Z notatnika dziejopisa fot. Michał Wencek

Z notatnika dziejopisa

Nietuzinkowego dziennikarza sportowego Pawła Zarzecznego poznałem na przełomie wieków. Zapoznał mnie z nim Janusz Atlas, inna sława dziennikarska, kiedy przyjechali na Podkarpacie poznawać miejsca młodości Atlasowej rodziny. Byłem dla nich lokalnym cicerone. Z Januszem współpracowałem później w PZPN i rozwijałem medialnie futsal. Z Pawłem odnowiłem kontakt po przeprowadzce do warszawskiej metropolii, kiedy mieszkaliśmy niedaleko od siebie. Nie raz nie dwa spotykaliśmy się. Nasze rozmowy były intelektualną ucztą. I wcale nie sport był tematem wiodącym. Pawła szerokie horyzonty wymagały sporej koncentracji od interlokutora. Najczęściej były to gawędy o Jego felietonach w Polska The Times. Albo rozmawialiśmy o Jego komentowaniu wydarzeń w TV Republika.

Paweł, bywało, dopytywał o futsal, o którym co nieco słyszał z czasów eskapad sportowo-dziennikarskich z Atlasem. Jego sportowe miłości, to piłka nożna, Legia i Deyna. Niejednokrotnie wyczulał w rozmowie na niezawieranie tak zwanych „zgniłych kompromisów”. Już lepiej iść pod wiatr – przekonywał. Było, minęło. Odszedł nietuzinkowy dziennikarz oraz człowiek. Już w stołecznej kawiarence, czy wagonie podmiejskiej kolejki nie zapyta przygodnej osoby ile to jest 2+2 x 2. Nie zapyta konduktora, dlaczego w wagonie Kolei Mazowieckich nie można legalnie wypić piwa, gdy w Intercity można, a przecież obydwa składy jeżdżą po tych samych torach. To był człowiek nie do podrobienia. Dwóch takich znałem niepokornych dziennikarzy w sporcie – Jego oraz Atlasa. I to było moje dziennikarskie oraz prywatne szczęście. Janusza nie ma od lat. Pawła od kilku dni. Cest la vie – mówią Francuzi. I niech tak pozostanie w pamięci.



W życiu funkcjonuje powiedzenie – nie budź licha kiedy śpi, ale z jest też takie, które twierdzi - lepiej żałować, że coś się zrobiło, niż później żałować, że nic się nie zrobiło. Jeszcze niecały miesiąc i zakończy się runda zasadnicza Futsal Ekstraklasy. Pozostanie podział na grupy i pięć arcyważnych meczów decydujących o mistrzostwie oraz degradacji. Jeszcze miesiąc i reprezentacja Polski w piłce plażowej wyleci na Bahamy na finały mistrzostw świata. Trenerem jej jest drugi trener i zarazem zawodnik Gatty Zduńska Wola, Marcin Stanisławski. A być może – i w tym momencie zabawię się we wróża – w kadrze tej znajdzie się jeszcze inny futsalista ze Zduńskiej Woli.

Nie znam terminów owych pięciu meczów ekstraklasy, ale mogą pokryć się z turniejem na Bahamach. Zapytam więc teraz - jest „zagwozdka”, czy jej nie ma. Dwóch, trzech piłkarzy w kadrze, co prawda nie futsalowej, ale na ważnym dla polskiej piłki turnieju może upoważniać do przełożenia meczu. Co prawda, w regulaminie ekstraklasy jest zapis, że dotyczy to tylko kadry futsalowej, ale nie takie cuda już widziałem. Pozwolę więc sobie pospekulować. Po pierwsze, do akcji wkracza PZPN i nakazuje przełożyć mecze Gatty. Po drugie, Gatta sama dogaduje się z rywalami i mecze przekłada. Po trzecie, Gatta gra bez swoich zawodników. Po czwarte, Komisja Ligi FE szuka rozwiązania polubownego. Po piąte, jedzie tylko jeden zawodnik na Bahamy i nie ma problemu. Pewnie są i inne opcje, ale nie będę ich omawiał. Temat wrzucony, reszta nie moja broszka. Dopiszę tylko, że przed laty był już taki problem i PZPN skutecznie interweniował.  

Jak już licho wywołałem, to samo zadbało, by jeszcze nie schodzić ze szpalty felietonowej. To miała być telewizyjna uczta dla sympatyków futsalu w Polsce. Mecz na szczycie ekstraklasy Gatta Zduńska Wola - Rekord Bielsko-Biała. Nie tylko ja, ale pewnie i wielu kibiców małej piłki rozsiadło się przed telewizorami w piątkowy wieczór mając pod ręką przysłowiowe paluszki i pieniący się, złocisty napój. Zaczęło się dobrze. Był obraz, fachowy komentarz, piękne obustronne akcje. Niestety, tuż przed pierwszym golem zepsuła się wizja i pozostał tylko komentarz. Ekran stał się poniekąd impresjonistycznym obrazem Claude Moneta z ulotnymi, niedającymi się uchwycić obrazami. Tylko kolory, kolory, zamazane kolory. Za chwilę SportKlub, którego nie należy obwiniać za zaistniałe perturbacje, przerwał nadawanie i zaserwował powtórkę meczu z Torunia.



Nie piszę o tym, by nawoływać do polowania na czarownice (to i tak już w Internecie dzieje się). Nie moja to bowiem sprawa, tylko udziałowców oraz kierownictwa ekstraklasowej spółki. Niemniej zauważyć muszę, że trafiła się nam, kibicom ta impresjonistyczna wstawka w najbardziej nieciekawym momencie, bo w meczu dwóch najlepszych zespołów futsalowej ekstraklasy. Pewnie lepiej już byłoby, gdyby transmisja została odwołana ze względu niewykonalne dla gospodarzy warunki techniczne. Obiektywnie rzecz biorąc, takie przypadki jak w Zduńskiej Woli zdarzają się w transmisjach TV. Jak mówią - nie myli się tylko ten, który nic nie robi. Niemniej, zaapeluję do Spółki o większą czujność w zakresie sygnału oraz jakości przekazu.   

Opisywana sytuacja zwróciła moją baczniejszą uwagę na bratanie się futsalu z telewizją. Futsalowa Spółka jest o kilka długości przed PZPN w liczbie telewizyjnych transmisji. Gdyby nie działania Spółki FE, jej kolejnych prezesów - Kaczyńskiego, Czeczko, Szymury, Karczyńskiego, to od lat obchodzilibyśmy się przysłowiowym smakiem w telewizyjnym oglądaniu futsalu. A tak w miarę regularnie transmitowane są mecze ekstraklasy. Jak wieść gminna niesie, turniej eliminacyjny ME w Elblągu będzie relacjonowany przez Polsat. Tym sposobem raz na rok telewizyjną, futsalową ucztę kadry funduje nam PZPN. I to w nieinternetowej, czy niszowej TV. Poprzednią była polsatowska relacja sprzed roku ze Szczecina meczu z Kazachstanem. To mało, o wiele za mało. Z każdego granego w Polsce meczu futsalowej reprezentacja powinien być profesjonalny przekaz. Nie znam racjonalnych powodów, aby tak nie było. Dla PZPN to raczej żaden koszt, a dla kibiców futsalu w Polsce wielka uczta. Niemal Lukullusowa. I nie ma w moich słowach krzty (prze)sadyzmu. Tylko objawia się nakaz przyzwoitości.

Przeglądnąłem swoją listę wyróżnień zawodników tego sezonu i postanowiłem dopisać przed meczem z Białorusią jedno nazwisko. Kolejnego bramkarza. Tym razem Dariusza Słowińskiego. Za niebotyczne wyczyny w meczu Gatty z Rekordem. Martwi mnie ciągłe wyróżnianie głównie bramkarzy, chociaż wobec kontuzji Maćka Foltyna kolejny może być przydatny. Turniej w Elblągu zbliża się szybkimi krokami. Liczę, że forma kadrowiczów – tych spoza bramki - eksploduje w kwietniu. Słowińskiego darzę dużym sentymentem i szkoda, iż jest poza kadrą. Były czasy, gdy ówcześni „hurtapowcy” nie zawsze byli gotowi z różnych względów reprezentować biało-czerwone barwy. Darek był zawsze do dyspozycji. I zawsze w formie. A może trener Stanisławski zabierze go na turniej finałowy Beach Soccera na Bahamy. To Darkowi należy się. 

Andrzej Hendrzak