Z notatnika dziejopisa fot. Michał Wencek

Z notatnika dziejopisa

Po poprzednim felietonie, w którym opisywałem początki futsalowej ligi otrzymałem  telefony z podziękowaniem za przywracanie historii futsalu. Dziękuję za wskazanie, iż historia jest ważna dla czytających. Obiecuję kolejne opowiastki historyczne. W obecnym felietonie, świętując „srebrny jubileusz”, chciałbym przemycić nieco nie stricte futsalowej, ale życiowej refleksji. Niby działanie w futsalu przy innych życiowych sprawach wydaje się banalne, ale jednak uczy wiele. Szczególnie o stosunkach międzyludzkich. Są okresy, kiedy jest się działaczem wysoko w hierarchii sportowej, ale są także momenty gdy się jest poza lub na dole hierarchii. Dopiero wówczas widać, czy można  umocnić, czy zresetować przyjaźnie.

I w tym miejscu zapiszę zdania jednego z telefonicznych rozmówców, działacza pionierskich czasów. Powiedział – Jeżeli osoby, które przez lata zapewniały o wsparciu naraz z dnia na dzień zapominają, a nawet bezczelnie krytykują co wcześniej akceptowały, to nazywać ich trzeba po imieniu – karierowicze. Karierowicze, którzy sprzymierzą się nawet z czartem, byle tylko utrzymać się na stanowiskach i to w różnych układach. Owo międzyludzkie zacietrzewienie jest największą bolączką polskiego futsalu. Dlatego trudno o pozytywne rokowania na znaczący postęp w przewidywalnej perspektywie - powiedział. Zapewne jest w tych słowach sporo racji. Ale też goryczy. Jest tajemnicą poliszynela, że wielu działaczy, w tym i członków władz komisji, czy FE nawzajem nie znosi się. A nawet używając pomówień, obłudy często deprecjonują oponentów. Odnosząc się ad hoc do telefonicznych fraz powiem - nie poszukujmy przyjaciół, czy wrogów, bo oni sami objawiają się w zależności od sytuacji. Niemniej pamiętać należy, iż są ludzie dobrzy i ludzie źli. I w tym jest sztuka, aby dobre ziarno w codziennym postępowaniu oddzielić od plew.



Futsalowy teren, ba całe środowisko, oczekuje od KFiPP PZPN nakreślenia kierunków działania w kadencji. Pojawiają się pewne symptomy zaniepokojenia ich brakiem. Osobiście odradzałbym, przynajmniej do maja, niepokoje. Pół roku działania to będzie dobry moment, by przedstawić wizje obecnych rządców polskiego futsalu. Zarząd związku przed powołaniem na stanowisko przewodniczącego, inaczej niż Spółka FE, raczej nie pyta o plany, tylko mianuje z tak zwanego wyborczego układu. Tak jest od wielu, wielu lat.

Z tego co orientuję się przewodniczący Kaźmierczak spotyka się z różnymi grupami futsalu, związkami regionalnymi, kobiecym futsalem, ekstraklasą, odbywa rozmowy przy okazji rozgrywek młodzieżowych mistrzostw. Mówią, iż zeszyt pęcznieje mu od notatek. Pewnie jeszcze spotkanie z pierwszoligowcami, ocena eliminacji elbląskich ME i usłyszymy o wizji. Dobrze, że przewodniczący sam poznaje dobre oraz złe strony polskiego futsalu. I nie polega tylko na tym, co mu – mówiąc pospolicie - do jednego ucha przekaże jedna opcja, a do drugiego inna. Albo zasugeruje z tak zwanego „tylnego fotela” wiceprezes Bednarek. Jako osoba dotychczas z futsalem za wiele nieobyta, musi ostrożnie stawiać kroki po rozżarzonym futsalowym terenie, aby już na starcie nie poparzyć się. I w tej materii Go rozumiem. Nawet bardzo rozumiem. Ostatecznie w razie niepowodzenia, to na nim skupi się odpowiedzialność, a reszta – być może – będzie tylko zacierać dłonie. Trawestując powiedzenie - „kto szybko daje dwa razy daje” zasugeruję, że warto poczekać, aby otrzymać plan raz, ale dobry.



Jaki wpływ trener ma na drużynę - nie mnie opisywać. Robią to za grube pieniądze psychologowie sportu, wykładowcy szkół trenerskich, nauczyciele akademiccy. Nie wiem, czy dobrze myślę podając jako przykład dobrej zmiany (bez cudzysłowu i partyjnego odniesienia) chorzowski Clearex. Jest trener Miozga, są punkty. Zastanawiałem się dlaczego zespół, który ma trzech kadrowiczów, dobrego innostranca, wypłacalnego prezesa, tak niestabilnie gra. A widziałem chorzowian w całkiem dobrych meczach w Szczecinie oraz Zduńskiej Woli. Znając pana Mirosława jako zawodnika czy szkoleniowca spodziewałem się, że nie będzie kompromisów oraz bon-tonów i zapoznanie z jego filozofią może odbyć się tylko  prostych żołnierskich słowach. Niech się panu wiedzie, panie Mirku. Jeżeli powiedzie się będzie pan jak „półtora gościa”. Bycie „monumentem”, a Clearex niewątpliwie takim jest w FE, zobowiązuję oraz nakłada obowiązek bycia w czołowej szóstce.

Do Torunia na telewizyjny mecz ekstraklasy, zobaczyć jego organizację, jechałem nieco z duszą na ramieniu. Toruń pamiętam, z mojej kilkuletniej przygody dziennikarskiej z „Tygodnikiem Żużlowym”, jako miasto rozkochane w czarnym sporcie. Na dodatek obecnie niemal jak z rękawa „sypie” ekstraklasowymi teamami – oprócz żużla oraz futsalu jeszcze między innymi koszykówka kobiet i mężczyzn, siatkówka, hokej na trawie. Siedem ekstraklasowych zespołów daje Toruniowi trzecie miejsce w krajowym rankingu, po Gdańsku oraz Szczecinie. Po przyjeździe spotkała mnie miła niespodzianka. Pełna hala, donośny doping, godna polecenia organizacja, niezły mecz. Nikomu nie przeszkadzało że czas meczu FC stykał się z czasem meczu play off koszykarek.

Trenera Hirscha znam od lat i nie będzie przesadą powiedzieć, iż daje on klubowi wartość dodaną, mogącą sfinalizować się pierwszym w historii klubu medalem mistrzostw Polski. Kolejną wartością dodaną jest będący jak wino, im starszy tym lepszy, Marcin Mikołąjewicz, kapitan zespołu. Ale pewnie nie spięłoby się to wszystko, gdyby nie grupa prężnych działaczy z prezesem Stasiukiem na czele, potrafiąca przyciągnąć do klubu sponsorów. I im też chwała za toruński futsal. W Toruniu jak w soczewce widać ów trójpodział klubowych obowiązków. Każda z grup – działacz, trener, zawodnik – robi swoje. I dlatego jest dobrze. Czegóż chcieć więcej.

Andrzej Hendrzak