Z notatnika dziejopisa fot. Michał Wencek

Z notatnika dziejopisa

W lipcu miną cztery miesiące, od kiedy koronawirus pokazał się w naszym kraju. I co wiemy? Nic. Nadal nie znamy miejsca, czasu oraz podmiotu, który spuścił wirusa z przysłowiowej smyczy. Spokojnie więc mogę notować dalej – mijają cztery miesiące i nadal nie wiemy, w jakim kierunku pójdzie sport. Nie tylko polski, ale i światowy. Z takim ciosem sport współczesny jeszcze się nie spotkał. Być może nawet w czasie jego nowożytnej historii nie zaistniały takowe perturbacje. Zamknięto bowiem niemal wszystkie areny i przerwano rozgrywki. I nie tylko w Polsce. Tak źle nie było nawet w czasie obu wojen światowych. Wówczas były kraje nieobjęte całkowicie wojną, czy wolne od działań militarnych, gdzie różnorodne rozgrywki się odbywały.

Sport współczesny na najwyższym poziomie to telewizja, radio, internet i inne media, ogólnie ujmując. Jak do tego dodamy miliony miłośników okołosportowego hazardu, to zobaczymy dopiero, gdzie kryje się sportowa moc powszechna. Okaże się, że wcale nie na stadionach, czy w halach, chociaż bez tego trudno byłoby się obejść. Jednak kiedy nadszedł taki czas, gdy nie było co pokazywać live, okazało się, że sport jest upadły. Ile bowiem można oglądać różne historyczne zrzuty, czy gadające głowy. A jeżeli dostaje się tylko takie zastępstwo, to z czasem i reklamodawcy mają dość owego powtórkowego przelewania z pustego w próżne. I naprawdę nie wiem, czy nie zanosi się przez to, przez tę pustkę, na koniec sportu, jaki dotychczas był nam znany.




Nie trzeba być fanem prezesa Bońka, by dziękować mu, że wywalczył 25-procentowy powrót kibiców na stadiony piłkarskie – przekazał mi telefonicznie kolega Józef. Rzeczywiście, o prezesie można myśleć i dobrze, i źle, ale nie można zaprzeczyć, że jest skuteczny. Osobiście nawet nie wiem, czy nie skuteczniejszy, niż sam nieraz zamierza. Szkoda tylko, że wpuszczeni na obiekty kibice sami sobie fundują krzywdę, w postaci łamania obowiązującego reżimu sanitarnego. Dlatego w tym kontekście jestem zadowolony, iż jeszcze nikt nie odważył się otworzyć hal dla kibiców. Co prawda uderza to w futsal, ale czy to aż takie ważne w ogólnym aspekcie prozdrowotnym? Chociaż z drugiej strony kibice futsalowi to bardziej elitarne jednostki, niż ci od trawy i pewnie zachowywaliby się przyzwoicie na meczach.

Czytam wiele na różnych forach o trudnościach futsalowych klubów w formowaniu budżetu na nowy sezon. Ogólnie to nic nowego, gdyż tak było przez lata. Niemniej teraz kryzys w gospodarce (ciągle pogłębiający się) nie daje nadziei, iż będzie to tylko krótka zapaść. Zaapeluję więc: nie ma co czekać, że szybko będzie lepiej, tylko należy zakasać rękawy i znaleźć opcje działania na nową, pewnie gorszą dla większości klubów, sytuację. Gorszą, a na dodatek nieznaną - o czym pisałem powyżej. Ale nie może to być równoważne z niepłaceniem obowiązkowych kwot wpisowych, czy podobnych regulaminowych.




Niedawno zapoznałem się z działaniami Polskiego Związku Piłkarzy. Odczytałem coś jakby motto – jedna drużyna, wspólny cel. Prezentują owi związkowcy między innymi podpowiedzi prawne, tyczące się statusu zawodnika w aspekcie przedłużonego sezonu rozgrywkowego. Omawiają też zależności na linii działacz – piłkarz – system – klub. W każdym razie polecam futsalistom. Polecam też w kontekście przemyślenia, czy zawsze należy wykorzystywać czas trudny dla klubu do podniesienia sobie pensji. Warto o tym myśleć, integrując się z klubem – pracodawcą. Zastanawiam się nawet, czy obecny czas epidemiczny nie jest porą najważniejszą dla sportu, do wykazania, jak mocno zawodnik jest związany z klubem. Sprawdzenia, czy trzymają go w nim tylko fundusze, czy coś więcej. Choćby klubowy etos, środowisko, barwy. Nie gustowałbym – i pewnie nie tylko ja – w sytuacjach, dających do zrozumienia, iż to pazerność graczy powoduje przeważnie klubowe perturbacje.

Futsalowy Puchar Polski mężczyzn otrzymał związkowe terminy. Półfinały oraz finał rozegrane zostaną w piętnaście dni sierpnia, w systemie dwumeczów. Odważnie i bez rewelacji. Nie będę pisał, iż świadczy to o trwałym obniżaniu rangi tych rozgrywek, gdyż niejednokrotnie już wskazywałem na to związkowej komisji. Dla mnie opcją jest Final Four, względnie jeden mecz finałowy na neutralnym terenie. Pewnie obecnie szybko wytłumaczono by się specyficznym czasem epidemicznym. I niech tak będzie. Niemniej, dopytam po raz wtóry, a może nawet trzeci: dlaczego związek uchyla się od zorganizowania finałowej imprezy pucharowej o zasięgu promocyjnym ponadlokalnym, czy też ponadregionalnym? Uważam, że taka potrzeba istnieje dla rozwoju futsalu, a PZPN jest na tyle bogaty, iż może pokryć większość kosztów finałowej imprezy. Jak mawiał w starożytności jeden z mądrych Rzymian – „miłość sycić trzeba nie tylko słodkimi słowy”. I tego oczekiwałbym od władz związkowych dla Pucharu.  

Andrzej Hendrzak