Z notatnika dziejopisa fot. Michał Wencek

Z notatnika dziejopisa

Przychodzą czasy, kiedy przywilejem jest zostać tak zwanym „piszącym wolnym strzelcem”. Wówczas zawiera się porozumienia o terminach, czy tematach z redaktorem naczelnym na zasadzie  dobrowolnego akceptowalnego przez układające się strony zobowiązania. I to nazywa się swobodą samodzielnego myślenia, o które tak trudno w obecnych czasach. Nawet w dzisiejszej piłce brakuje go nader często. I też w futsalu. Gołym okiem widoczne są bowiem niejednokrotnie w mediach interpretacje przedstawiane zgodnie z jedynie słuszną linią związkową. Bez najmniejszej refleksji. A co najciekawsze, owa oficjalność częściej wypływa z twittowania „ważnych osób” niż rutynowych wypowiedzi, choćby rzecznika związkowego.

Ale póki są sukcesy niech się to tak kręci. A później, jak to śpiewano w piłkarskim przeboju - „tego nie wie nikt”. Już tak wiele - jako działacz sportowy - widziałem różnych wolt osób, wydawałoby się stałych w poglądach, że nic w polskiej piłce nie jest w stanie mnie zadziwić. Weźmy chociażby sytuacje wyborcze, gdy najbliższy współpracownik staje przeciwko koledze – szefowi. I to w momencie, kiedy do końca płyną zapewnienia o lojalności. Niech moje felietonowe słowa zakonotuje sobie każdy działacz klubowy futsalu. Niech każdy z nich ma oczy oraz uszy z każdej strony głowy i nie daje nabierać się na piękne słówka. Choćby płynęły z najelegantszych ust związkowych.
W jednym z podkarpackich mediów wyczytałem, że drużyna Heiro Rzeszów, występująca w I lidze, przez całe rozgrywki nowego sezonu pokona blisko 6500 kilometrów. To sporo, a wiąże się z dużymi wydatkami finansowymi, z dalekimi podróżami. Najdalszy wyjazd czeka rzeszowian na mecz z Orłem Jelcz-Laskowice, kiedy trzeba będzie pokonać 416 km w jedną stronę. Najbliżej będzie miał rzeszowski team do Nowin na starcie z Ekom Futsal - 173 kilometry. Jeszcze więcej kilometrów przemierzy Helios Białystok. Najbliższy wyjazd  ma do Warszawy – około 450 kilometrów w obie strony. Ale już do Zielonej Góry wychodzi 1300 kilometrów, a do Obornik czy Leszna po 1100 kilometrów. W sumie w sezonie Helios pokona ponad jedną czwartą długości równika, czyli circa 11 tysięcy kilometrów. Zarówno dla Heiro jak i Heliosa, a także innych „kresowych” zespołów owe „wycieczki” podrażają koszty utrzymania klubowego. Podejrzewam, że prezesi tych klubów na wyjazdy muszą poświęcić około 30-40 procent klubowego budżetu. Jak widać futsal małą ma tylko piłkę, natomiast koszty wcale niemałe.

Całkiem inaczej to wygląda, gdy jest się umiejscowionym gdzieś w środku Polski, względnie na Śląsku, gdzie jest sporo drużyn. Kiedyś obecny prezes Spółki FE powiedział, że na Śląsku mogliby sobie nawet utworzyć „ligę tramwajową”, ponieważ na większość meczów można dojechać środkami komunikacji miejskiej. I coś w tym jest.  Dlatego darzę większym szacunkiem tych różnych „kresowców”, czyli zespoły z krańców Polski, które zawsze będą miały w sprawach wyjazdowych pod górkę. Nie widzę, tak ad hoc, sprawiedliwego rozwiązania. Pewnie można próbować apelować o zwiększenie liczby grup ekstraklasowego zaplecza, czy zmianę geograficzną podziału na grupy, ale nie sądzę, by dało to rozwiązanie zadowalające ogół. Tym bardziej poprawiające poziom sportowy tej ligi.

Nie doczytałem się na futsalowych portalach klubowych, aby ktoś podziękował Komisji Licencyjnej PZPN za wyrozumiałe podejście do procesu licencyjnego dla klubów ekstraklasy oraz I ligi polskiego futsalu. Osobiście nie mam złudzeń, że było wyrozumiale - szczególnie w aspekcie I ligi - i dzięki temu liczba drużyn w obydwu grupach zostanie zachowana. Dziękuję więc ja związkowej władzy za życzliwość wobec naszego futsalu.

Tyle teoria, bo gdyby doszło do praktyki i panowie z Komisji Licencyjnej wybraliby się wyrywkowo na mecze I ligi futsalu zobaczyliby w wielu przypadkach, że ich mniemanie o solidności organizacyjnej ma się po wielokroć nijak do wymogów organizacji meczowej. Czasami nawet dziwię się, jak sędziowie mogą dopuścić do zawodów, gdy na halach brakuje podstawowych zabezpieczeń. Na szczęście w nowym sezonie zaistniałe niedoróbki będzie już można zobaczyć i to nagrane przez kluby w ramach programu PZPN – magazynu I ligi futsalu. Tym oto sposobem klub może złożyć całkiem legalne doniesienie – i to za własne pieniądze – na samego siebie. Tak trzymać, panowie organizatorzy rozgrywek.
Jak pewnie wszyscy interesujący się futsalem wiedzą, pan Andrzej Dąbrowski ze Zduńskiej Woli postanowił odpocząć sobie od sportowej działalności. I nieoczekiwanie wywołał tym ambaras personalny w składzie Komisji Futsalu i Piłki Plażowej. Otóż Spółka FE rekomenduje zgodnie z umową z PZPN dwie osoby do Komisji związkowej. Aktualnie jeszcze z tego poręczenia członkami Komisji są panowie Dąbrowski oraz Czeczko. Po wycofaniu się pana Andrzeja, rozpoczęły się podchody o miejsce po nim. Spółka ma swoich kandydatów, ale też związek widzi osoby przydatne do działania z grona spółkowych działaczy. Nie zawsze preferencje stron są zgodne. Jak to mówi się w dyplomacji – rozmowy trwają. Dla mnie jest to dziwno-śmieszne, bo prawo wskazania kandydata ma Spółka i tylko Spółka.

Zresztą problem jest nieco szerszy, gdyż i w Spółce trwają „przepychanki” o to miejsce. Dla uniknięcia zwady na przyszłość proponuję, aby każdorazowo jednym z kandydatów Spółki był prezes Rady Nadzorczej. Drodzy panowie, drogie panie. Kiedyś, jak obowiązywał inny regulamin, Komisja czy Wydział Futsalu miały przewodnią oraz decyzyjną rolę dla polskiego futsalu. Obecnie zgodnie z zapisami PZPN jest to tylko ciało opiniujące, doradcze. Więc o co ten spór. O obiady raz na kwartał. Przecież i tak prezydium Komisji decyduje niemal o wszystkim, na co ścisłe kierownictwo PZPN Komisji pozwoli. Czy więc warto kruszyć kopie o cztery wyjazdy w roku do Warszawy?

Andrzej Hendrzak