Z notatnika dziejopisa fot. Michał Wencek

Z notatnika dziejopisa

Nie skłamię, jak napiszę, że każdy człowiek posiada jakieś ideały. A nawet głowę nabitą ideałami. Sport każdego szczebla i każdej dyscypliny również tymi ideałami się żywi. Jako młody chłopak, zamieszkujący tereny górskie, rozpoczynałem swoją sportową przygodę od narciarstwa. Kiedy brakowało śniegu – a w tamtych latach było to rzadkością – wraz z kolegami kopaliśmy piłkę. Jednak pierwsze ponad lokalne sukcesy odnosiłem w popularnym ping-pongu. Zdając maturę, byłem już zahartowanym sędzią siatkówki, w której to specjalności przebiłem się aż na szczebel centralny. Pisanie o sporcie rozpocząłem od żużla. Dopiero wiele lat po studiach stałem się sportowym działaczem, oddając się piłce nożnej. Tak oto doświadczałem idei sportowej, którą z czasem przestałem utożsamiać z idealizmem.




Kiedy Michał Listkiewicz, jako prezes PZPN, zaproponował mi objęcie stanowiska w związkowej Komisji Futsalowej, miałem już za sobą doświadczenie w działalności w komisji piłkarstwa kobiecego PZPN. Był to czas, kiedy polski futsal ciągle jeszcze świętował udział w finale europejskiego czempionatu w Moskwie. Nazwiska działaczy – Wolny, Sowiński - nadawały ton, w gronie zawodników Filipczak, Dąbrowski, Szłapa, wymieniane były jednym tchem przez futsalową młodzież. Wydawało mi się, że dyscyplina w odróżnieniu od piłki trawiastej, będącej w przededniu wielkiej afery korupcyjnej, targanej różnymi konfliktami, jest taką idealistyczną przystanią. Miejscem, gdzie realizuje się sport niemal coubertinowski. Niestety, czas pokazał całkiem inne oblicze futsalu. Oblicze, które w szarej swojej wersji dominuje do dzisiaj. I tak myśli o ideałach oraz harmonii musiały, chcąc nie chcąc, ustąpić miejsca twardej rzeczywistości. Najprościej mówiąc, aby w futsalu być, trzeba było najnormalniej walczyć.

Wspominam ową potrzebę walki w aspekcie zrozumienia części klubów futsalowej ekstraklasy, głośno optujących za powiększeniem jej do 18 zespołów. Poniekąd jestem w stanie zrozumieć ich postawę – obrony przed degradacją, czy ekstraordynaryjnych awansów – jako działania jednostek lecz nie zaakceptuję tego w perspektywie całości. Jest to najzwyczajniej sprzeniewierzenie się zasadom czystego współzawodnictwa. Interesy klubowe zostały postawione nad ideałami sportowej rywalizacji. Niemniej kości zostały rzucone – jakby powiedział współczesny Cezar – i mogę tylko optować za szybkim doprowadzeniem przez PZPN do w miarę optymalnej dla ekstraklasy liczby 14 drużyn w tych rozgrywkach. Najlepiej w ciągu jednego sezonu.

Proces licencyjny w klubach futsalowych szczebla centralnego toczy się już od dekady. Różnie z nim bywało. Niemniej, trzy aspekty zawsze wzbudzały największe kontrowersje. Po pierwsze - zawirowania wokół opłat  wpisowych czy weryfikacyjnych. Po drugie – sposoby adaptowania drużyn do rozgrywek młodzieżowych. Po trzecie – problemy z jakością obiektów. Podejrzewam, że i w obecnie trwającym procesie licencyjnym te punkty znajdą swoje poczesne miejsce. O ile zrozumieć jestem w stanie mniej ostre traktowanie pierwszoligowców, to ekstraklasę potraktowałbym według litery przepisu. Niech ta papierowa wizytówka klubowego futsalu wreszcie po dziesięciu latach spełnia wymogi z przysłowiowymi zamkniętymi oczami.




Kiedy zapoznałem się, że wspólnicy SFE zaaprobowali 18 zespołów w rozgrywkach, zacząłem się zastanawiać nad systemem rozgrywek. Gdzieś tam z przecieków internetowych uzyskałem szczątkową wiedzę, że są propozycje, aby rozegrać pierwszą rundę z udziałem wszystkich drużyn po jednym meczu. Natomiast w drugiej podzielić towarzystwo na dwie grupy i zagrać o awanse oraz spadki oddzielnie. I tak źle, i tak niedobrze – pomyślałem. Źle, gdyż nie dać w pierwszej rundzie możliwości rewanżów zespołom, jest rzeczą niepoważną. Niedobrze, kiedy walcząc o utrzymanie ma się możliwość grania tylko u przeciwnika, bez rewanżu u siebie. Jedyny pozytyw (oprócz oszczędnościowego) widzę tylko w tym, że walka o mistrzostwo odbędzie się na w miarę zdrowych zasadach – meczu oraz rewanżu. Ale jak będzie, to zobaczymy dopiero po decyzjach PZPN, który ma decydujące – i słusznie - słowo w sprawie regulaminów. A też i propozycje spółkowej Komisji Ligi mogą być z czasem inne, niż te przecieki.

Mając w pamięci, jako ówczesny działacz piłkarskiej centrali, moment formowania się futsalowej spółki, doskonale znam sprawę, delikatnie mówiąc, oziębłości Związku w kontekście pozostania w roku 2010 jednym z akcjonariuszy SFE. Najzwyczajniej postanowiono odczekać i zobaczyć, jak spółka funkcjonuje. Mamy rok 2020, spółka trwa raz udanie, raz mniej, a PZPN nadal nie odnajduje się w gronie wspólników, choć – o czym wspomniałem wyżej - do niego należy ostateczne słowo w sprawie regulaminu rozgrywek, czy nadania licencji. Jako felietonista mam prawo dopytać, dla wiedzy Polski futsalowej, czy prowadzone były lub są rozmowy o uzupełnieniu składu akcjonariuszy o PZPN. Akurat teraz spółka jest w okresie trudnym, szczególnie w zakresie sponsoringu. Niemniej ten czas jest takim pokerowym „sprawdzam”, czy w czasie prosperity zabezpieczono się, czy fundusze przejedzono. Być może związek też chce to sprawdzić. Ale w perspektywie wskazane byłoby jego wejście do spółki i wtedy nie trzeba byłoby już o każdą pomoc klamkować na ulicy Bitwy Warszawskiej.

Andrzej Hendrzak