Z notatnika dziejopisa

Poprzez lata działalności sportowej poznałem wielu ludzi. Bardziej i mniej ciekawych. Poznałem też takich, co przychodząc do futsalu oznajmiali - o, to teraz będzie na długo moje hobby. I... po 3-4 latach odchodzili. Niedawno czytałem wywiad z panią Beatą Tyszkiewicz. Zapytana, czy widzi jakieś różnice pomiędzy hobby, kolekcjonerstwem, a zbieractwem odpowiedziała - "Kolekcjonerstwo - wydaje mi się - zakłada pewną wiedzę, selekcjonowanie tego co mogłoby znaleźć się w zbiorach. Zbieractwo zaś - wręcz przeciwnie." Po przeczytaniu wywiadu ze szczególnym naciskiem na powyższe słowa stwierdziłem, że futsal polski ma wielu hobbystów, ale niewielu jest w nim - używając jako przenośni wyrażeń wziętych z przytaczanego wywiadu - kolekcjonerów. Patrząc na ćwierćwiecze futsalowe w Polsce i odnosząc historię do dnia dzisiejszego, raptem na myśl przyszło mi 7-8 osób. I - żeby była jasność - nie wpisuję w to grono siebie. Mało, prawda. Nawet jak dodałbym jeszcze kilku, to nadal będzie niewielu. Pozostała spora większość - jak na razie - to tylko osobniki mocne w gadaniu. A gębą wyniku nie zrobi się. Ciągle prawdziwych kolekcjonerów jest zbyt mało dla budowania siły dyscypliny. Chyba nie mylę się - tym bardziej, że optymizmu nie wlewają we mnie systematyczne personalne roszady związkowe na kierowniczych stanowiskach futsalu oraz regularne w miarę "padnięcia" futsalowych teamów.



No, i stało się. Stało się to co prędzej czy później stać musiało. Niezrozumiałe dla ogółu różnice w zapisach regulaminowych - zafundowane przez PZPN (czytaj - poprzednia komisja futsalu, departament rozgrywek oraz departament prawny), a dotyczące wpisywania do protokołu meczowego liczby cudzoziemców spoza Unii Europejskiej - zaowocowały wreszcie walkowerem. Nie będę pisał, że ja, czy pan Jakub Mikulski w swoich "pisadełkach" na łamach futsal-polska przewidywaliśmy to dawno. Nie trzeba było wielkiego wysiłku intelektualnego, aby to przewidzieć. Dziwne, że nie wpadli na to zatwierdzający zapisy w regulaminach ekstraklasy, I ligi, Halowego Pucharu Polski. Oczywiście nie usprawiedliwiam, pisząc o walkowerze w gliwickich pucharowych derbach HPP, w żadnej mierze kierownictwa Piasta Gliwice. W klubie powinno się dokładnie oraz ze zrozumieniem przeczytać regulamin, który w tym punkcie brzmi nieco inaczej, niż regulamin ekstraklasy. To kierownik Piasta jest winien najbardziej. Tak jak kiedyś kierowniczka Legii Warszawa okazała się winna przy walkowerze z Celticiem Glasgow. Drogi PEZETPEENIE, nie czyń na przyszłość okazji do pomyłek. Niech w jednej dyscyplinie będzie spójny zapis regulaminowy dotyczący takich kwestii.

Proszę popatrzeć. W tym roku Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy zagrała dwudziesty piąty, czyli jubileuszowy finał. Można rzec, że jest rówieśnikiem polskiego futsalu. A rozwinęła się niepomiernie bardziej. Pan Jerzy Owsiak ma wytyczony cel i zmierza do niego. Polski futsal kręci się wokół własnego ogona i co chwilę go podgryza w najmniej spodziewanych momentach. Niestety, nie jest Uroborosem (staroegipskie wyobrażenie węża symbolizujące pożeranie samego siebie i odradzanie się z siebie) i kiedyś może już nie podnieść się po kolejnym "oczyszczającym" pożarciu.  Najnowszy przykład, o którym dowiedziałem się dopiero przy okazji analizowania HPP, to zlikwidowanie final four. Zastąpiono je dwumeczami półfinałowymi oraz dwumeczem finałowym. Rodowicz śpiewa w jednej z piosenek "Ale to już było, i nie wróci więcej". Pani Marylo, nie w futsalu. Lat temu pewnie z osiem w środowisku futsalowym na wniosek klubów uznano, iż finałowe dwumecze są passe i nieciekawe. Po pierwsze, gdy pierwszy mecz zakończy się wysokim zwycięstwem jednej z drużyn rewanż będzie spotkaniem o przysłowiową pietruszkę. Po drugie, rywali przerażały odległości. Przykładowo jazda na trasie Szczecin - Kraków, czy Chorzów. Koszty, czas, zmęczenie. Ogólny bezsens dwumeczowy - i to jeszcze w ciągu tygodnia, czy nawet 3-4 dni. Tajemnicą poliszynela jest, że obecnie za zmianą powrotną optowały te same kluby, którym wówczas dwumecze nie odpowiadały. Żenada po dwakroć. Nie znam w miarę poważnej dyscypliny zespołowej w RP, która w ten sposób rozgrywałaby pucharowy finał. Ale najbardziej - przynajmniej dla mnie - dziwne jest, że zmiany PZPN uchwalił tak zwanym rzutem na taśmę, czyli 27 października 2016, gdy zjazd wyborczy wybierał prezesa Bońka na drugą kadencje 28 października. Dlaczego tak późno - zapytam. A, jak już tak późno, to czy nie należało tego pozostawić nowemu rozdaniu. Daję tutaj mocną czerwoną kartkę w tej materii członkom komisji futsalu z kadencji 2012-2016. Jako zwykły zjadacz chleba mam prawo nawet domniemywać, że nie radzono sobie organizacyjnie z final four. I tak, zamiast do przodu - jak WOŚP, zakręcił się futsal wkoło i powrócił do punktu wyjścia z roku 2009.



Cholernie pesymistycznie pisze mi się dzisiaj. Ale tak bywa czasami. To już dwudziesty felieton, więc trzeba nieco więcej żółci wylać, aby samemu też zresetować się. Inaczej byłoby się mało wiarygodnym. Na finał daję jednak coś optymistycznego. Bardzo zapadły mi w pamięć słowa trenera Piasta Gliwice, Sebastiana Wiewióry, wypowiedziane w HAT-TRICKU Jakuba Mikulskiego. Nie będę ich przytaczał in extenso, ale muszę wspomnieć o akapicie, w którym szkoleniowiec mówi o głodzie sukcesu ich młodzieży futsalowej, ciężkiej pracy, zaangażowaniu tak zwanych "weteranów" oraz zaufaniu i atmosferze. Reasumuje fantastycznym zdaniem, które zacytuję - "Trener jest po to, żeby nie przeszkadzał, a potrafił chłodnym okiem spojrzeć na grupę, którą ma w szatni". Tak, tak, święte słowa. Należy chodzić po ziemi, a nie bujać w futsalowych obłokach. Stąpać twardo po ziemi i szanować wzajemnie się. Dlatego chciałbym, aby działacze w tym względzie brali przykład ze szkoleniowców. Brać trenerska - moim zdaniem - jest w stanie prędzej porozumieć się futsalowo niż prezesi. A, i na futsalu zna się lepiej.      

Andrzej Hendrzak