Z notatnika dziejopisa
Siemianowicki kompleks sportowy „Michał” był w minioną niedzielę miejscem inauguracji sezonu futsalowego 2017/2018 w Polsce. Niezbyt równy pojedynek stoczyły w jego hali w ramach futsalowego Superpucharu Polski bielski Rekord oraz chorzowski Clearex. Wyraźnie było widać, że dla Rekordu sportowy sezon w sensie poważnych gier punktowych trwa już od miesiąca, a Clearex dopiero za tydzień rozpocznie punktowe pojedynki.
Nie upoważnia to jednak wcale, choćby czterech chorzowskich reprezentantów Polski, do miałkiej gry. Ale dając czas Cleareksowi na wykazanie się w sezonie ekstraklasy warto z okazji Superpucharu zachwycić się postawą futsalistów Rekordu. Felieton nie jest miejscem do opisywania przebiegu meczu, ale zawsze wolno felietoniście pocmokać nad urodą goli, czy niektórych akcji w wykonaniu bielszczan. Tylko tak trzymać, albo co nieco jeszcze poprawić i powinno być więcej niż dobrze. Przynajmniej w polskiej ekstraklasie. A może nawet stać się Rekord eksportową futsalową drużyną. Teamem, na który czekamy od lat. I tego życzę przed sezonem.
Osadzenie superpucharowego meczu w Siemianowicach, w sytuacji, gdy rywalizują dwa kluby ze Śląskiego ZPN, było jak najlepszym pomysłem. Siemianowice wniosły swoją cegiełkę do historii polskiego futsalu i należy sobie życzyć, aby futsal tam odrodził się na poważnym szczeblu ligowym. Zajęte miejsca na widowni świadczyły, że jest zapotrzebowanie na „małą piłeczkę”.
Superpuchar odbywał się pod nadzorem Komisji Futsalu i Piłki Plażowej PZPN. Było związkowe obrandowanie, piłki od sponsora technicznego I ligi futsalu, confetti, fajerwerki, tańczące dziewczęta oraz wypożyczona, profesjonalna nawierzchnia do gry (aż dziw bierze, że PZPN nie dorobił się do tej pory własnej – a tak wiele słyszy się z najważniejszych ust związkowych o wspieraniu dyscypliny). Były medale puchary, oficjele w garniturach, czyli wszystko niemal, co przy takich okazjonalnych wydarzeniach być powinno. I nie byłoby żadnego ale, gdyby nie jedno zapytanie od moich czytelników – dlaczego nie było powtórek w przekazie wizyjnym transmisji live siemianowickiej imprezy. Jeżeli już jestem przy jakichś sugestiach, to zasugeruję opcji futsalowej w KFiPP, by trochę poduczyć się od opcji plażowej w Komisji i brać przykład z relacji rozgrywek beach soccerowych minionego lata. Tam była maestria - nie tylko zresztą telewizyjna – a tutaj raczej normalność, ciut tylko doprawiona.
Niedawno byłem w Norwegii, całkiem planowo na wypoczynku oraz w Szwajcarii, już nieplanowo, na zaproszenie. Sportowe zaproszenie. Jak to w Szwajcarii, na jej prowincji jest spokojnie, sielsko, czysto. I co mnie uderzyło? A to, że tam wyraźniej zobaczyłem, jak coraz bardziej człowiek wyręcza się techniką. I to w pracy, i to w domu, i to niemal przy każdej czynności. Przypomniałem sobie wtedy o tych piłkarskich „VAR-ach”, które mają pomagać sędziom na meczach piłki nożnej.
Wspólnie ze szwajcarskim znajomym – też sympatykiem sportów różnych, doszliśmy do wniosku, że z czasem i na to jako kibice będziemy narzekać, gdyż nie uwierzymy przekazowi. Taka, niestety, jest natura człowieka. Musi ponarzekać. I to nie zmieni się, bo po co byliby wtedy felietoniści. Samozadowolenie kierujących sięgnęłoby zenitu. A tak zawsze można ostrzec przed upadkiem. Upaść to zawsze można, a nieraz nawet trzeba, lecz chodzi o to, by jak najmniej bolało.
Powyższy passus wtrąciłem w aspekcie rewanżowego meczu barażowego o słoweńskie futsalowe Euro 2018. Tak jak wcześniej pisałem, szanse awansowe podzieliłem po połowie. Węgrzy swoją połówkę odrobili bez specjalnie rewelacyjnej nadwyżki. Teraz kolej na nas i tutaj oczekuję pokaźniejszej nadwyżki. Patrząc na formę Kałuży - bramkarza naszej reprezentacji - choćby w meczu o Superpuchar, jestem coraz lepszej myśli o wyniku koszalińskiej potyczki.
Nie wiem, czy fartownie będzie o tym pisać dzisiaj, ale zaryzykuję. Cóż byłby ze mnie felietonista, gdybym nie miał własnego zdania. Dlatego napiszę do naszych selekcjonerów. Osobiście zrobiłbym drobny retusz w naszej kadrze po meczu w Miskolcu. A już kogo i za kogo nie podpowiem, bo mi za to w związku nie płacą. Jednak mimo wszystko, nie bacząc, iż kadra pozostała niezmienna, życzę zwycięskiej wygranej. I to jest moje największe marzenie futsalowe. Widzieć Polskę w finałach ważnej imprezy mistrzowskiej. A, że marzenia, podobnie jak błądzenia są rzeczą ludzką, przekonuje mnie w jednym z wywiadów prezes Szymura, myślący o wybudowaniu hali sportowej, by mistrzowski Rekord mógł występować na obiekcie jaki mistrzowi przystoi. Życzę więc prezesowi Januszowi, aby owe marzenie spełniło się. Podobnie jak sobie życzę spełnienia mojego w miarę przewidywalnym czasie.
Wyczytałem niedawno, iż Główny Urząd Statystyczny zaprezentował raport na temat kultury fizycznej w Polsce w 2016 roku, w którym podaje, że futbol halowy w 520 sekcjach w całym kraju uprawiało ponad 14 tysięcy zawodników. Z tego ponad 9 tysięcy to juniorzy i młodsi zawodnicy. Zastanawia mnie, dlaczego GUS nie wyodrębnił futsalu, tylko zadowolił się ogólnym pojęciem futbol halowy. Jest to zamazanie obrazu, gdyż pod takim szyldem można umieścić różne bramki, różne przepisy, różne wielkości boisk, etcetera etcetera. Nic te statystyczne opisy nie dają sympatykowi futsalu. A nawet gorzej, klasyfikują jego ukochaną dyscyplinę w gronie nijakich, nieznanych. Ze statystyką jest bowiem jak z mediami społecznościowymi: kogo w nich nie ma, ten nie istnieje. Więc i futsalu jakby nie było. Jawi się tym samym zadanie dla PZPN. Wywalczyć, by futsal był przez GUS postrzegany. Niestety, nie widzi mi się to – przynajmniej na razie - wykonalne. Nawet przy największych staraniach prezesa Bednarka, przewodniczącego Kazimierczaka i ich pretorian, sprawa jest wątpliwa do zmiany. Pozostaje więc robić swoje – jak to mówi piosenka - i nie zaglądać w statystyki tylko do hal.
Andrzej Hendrzak
Nie upoważnia to jednak wcale, choćby czterech chorzowskich reprezentantów Polski, do miałkiej gry. Ale dając czas Cleareksowi na wykazanie się w sezonie ekstraklasy warto z okazji Superpucharu zachwycić się postawą futsalistów Rekordu. Felieton nie jest miejscem do opisywania przebiegu meczu, ale zawsze wolno felietoniście pocmokać nad urodą goli, czy niektórych akcji w wykonaniu bielszczan. Tylko tak trzymać, albo co nieco jeszcze poprawić i powinno być więcej niż dobrze. Przynajmniej w polskiej ekstraklasie. A może nawet stać się Rekord eksportową futsalową drużyną. Teamem, na który czekamy od lat. I tego życzę przed sezonem.
Superpuchar odbywał się pod nadzorem Komisji Futsalu i Piłki Plażowej PZPN. Było związkowe obrandowanie, piłki od sponsora technicznego I ligi futsalu, confetti, fajerwerki, tańczące dziewczęta oraz wypożyczona, profesjonalna nawierzchnia do gry (aż dziw bierze, że PZPN nie dorobił się do tej pory własnej – a tak wiele słyszy się z najważniejszych ust związkowych o wspieraniu dyscypliny). Były medale puchary, oficjele w garniturach, czyli wszystko niemal, co przy takich okazjonalnych wydarzeniach być powinno. I nie byłoby żadnego ale, gdyby nie jedno zapytanie od moich czytelników – dlaczego nie było powtórek w przekazie wizyjnym transmisji live siemianowickiej imprezy. Jeżeli już jestem przy jakichś sugestiach, to zasugeruję opcji futsalowej w KFiPP, by trochę poduczyć się od opcji plażowej w Komisji i brać przykład z relacji rozgrywek beach soccerowych minionego lata. Tam była maestria - nie tylko zresztą telewizyjna – a tutaj raczej normalność, ciut tylko doprawiona.
Niedawno byłem w Norwegii, całkiem planowo na wypoczynku oraz w Szwajcarii, już nieplanowo, na zaproszenie. Sportowe zaproszenie. Jak to w Szwajcarii, na jej prowincji jest spokojnie, sielsko, czysto. I co mnie uderzyło? A to, że tam wyraźniej zobaczyłem, jak coraz bardziej człowiek wyręcza się techniką. I to w pracy, i to w domu, i to niemal przy każdej czynności. Przypomniałem sobie wtedy o tych piłkarskich „VAR-ach”, które mają pomagać sędziom na meczach piłki nożnej.
Wspólnie ze szwajcarskim znajomym – też sympatykiem sportów różnych, doszliśmy do wniosku, że z czasem i na to jako kibice będziemy narzekać, gdyż nie uwierzymy przekazowi. Taka, niestety, jest natura człowieka. Musi ponarzekać. I to nie zmieni się, bo po co byliby wtedy felietoniści. Samozadowolenie kierujących sięgnęłoby zenitu. A tak zawsze można ostrzec przed upadkiem. Upaść to zawsze można, a nieraz nawet trzeba, lecz chodzi o to, by jak najmniej bolało.
Nie wiem, czy fartownie będzie o tym pisać dzisiaj, ale zaryzykuję. Cóż byłby ze mnie felietonista, gdybym nie miał własnego zdania. Dlatego napiszę do naszych selekcjonerów. Osobiście zrobiłbym drobny retusz w naszej kadrze po meczu w Miskolcu. A już kogo i za kogo nie podpowiem, bo mi za to w związku nie płacą. Jednak mimo wszystko, nie bacząc, iż kadra pozostała niezmienna, życzę zwycięskiej wygranej. I to jest moje największe marzenie futsalowe. Widzieć Polskę w finałach ważnej imprezy mistrzowskiej. A, że marzenia, podobnie jak błądzenia są rzeczą ludzką, przekonuje mnie w jednym z wywiadów prezes Szymura, myślący o wybudowaniu hali sportowej, by mistrzowski Rekord mógł występować na obiekcie jaki mistrzowi przystoi. Życzę więc prezesowi Januszowi, aby owe marzenie spełniło się. Podobnie jak sobie życzę spełnienia mojego w miarę przewidywalnym czasie.
Wyczytałem niedawno, iż Główny Urząd Statystyczny zaprezentował raport na temat kultury fizycznej w Polsce w 2016 roku, w którym podaje, że futbol halowy w 520 sekcjach w całym kraju uprawiało ponad 14 tysięcy zawodników. Z tego ponad 9 tysięcy to juniorzy i młodsi zawodnicy. Zastanawia mnie, dlaczego GUS nie wyodrębnił futsalu, tylko zadowolił się ogólnym pojęciem futbol halowy. Jest to zamazanie obrazu, gdyż pod takim szyldem można umieścić różne bramki, różne przepisy, różne wielkości boisk, etcetera etcetera. Nic te statystyczne opisy nie dają sympatykowi futsalu. A nawet gorzej, klasyfikują jego ukochaną dyscyplinę w gronie nijakich, nieznanych. Ze statystyką jest bowiem jak z mediami społecznościowymi: kogo w nich nie ma, ten nie istnieje. Więc i futsalu jakby nie było. Jawi się tym samym zadanie dla PZPN. Wywalczyć, by futsal był przez GUS postrzegany. Niestety, nie widzi mi się to – przynajmniej na razie - wykonalne. Nawet przy największych staraniach prezesa Bednarka, przewodniczącego Kazimierczaka i ich pretorian, sprawa jest wątpliwa do zmiany. Pozostaje więc robić swoje – jak to mówi piosenka - i nie zaglądać w statystyki tylko do hal.
Andrzej Hendrzak