Z notatnika dziejopisa
Obiegowo funkcjonuje powiedzenie, które spopularyzował kiedyś ekspremier Miller, mówiące, iż prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym jak kończy, a nie jak zaczyna. Drużyna męskiego futsalu Rekordu Bielsko Biała zadała poniekąd kłam temu stwierdzeniu, gdyż rozpoczęła rozgrywki ekstraklasy futsalu sezonu 2016/2017 tak samo dobrze, jak je zakończyła. Początkiem marszu po mistrzowski tytuł był mecz w Toruniu wygrany 6:0. Sfinalizowali rekordziści ligowy bój wygraną z Gattą 9:5. Bodajże od drugiej kolejki przez resztą sezonu przewodzili ekstraklasie.
Nie może być więc wątpliwości, że tytuł mistrzowski jak najbardziej zasłużenie trafił w ich ręce. Do klubu prowadzącego jak najbardziej prawidłowy proces szkoleniowy futsalu – od dzieci poprzez młodzież do seniorów. Pisząc o tym, przy okazji odpowiem niektórym moim interlokutorom, że nigdzie nie jest napisane, iż w klubach mają grać sami Polacy. Gratuluję prezesowi Szymurze, trenerowi Szłapie, zawodnikom oraz całemu zestawowi osób, które ich wspomagały. Ale tak naprawdę siłę polskiego mistrza jak i rozgrywek polskiej ligi zweryfikują dopiero boje w ramach futsalowej, europejskiej Ligi Mistrzów. Życzę powodzenia.
Finałowy mecz Rekordu z Gattą Zduńska Wola, decydujący o futsalowym mistrzostwie Polski, był niezwykle emocjonujący. Pełen niespodziewanych zwrotów akcji, obfitujący w błędy, ale także we wspaniałe zagrania. Osobiście zapamiętam na długo niesamowitego gola Daniela Krawczyka zdobytego po precyzyjnym wykopie Darka Słowińskiego przez długość parkietu. I jeszcze zapamiętam ciekawą oprawę podsumowującą finał, którą nieco zepsuli mi oficjele, gremialnie stawiając się do rozdawnictwa medali oraz wręczania pucharów. W tym rozgardiaszu nawet nie pokazała telewizja albo ja nie widziałem (co jednak jest wątpliwe), kto wręczył kapitanowi Janovskiemu najważniejszy mistrzowski puchar. Skupiono się bowiem na bielskim samorządowcu, którego puchar akurat nie był tutaj najważniejszy. Jako felietonista życzyłbym sobie, aby medale, czy puchary wręczały osoby z związane futsalem na co dzień i organizujące rozgrywki, czyli prezes Karczyński oraz przewodniczący Kaźmierczak. Byłoby przejrzyście i bez następowania sobie na przysłowiowe odciski.
Zadałem sobie nieco trudu i sprawdziłem, jak Rekord wypadł w tym coraz popularniejszym, dzięki słownictwu trenera Probierza, „Pucharze Maja” - czyli rundzie dodatkowej gier po podziale punktów. W grupie mistrzowskiej Rekord też był najlepszy, co tylko potwierdza jego klasę. Ale w całości „majowego pucharu” musiał ustąpić pola Euromasterowi Głogów. Panie trenerze Trznadel – chapeau bas za całokształt sezonu. Nie byłbym sprawiedliwy, gdybym nie wymienił jeszcze jednego ekstraklasowego szkoleniowca. Trener Hirsch sięgnął po kolejny medal. Tym razem brązowy z FC Toruń. Pan Klaudiusz ma już na swoim koncie kilka złotych mistrzowskich medali, ale sądzę, że brązem nie pogardził. Tym bardziej, że Toruń – jak widać – po latach nijakich wstaje z kolan. Tylko szkoda, że dalej to podnoszenie będziemy obserwować bez trenera Hirscha, który na nowy sezon wybrał kierunek śląski i zakotwiczyć zamierza w Gliwicach. Mimo wszystko też życzę powodzenia.
Czytając poprzednie akapity proszę nie myśleć, że czynię jakieś podsumowanie sezonu. Wcale do tego nie zmierzam i nie czuję się godny. Zostawiam to bardziej uczonym (!) w mowie oraz piśmie futsalowym. Niemniej felietony pozwalają w swojej konwencji zajmować się wszystkim i nie myślę z tego przywileju rezygnować. Dlatego kilka słów o zawodniku, który był motorem napędowym brązowego medalisty sezonu.
Marcin Mikołajewicz, bo o nim mowa, obok trenera Hirscha był główną siłą toruńskiego teamu. Ustawiony pod jego „strzeleckość” zespół wykonał dobrze swoją robotę. Marcin strzelił ponad 30 goli, a mógł jeszcze więcej. Dlatego zadam sobie, a może i prezesom toruńskim pytanie: czy podobny sezon są w stanie powtórzyć. Czy jak Mikołajewicz będzie miał słabszy czas, będą przygotowani na zmiany. Są to, niewątpliwie, pytania czysto retoryczne, ale w felietonie warto nieraz i takie stawiać.
I jeszcze jedna rzecz, o której całe środowisko futsalowe powinno pamiętać przy okazji zakończenia sezonu 2016/2017 - to jest przygoda z TVP. Nie tylko dla Spółki FE, ale i dla całego środowiska był to swoisty papierek lakmusowy popularności oraz możliwości futsalu. Nie wypadł on dobrze. TVP przez pół roku była darmowa. Niestety, nie przełożyło to się na oglądalność oraz wysyp sponsorów. Proponuję więc środowisku posypanie głowy popiołem i zejście z obłoków na ziemię. Realne uzmysłowienie sobie miejsca, w którym polski futsal znajduje się. Nie epatowanie propagandowymi sygnałami z różnych stron Polski, jak to można szybko załatwić sponsorów. Nie epatowanie remisowym wynikiem Polska – Hiszpania uzyskanym raczej na zasadzie teorii gry „na udo”. Ignacy Paderewski – wybitny polski pianista – mawiał, że przepisem na sukces jest jeden procent talentu, dziewięć procent szczęścia oraz dziewięćdziesiąt procent pracy. Więc do roboty.
Nie może być więc wątpliwości, że tytuł mistrzowski jak najbardziej zasłużenie trafił w ich ręce. Do klubu prowadzącego jak najbardziej prawidłowy proces szkoleniowy futsalu – od dzieci poprzez młodzież do seniorów. Pisząc o tym, przy okazji odpowiem niektórym moim interlokutorom, że nigdzie nie jest napisane, iż w klubach mają grać sami Polacy. Gratuluję prezesowi Szymurze, trenerowi Szłapie, zawodnikom oraz całemu zestawowi osób, które ich wspomagały. Ale tak naprawdę siłę polskiego mistrza jak i rozgrywek polskiej ligi zweryfikują dopiero boje w ramach futsalowej, europejskiej Ligi Mistrzów. Życzę powodzenia.
Zadałem sobie nieco trudu i sprawdziłem, jak Rekord wypadł w tym coraz popularniejszym, dzięki słownictwu trenera Probierza, „Pucharze Maja” - czyli rundzie dodatkowej gier po podziale punktów. W grupie mistrzowskiej Rekord też był najlepszy, co tylko potwierdza jego klasę. Ale w całości „majowego pucharu” musiał ustąpić pola Euromasterowi Głogów. Panie trenerze Trznadel – chapeau bas za całokształt sezonu. Nie byłbym sprawiedliwy, gdybym nie wymienił jeszcze jednego ekstraklasowego szkoleniowca. Trener Hirsch sięgnął po kolejny medal. Tym razem brązowy z FC Toruń. Pan Klaudiusz ma już na swoim koncie kilka złotych mistrzowskich medali, ale sądzę, że brązem nie pogardził. Tym bardziej, że Toruń – jak widać – po latach nijakich wstaje z kolan. Tylko szkoda, że dalej to podnoszenie będziemy obserwować bez trenera Hirscha, który na nowy sezon wybrał kierunek śląski i zakotwiczyć zamierza w Gliwicach. Mimo wszystko też życzę powodzenia.
Marcin Mikołajewicz, bo o nim mowa, obok trenera Hirscha był główną siłą toruńskiego teamu. Ustawiony pod jego „strzeleckość” zespół wykonał dobrze swoją robotę. Marcin strzelił ponad 30 goli, a mógł jeszcze więcej. Dlatego zadam sobie, a może i prezesom toruńskim pytanie: czy podobny sezon są w stanie powtórzyć. Czy jak Mikołajewicz będzie miał słabszy czas, będą przygotowani na zmiany. Są to, niewątpliwie, pytania czysto retoryczne, ale w felietonie warto nieraz i takie stawiać.
I jeszcze jedna rzecz, o której całe środowisko futsalowe powinno pamiętać przy okazji zakończenia sezonu 2016/2017 - to jest przygoda z TVP. Nie tylko dla Spółki FE, ale i dla całego środowiska był to swoisty papierek lakmusowy popularności oraz możliwości futsalu. Nie wypadł on dobrze. TVP przez pół roku była darmowa. Niestety, nie przełożyło to się na oglądalność oraz wysyp sponsorów. Proponuję więc środowisku posypanie głowy popiołem i zejście z obłoków na ziemię. Realne uzmysłowienie sobie miejsca, w którym polski futsal znajduje się. Nie epatowanie propagandowymi sygnałami z różnych stron Polski, jak to można szybko załatwić sponsorów. Nie epatowanie remisowym wynikiem Polska – Hiszpania uzyskanym raczej na zasadzie teorii gry „na udo”. Ignacy Paderewski – wybitny polski pianista – mawiał, że przepisem na sukces jest jeden procent talentu, dziewięć procent szczęścia oraz dziewięćdziesiąt procent pracy. Więc do roboty.