchar Polski mężczyzn otrzymał związkowe terminy. Półfinały oraz finał rozegrane zostaną w piętnaście dni sierpnia, w systemie dwumeczów. Odważnie i bez rewelacji. Nie będę pisał, iż świadczy to o trwałym obniżaniu rangi tych rozgrywek, gdyż niejednokrotnie już wskazywałem na to związkowej komisji. Dla mnie opcją jest Final Four, względnie jeden mecz finałowy na neutralnym terenie. Pewnie obecnie szybko wytłumaczono by się specyficznym czasem epidemicznym. I niech tak będzie. Niemniej, dopytam po raz wtóry, a może nawet trzeci: dlaczego związek uchyla się od zorganizowania finałowej imprezy pucharowej o zasięgu promocyjnym ponadlokalnym, czy też ponadregionalnym? Uważam, że taka potrzeba istnieje dla rozwoju futsalu, a PZPN jest na tyle bogaty, iż może pokryć większość kosztów finałowej imprezy. Jak mawiał w starożytności jeden z mądrych Rzymian – „miłość sycić trzeba nie tylko słodkimi słowy”. I tego oczekiwałbym od władz związkowych dla Pucharu.  

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Nie skłamię, jak napiszę, że każdy człowiek posiada jakieś ideały. A nawet głowę nabitą ideałami. Sport każdego szczebla i każdej dyscypliny również tymi ideałami się żywi. Jako młody chłopak, zamieszkujący tereny górskie, rozpoczynałem swoją sportową przygodę od narciarstwa. Kiedy brakowało śniegu – a w tamtych latach było to rzadkością – wraz z kolegami kopaliśmy piłkę. Jednak pierwsze ponad lokalne sukcesy odnosiłem w popularnym ping-pongu. Zdając maturę, byłem już zahartowanym sędzią siatkówki, w której to specjalności przebiłem się aż na szczebel centralny. Pisanie o sporcie rozpocząłem od żużla. Dopiero wiele lat po studiach stałem się sportowym działaczem, oddając się piłce nożnej. Tak oto doświadczałem idei sportowej, którą z czasem przestałem utożsamiać z idealizmem.

Kiedy Michał Listkiewicz, jako prezes PZPN, zaproponował mi objęcie stanowiska w związkowej Komisji Futsalowej, miałem już za sobą doświadczenie w działalności w komisji piłkarstwa kobiecego PZPN. Był to czas, kiedy polski futsal ciągle jeszcze świętował udział w finale europejskiego czempionatu w Moskwie. Nazwiska działaczy – Wolny, Sowiński - nadawały ton, w gronie zawodników Filipczak, Dąbrowski, Szłapa, wymieniane były jednym tchem przez futsalową młodzież. Wydawało mi się, że dyscyplina w odróżnieniu od piłki trawiastej, będącej w przededniu wielkiej afery korupcyjnej, targanej różnymi konfliktami, jest taką idealistyczną przystanią. Miejscem, gdzie realizuje się sport niemal coubertinowski. Niestety, czas pokazał całkiem inne oblicze futsalu. Oblicze, które w szarej swojej wersji dominuje do dzisiaj. I tak myśli o ideałach oraz harmonii musiały, chcąc nie chcąc, ustąpić miejsca twardej rzeczywistości. Najprościej mówiąc, aby w futsalu być, trzeba było najnormalniej walczyć.

Wspominam ową potrzebę walki w aspekcie zrozumienia części klubów futsalowej ekstraklasy, głośno optujących za powiększeniem jej do 18 zespołów. Poniekąd jestem w stanie zrozumieć ich postawę – obrony przed degradacją, czy ekstraordynaryjnych awansów – jako działania jednostek lecz nie zaakceptuję tego w perspektywie całości. Jest to najzwyczajniej sprzeniewierzenie się zasadom czystego współzawodnictwa. Interesy klubowe zostały postawione nad ideałami sportowej rywalizacji. Niemniej kości zostały rzucone – jakby powiedział współczesny Cezar – i mogę tylko optować za szybkim doprowadzeniem przez PZPN do w miarę optymalnej dla ekstraklasy liczby 14 drużyn w tych rozgrywkach. Najlepiej w ciągu jednego sezonu.

Proces licencyjny w klubach futsalowych szczebla centralnego toczy się już od dekady. Różnie z nim bywało. Niemniej, trzy aspekty zawsze wzbudzały największe kontrowersje. Po pierwsze - zawirowania wokół opłat  wpisowych czy weryfikacyjnych. Po drugie – sposoby adaptowania drużyn do rozgrywek młodzieżowych. Po trzecie – problemy z jakością obiektów. Podejrzewam, że i w obecnie trwającym procesie licencyjnym te punkty znajdą swoje poczesne miejsce. O ile zrozumieć jestem w stanie mniej ostre traktowanie pierwszoligowców, to ekstraklasę potraktowałbym według litery przepisu. Niech ta papierowa wizytówka klubowego futsalu wreszcie po dziesięciu latach spełnia wymogi z przysłowiowymi zamkniętymi oczami.

Kiedy zapoznałem się, że wspólnicy SFE zaaprobowali 18 zespołów w rozgrywkach, zacząłem się zastanawiać nad systemem rozgrywek. Gdzieś tam z przecieków internetowych uzyskałem szczątkową wiedzę, że są propozycje, aby rozegrać pierwszą rundę z udziałem wszystkich drużyn po jednym meczu. Natomiast w drugiej podzielić towarzystwo na dwie grupy i zagrać o awanse oraz spadki oddzielnie. I tak źle, i tak niedobrze – pomyślałem. Źle, gdyż nie dać w pierwszej rundzie możliwości rewanżów zespołom, jest rzeczą niepoważną. Niedobrze, kiedy walcząc o utrzymanie ma się możliwość grania tylko u przeciwnika, bez rewanżu u siebie. Jedyny pozytyw (oprócz oszczędnościowego) widzę tylko w tym, że walka o mistrzostwo odbędzie się na w miarę zdrowych zasadach – meczu oraz rewanżu. Ale jak będzie, to zobaczymy dopiero po decyzjach PZPN, który ma decydujące – i słusznie - słowo w sprawie regulaminów. A też i propozycje spółkowej Komisji Ligi mogą być z czasem inne, niż te przecieki.

Mając w pamięci, jako ówczesny działacz piłkarskiej centrali, moment formowania się futsalowej spółki, doskonale znam sprawę, delikatnie mówiąc, oziębłości Związku w kontekście pozostania w roku 2010 jednym z akcjonariuszy SFE. Najzwyczajniej postanowiono odczekać i zobaczyć, jak spółka funkcjonuje. Mamy rok 2020, spółka trwa raz udanie, raz mniej, a PZPN nadal nie odnajduje się w gronie wspólników, choć – o czym wspomniałem wyżej - do niego należy ostateczne słowo w sprawie regulaminu rozgrywek, czy nadania licencji. Jako felietonista mam prawo dopytać, dla wiedzy Polski futsalowej, czy prowadzone były lub są rozmowy o uzupełnieniu składu akcjonariuszy o PZPN. Akurat teraz spółka jest w okresie trudnym, szczególnie w zakresie sponsoringu. Niemniej ten czas jest takim pokerowym „sprawdzam”, czy w czasie prosperity zabezpieczono się, czy fundusze przejedzono. Być może związek też chce to sprawdzić. Ale w perspektywie wskazane byłoby jego wejście do spółki i wtedy nie trzeba byłoby już o każdą pomoc klamkować na ulicy Bitwy Warszawskiej.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Początkiem marca podczas rozmowy w gościnnych pomieszczeniach piłkarskiego związku na ul. Bitwy Warszawskiej w Warszawie z szefem polskiego futsalu Adamem Kaźmierczakiem poruszyliśmy między innymi temat włączenia futsalu do Systemu Sportu Młodzieżowego w Polsce. Wówczas to od pana Adama uzyskałem przekaz, iż stosowny wniosek z PZPN został przesłany właściwemu ministerstwu i w okolicach maja należy spodziewać się decyzji. I raczej powinna ona być pozytywna. Była to wiadomość z gatunku good news. Aż niewiarygodna, kiedy uzmysłowi się, od kiedy trwały różne zabiegi o ujęcie futsalu jako pełnoprawnej dyscypliny w rywalizacji szkół. A w różnej formie trwały one co najmniej od roku 2004.

Tego marcowego południa powiedziałem też panu przewodniczącemu, że jak to uda się, to kadencja Komisji Futsalu wpisze się na trwałe w historię naszego futsalu. I zdania nie zmieniam – panie Adamie. Gratuluję, w imieniu swoim, jak i innych przewodniczących Komisji minionych lat, dopięcia projektu. Niezwykle ważnego projektu dla przyszłości dyscypliny.

Neil Armstrong, który latem roku 1969 jako pierwszy człowiek w historii postawił krok na Księżycu, powiedział: „To jeden mały krok dla człowieka, ale wielki skok dla ludzkości". Przenosząc te słowa – oczywiście z wielkim dystansem - na futsal, powiem, iż wspomniana decyzja ministerialna wydaje się być czwartym znaczącym krokiem w polskiej futsalowej historii.

Pierwszym był udział w finałach Mistrzostw Świata w Hongkongu w 1992 roku. Drugim start w finałach Mistrzostw Europy 2001. Trzecim powołanie spółki Futsal Ekstraklasa i otrzymanie do prowadzenia od PZPN rozgrywek ekstraklasy w roku 2010. I wreszcie czwartym, teraz, stanie się pełnoprawną dyscypliną w Systemie Sportu Młodzieżowego w Polsce. Patrząc na daty, to tak około dekady trwa stawianie kolejnego milowego kroku. Warto więc byłoby przyspieszyć, aby kolejne stawiane były może w wykresie olimpijskim. A starożytni rozumieli pod terminem olimpiada czas około czterech lat. Jako felietonista oczekiwałbym kolejnego ważnego kroku na arenie sponsorsko-medialnej. Niech reprezentacja ma swojego niezależnego od trawiastej piłki sponsora. Podobnie jak rozgrywki ekstraklasy oraz I ligi.

Kiedy już rozpisałem się o futsalu młodzieżowym, to pomieszczę jeszcze kilka słów felietonowych o turnieju, który w czasie realnym umknął mi gdzieś bokiem, a o którym przeczytałem wertując numery „Przeglądu Sportowego” z okolic sylwestra 2019. Co prawda szukałem czegoś innego i to z gatunku sensacyjek sportowych, do powziętego zamysłu napisania powieści sportowej, ale wyczulone oko na futsal skierowało mnie i w tę stronę. Otóż, przeczytałem, że w Opolu odbył się finał pierwszej edycji imprezy o nazwie „Futsal Gram”. Imprezę zorganizował AZS Politechniki Opolskiej – pod prężnym kierownictwem prezesa Tomasza Wróbla. Jak pisał dziennikarz, głównym celem cyklu rozgrywek była popularyzacja futsalu jako osobnej dyscypliny sportu, a nie „piłki nożnej halowej”. Popularyzacja poprzez rywalizacje zespołów złożonych z uczniów klas V–VIII. I tak trzymać – pomyślałem. Organizować jak najwięcej tego typu imprez. One teraz będą pięknie współbrzmieć z opisaną powyżej decyzją o współzawodnictwie młodzieżowym w futsal. Zapewne ten turniej, jak i organizowany rok wcześniej w Warszawie pod inną nazwą, były zauważane przez kompetentne ministerstwo i dawały do zrozumienia, że futsalowe gry to nie są tylko określone seniorskie rywalizacje ligowe.

Patrząc przez lata na polski futsal, wypracowałem sobie nieco inny model jego promocji, niż choćby ten wiodący w lidze. Dla mnie rolę wiodącą ma dawać reprezentacja. A raczej jej wynik sportowy. Niestety, nie spełnia ona pokładanej w niej nadziei. To jej wynik sportowy ma stać się trampoliną, od której odbiją się kluby. Wiem, ktoś powie – mamy trzecie miejsce w Europie w kategorii U-19 i dalej nic nie dzieje się. Z całym szacunkiem do podopiecznych trenera Żebrowskiego i jego samego, ale to nie ta liga ważności. Nie ten ciężar gatunkowy, by przyciągnąć sponsorów, czy media.

I jeszcze jedno - jak już mówię o reprezentacji, to automatycznie nasuwa się na myśl zawiadujący nią PZPN. To w jego rękach, a raczej głowach oraz decyzjach, leży marketingowo-medialny los polskiego futsalu. Tak jak potrafił wywalczyć ujęcie w systemie współzawodnictwa młodzieżowego musi, podkreślam „MUSI”, zakasać rękawy i - odrzucając uprzedzenia do dyscypliny niektórych stricte „trawiastych” działaczy wykazać, że omawiany w felietonie wniosek był jedynie kolejnym krokiem profutsalowym, a następne, równie ważne, są już przed nami.

W polskiej rzeczywistości epidemiologicznej futsal nadal nie ma łatwo. Rząd polski epatuje nas odważnymi planami organizowania wydarzeń sportowych. Nawet z jakąś tam liczbą publiczności. Ale w większości dotyczy to sportów generujących spory przychód. Niestety, futsal nie generuje nic na razie, oprócz problemów organizacyjnych. Nie sądzę też, by społeczeństwo, sfrustrowane zakazami, oczekiwało w letnim czasie rywalizacji w hali. Niemniej, nie jestem optymistycznie nastawiony do szybkiego odmrażania sportu. To jest gra w typową „rosyjską ruletkę”. Albo wystrzeli, albo nie. Spokojnie poczekajmy, futsal dopiero po wakacjach niech rusza. Nie zawsze tylko do odważnych świat należy. 

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

W historii niejednokrotnie spotykamy się z jedną okresowo powtarzającą się cechą. Cechą ludzkości różnych etapów rozwoju. Najzwyczajniej jest to dążenie do posiadania czegoś największego, najlepszego, wyraziście przodującego. Oczywiście dążenie do posiadania czegoś największego z samej zasady nie jest złe. Ale musi to być połączone z rozsądkiem. Nie idąc daleko wstecz w historię, weźmy przykład z II wojny światowej. Każda ze stron dążyła do posiadania najmocniejszego stalowego potwora (czołgu), którego waga w prototypach oraz produkcji szła w dziesiątki ton ciężaru własnego. Jednak filozofia potyczki wojennej wymusiła manewrowość, podczas której ów czołgowy olbrzym okazywał się niemal bezużyteczny.

Pomyślałem sobie o tym przykładzie w momencie przeliczania liczby zespołów, które w nowym sezonie mogą wystąpić w rozgrywkach futsalu dwóch najwyższych klas rozgrywkowych, zawiadywanych przez spółkę FE oraz PZPN. Wyszła mi całkiem grzeczna liczba circa 50 drużyn. Szybko myślami przebiegłem inne dyscypliny zespołowe, grające ligi w naszym kraju, i... proszę mi wierzyć, nie znalazłem żadnej z taką liczbą centralnie zawiadywanych teamów w dwóch najwyższych ligach.

Najzwyczajniej pozostałem w kropce. Nie wiem, czy cieszyć się tym, czy smucić. Optując za poziomem, profesjonalizmem, pewnie należy wybrać to drugie. Idąc w kierunku popularyzacji, wybrać opcję pierwszą. Niemniej - i tak źle, i tak niedobrze. Nie liczbami bowiem należy walczyć o godność futsalu w tym kraju. Kraju, w którym nawet zdarzają się członkowie gremiów zarządzających szeroko rozumianym polskim sportem, nie potrafiący poprawnie wymówić słowa „futsal”. Nie wspominając już o przepisach.

Księga rekordów Guinnessa jest czymś takim, gdzie zapisuje się osiągnięcia normalne, jak i abstrakcyjne. Nie mówię, że nasz futsal jest bliski pozycji na stronach tego szacownego wydawnictwa, ale w kontekście abstrakcji w liczbie delegowanych drużyn do ekstraklasy oraz I ligi futsalowej miałby szanse. Zakładając, że w polskich ligach futsalu od ekstraklasy do II ligi może uczestniczyć około 120 zespołów, to istnieje możliwość, iż na dwie ligi najwyższe przypadnie tylko ciut mniej, niż połowa. I gdzie tu sens, gdzie logika? – zapytałem kolegi, recenzenta Józefa. Gdzie logika piramidy od podstawy po wierzchołek?

Jak zwykle znalazł szybką odpowiedź, obarczając winą po trosze i mnie za to. – Pytałeś drogi Andrzeju w wywiadach, czy futsal jest sportem niszowym, więc postanowiono ci udowodnić, iż tak nie jest – powiedział. No cóż, na takie dictum mam tylko jedną odpowiedź i też posłużę się wypowiedzią mądrej osoby. Mianowicie Marcina Stefańskiego z ekstraklasy trawiastej. Bodajże trzy lata temu wskazał on, że zawsze najpierw należy zadbać o standardy, a dopiero w następnej kolejności o powiększanie ligi. Tymczasem w naszym futsalu nieustannie skutek porusza się przed przyczyną. I zawsze cierpią na tym owe standardy.

Jestem niezmiernie wdzięczny futsal-polska.pl za wspomnienie na Facebooku o Futsal Baltic Cup. Była to wdzięczna impreza, w której wielokrotnie uczestniczyłem, a nawet wręczałem nagrody. Kiedy wspólnie z kadrą futsalową U-21 oglądaliśmy w 2012 roku w telewizorni w Dziwnówku polsko-ukraińskie EURO, nikt z nas nie zdawał sobie sprawy, iż jest to finalny czas przepięknego turnieju. I rzeczywiście – nie ma już Pogoni 04, PA Novej, Grembacha, reprezentacji U-21. Nie ma w Polsce towarzyskich turniejów futsalowych o znaczącej randze. Nie ma radosnych spotkań futsalowego bractwa, rozprężającego się po sezonie. Bratającego się po ligowej rywalizacji. Nie ma widocznych w innym miejscu na Facebooku futsal-polska.pl Filipczaków, Szłapów, Dąbrowskich, Korczyńskich i wielu innych, dających futsalową radość jako zawodnicy. I tylko szkoda, że oni urodzili się za wcześnie, gdyż w obecnych realiach eliminacji do różnych czempionatów futsalowych, kiedy Polska nawet z trzeciego miejsca w grupie awansuje do finałów, dawaliby nam zapewne radość awansów w każdej edycji. A w ich zawodniczych czasach tylko zwycięzca przechodził do dalszych gier. I to była ta kolejna wyższość poziomu na liczbami.

Niedawno wpadł mi w ucho projekt jednego z klubów pierwszoligowych, sugerujący, aby dla obniżenia kosztów podzielić rozgrywki tej klasy w nowym sezonie na cztery grupy. Nie mnie oceniać takie propozycje. W związku piłkarskim są tacy, którzy biorą za prowadzenie rozgrywek zapewne niemałe pieniądze, więc niech się głowią. Z pokorą przyjmę każdą decyzję, gdyż nie widzę dla tak sporych liczbowo grup dobrych rozwiązań, mających w zamyśle obniżanie kosztów.

Podobnie odniosę się do pomysłu ekstraklasy na przeprowadzenie rozgrywek dla 17, czy też 18 zespołów. Obojętnie, co zostanie wymyślone w systemie rozgrywkowym, gry po tak zwanej tańszości nie będzie. To byłoby do realizacji, gdyby na linii ekstraklasowego frontu pozostało – jak dotąd – 14 teamów.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

TVP Kultura puszcza obecnie serial „Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy”. Zresztą można go oglądać po raz enty. W Wielkopolsce Polacy walczą z pruską germanizacją. Serial finalnie daje pozytywny wydźwięk. Powstaje po 123 latach zaborów wolna, niepodległa Polska. Polski Związek Piłki Nożnej decyzją, ogłoszoną w miniony piątek, wstrzymał serial futsalowych zawirowań awansowo-spadkowych. Szczególnie dotyczących rozgrywek na najwyższym szczeblu. Na szczęście nie doszło więc do kolejnego serialu ze słowem „najdłuższy” w tytule. Szkoda tylko, iż decyzji jednoznacznej nie podjęto od razu, dając środowisku asumpt do niepotrzebnych dywagacji przez pewien czas.

Rozumiem, że teraźniejszość, rzeczywistość, w której funkcjonujemy, jest obarczona niepewnością. Powstają nie tylko sportowe, czy futsalowe zjawiska oraz problemy, których nie doświadczaliśmy w ogóle. Ale z tego powodu tym bardziej decyzje powinny być z gatunku tych progresywnych. Bez zbędnego błądzenia, rozpoznające – pisząc po wojskowemu – bojem nową rzeczywistość.

W zaistniałej sytuacji, kiedy daje się (nie wiem czy słusznie) spadkowiczom szansę w postaci prolongaty ligowych bytów na kolejny sezon, nie można karać kogoś, kto był na najlepszej drodze do awansu, a tylko niedokończenie rozgrywek mu przeszkodziło w realizacji celu. Takie sytuacje – zdaniem felietonisty – dają do wyboru bezwzględnie trzy możliwości rozwiązania sprawy. Bez zbytniego roztrząsania, są to opcje następujące: pierwsza - wynikająca z ducha regulaminów, druga - wynikająca z ducha sportu, oraz trzecia - niezgodna z regulaminami oraz sportem. Odrzucając jako niesprawiedliwe na ten dziwny czas pierwszą oraz trzecią opcję, pozostanę przy drugiej. I to, co zostało dokonane przez związek, uważam za zgodne z duchem sportu, chociaż wymagające – niestety – pewnej ingerencji w regulamin. I niech ta interpretacja przyjmie się, kończąc dyskusję nic nie wnoszącą zresztą pozytywnego w polski futsal.

Kolega Józef, śledzący jako recenzent moich felietonów portale internetowe, uprzejmie powiadomił mnie, iż odezwały się głosy zarzucające związkowi piłkarskiemu nadmiar władzy i nie uwzględnianie decyzji spółki FE, która wcześniej wyraziła zgodę na dokooptowanie tylko trzech drużyn do obecnego ekstraklasowego składu. Nie byłbym w tym momencie aż tak wrażliwy na owe quasiregulaminowe zacięcia dyskutantów. Trzy więcej, czy cztery więcej - nie ma dla całości znaczenia. O wiele bardziej znaczące jest, że poprzez te działania futsalowe rozgrywki stracą zdecydowanie na swojej wartości. Staną się na powrót projektem z nad wyraz przesadną liczbą zespołów. Rozgrywkami nie korelującymi w żaden sposób z oczekiwanym poziomem sportowym.

Prezes Zbigniew Boniek wypowiadając się o klubach trawiastej piłki w kontekście nowego sezonu, wznowienia rywalizacji, pomocy związkowej, stwierdził: „najwięcej zależy od tego, jak kluby przetrwają trudne miesiące. Czy dotąd grały uczciwie, czy znaczonymi kartami. Sprawdzimy, kogo stać na grę w lidze”. Proponuję, aby kluby futsalu przepisały je sobie i wywiesiły w gabinetach prezesów. I miały cały czas na uwadze ten rozsądek prezesowski.

Nie wiem, czy prezes miał swój udział w rozwiązaniach futsalowych. Ale jeśli tak było, to widać, że podchodził do tego po piłkarsku. Jak na boisku. Nie chcąc wyrządzić krzywdy żadnemu zespołowi można było bowiem zarządzić dodatkowe baraże do liczby awansowej cztery z I ligi futsalowej, lub powziąć decyzję jak w sentencji pezetpeenowskiej. I to jest coś, czego akcjonariusze spółki FE muszą się jeszcze długo uczyć.

Nieoceniony kolega Józef zwrócił uwagę na jeszcze jedną rzecz, płynącą z internetu. Ale niezwykle znamienną, uderzającą niewątpliwie w owo nadmuchane „ja” sympatyków futsalu. Jak zauważył, tylko trzy poważniejsze portale pozafutsalowe pochyliły się nad ogłoszoną decyzją PZPN. Nie wie, ile było wejść, ale wpisów było w skali mikro. Dlatego poprosił, aby w felietonie w jego imieniu zaapelować – nie roztrząsajcie sympatycy futsalu już dalej decyzji związkowego departamentu. Weźcie się do roboty, by futsal odbudowywać, gdyż sytuacja jest trudna. Kolego Józefie, melduję – zadanie wykonałem.

Po tym niezwykle cennym wtręcie pana Józefa, na chwilę przejdę jeszcze do rzeczy felietonowo arcyciekawej. A wiadomo felieton, to czasem jak bajka. Niemniej bywa, że bajka realizująca się w swojej poincie. Od dłuższego czasu pośród środowiska futsalowego przewija się temat zainteresowania futsalem kolejnego polskiego wielkiego klubu trawiastego. Jest szansa – jak mówią wtajemniczeni – że po Pogoni, Wiśle, Piaście, Legii, kolejny klub znaczący wiele w polskiej piłce pobratałby się z futsalem. Jakby wiążąc temat, niedawno Marcin Stanisławski wziął rozbrat z Gattą Zduńska Wola i wypowiedział się, iż chciałby zrealizować jakiś inny projekt futsalowy. Czyżby to projekt Futsal Widzew? - zapytam w felietonie. O ile to ziściłoby się, to pointa naprawdę byłaby wspaniała. I wcale niebajkowa.      

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS