Z notatnika dziejopisa fot. Michał Wencek

Z notatnika dziejopisa

Chciałbym kiedyś napisać, że w naszym futsalu wszystko jest normalne. Że wszystko jest przewidywalne. Że nie trzeba użerać się o drobiazgi. Że każdy robi swoje, a nie podgryza innego. Że obietnice oraz umowy są dotrzymywane. Że merytoryczna wiedza, a nie układy i znajomości osobiste decydują. Że wszyscy ludzie futsalu mówią jednym głosem. Że sędziowie nie mylą się. Że każdy działacz czy trener robi swoje najlepiej jak potrafi. I nie jest w tym nic dziwnego, że takie mam marzenia. Przecież żyjemy rzekomo w kraju cywilizowanym, gdzie już nie wyciąga się topora, aby rywala uwalić. Przecież nasz futsal ma aspiracje bycia w dziesiątce Europy.

Tymczasem obserwuję jak pewne regiony futsalowe Polski nie mogą się pogodzić, że nie dano im w ręce większej władzy. Jak wycina się z różnych zadań, szkoleń, opcji ludzi spoza pewnych układów. Jak stara się zdobywać pozycje niemal według hasła marszałka Rydza-Śmigłego, czyli „Nie oddamy ani guzika”. Nikt nie odbiera, powiedzmy przykładowo Śląskowi historycznego pierwszeństwa w tworzeniu futsalu, chociaż nie jest to aż tak klarowne w zapisach. Ale nie ma możliwości przyznawania działaczom jakiegokolwiek regionu Polski patentu na futsalową nieomylność. I to z prostego powodu – nie ma ludzi nieomylnych. Nawet szef partii rządzącej przyznał to niedawno w aspekcie ustawy sejmowej o wycince drzew.



Prezes Boniek w wywiadzie dla Przeglądu Sportowego rzucił takie zdanie – „Dzisiaj największym problemem polskiej piłki są zasoby ludzkie. Im niżej się idzie, tym są one słabsze. O to musimy zadbać. Bo to da jakość naszej piłce”. Święte słowa, panie prezesie. Nie inaczej i ja myślę, pisząc felietony. Ale pozwolę sobie nieco pobronić owych zasobów z niskich szczebli – w domyśle terenu.

Warto czasami rozglądnąć się, panie prezesie, czujniej i może okazać się, że niemal na wyciągnięcie ręki okazjonalnie znajdziemy słabe zasoby. To tak tytułem dygresji. Niemniej będąc już przy owych mitycznych zasobach ludzkich zapytam nieśmiało, czy nie dałoby się losować Halowego Pucharu Polski na wizji, przynajmniej internetowej. Być może tak jest, lecz jakoś nie zauważyłem i dlatego wywołuję temat. Raz na zawsze ucięłoby się wszelkie „pogaduszki” o dziwnych zestawach par. Osobiście nie mam wątpliwości, że tylko i wyłącznie ślepy los paruje kluby. Ale – jak mówią – strzeżonego Pan Bóg strzeże. Po co więc dawać pożywki różnej maści konspiratorom, gdy korzystając z techniki każdy z zainteresowanych będzie mógł sobie wszystko obejrzeć naocznie. A przy okazji zobaczy ładne wnętrza odnowionych pomieszczeń siedziby PZPN, a i trochę ładnych twarzyczek pań pracujących w biurowcu przy Bitwy Warszawskiej.

Kiedyś byłem wzywany jako delegat ds. bezpieczeństwa ekstraklasy trawiastej do wyjaśnienia pewnego zdarzenia z udziałem sędziego zawodów. Okazało się bowiem, że obserwator, do którego należy ocenianie zachowań arbitrów w momencie zdarzenia miał odwróconą uwagę, ponieważ jego sąsiad na trybunie głośno kichnął. Tak oto kichnięcie, czy raptowne otwarcie parasola przed obserwatorem może przeszkodzić w wydaniu rzetelnej oceny arbitrowi. W futsalu przynajmniej numer z parasolem nie przechodzi. Niemniej, dyskusji o sędziowaniu jest wiele. Chociaż na pewno mniej niż kiedyś, bo i poziom wzrósł. Ale, aby nie było nudno, od czasu do czasu jakieś kwiatuszki zdarzają się.

Błędy są rzeczą ludzką i nawet starożytni to uwzględniali filozoficznie mówiąc – „Errare humanum Est” (mylić się jest rzeczą ludzką). Rzeczywiście błędy można od czasu do czasu wybaczać, o ile nie są wynikiem umyślnego działania. Gdy jest inaczej mamy do czynienia z dalszą częścią tej łacińskiej sentencji brzmiącą następująco – „Sed in errare perseverare diabolicum” - czyli „Jednak pozostawać przy błędzie jest rzeczą diabelską”. To prawda i wtedy takie „diablątko sędziowskie” powinno być wykluczone. Często w rozmowach z arbitrami, czy obserwatorami spotykam się z takim oto uzasadnieniem błędnego zachowania sędziego - „Stał dobrze, ale widział źle”. Nie przemawia do mnie ta stricte teoretyczna sztuka ustawiania się. Wolę, aby był nawet źle ustawiony, byle widział dobrze. Jeszcze gorzej jest, gdy błąd sędziego kończony jest golem. Na Boga, to jest niemal jak cięcie katowskim mieczem. Bywa też, że jest to gol decydujący. I co dzieje się. Zawodnicy nie otrzymują premii za wygrany mecz, ale sędzia ryczałtową związkową gażę pobiera. Nie widzę w tym sprawiedliwości. Może spektakularnie przydałoby się coś zmienić. Wyrównać straty. Nic bowiem bardziej nie boli jak brak widoku żywej gotówki.



Finalizując jeszcze słowo w ramach motywu powracającego (leitmotivu) o zasobach ludzkich tytułem niewielkiego resume na przykładzie trenerów. Już trzy kluby ekstraklasy zmieniły w tym roku szkoleniowców. I to wszystkie z dołu tabeli. Widać, prezesom puszczają nerwy. Zapowiada to tylko coraz bardziej pasjonującą walkę po podziale punktów. Czy zmiany pomogą? Nie wiem ani ja, ani owi prezesi. Klasyk mówi – i pewnie ma rację – drużyny nie zmienimy, bo transfery zamknięte, a trenera jakoś się znajdzie. Praktyk dodaje – łatwiej zmienić jednego szkoleniowca niż czternastu kopiących. Życzę, aby w rozrachunku sezonowym zmieniający osiągnęli korzystny bilans. Inaczej będzie to tylko sztuka dla sztuki z cyklu pobożnych życzeń. Bo z próżnego, drodzy prezesi, i Salomon nie naleje.

Andrzej Hendrzak