Z notatnika dziejopisa
Noblista Albert Camus powiedział kiedyś, że prawie wszystko, co wie o obowiązkach i moralności zawdzięcza futbolowi. Nie wiem, co miał na myśli tak mówiąc i w to specjalnie nie wnikam, gdyż od pewnego czasu nie należę, niestety, do grona osobników, którzy bezgranicznie wierzą w umoralniającą rolę piłki w „światowym teatrum”. Jak patrzę na decyzje europejskich czy światowych władz piłkarskich, dążących do umasowienia finałów ważnych imprez piłkarskich, odbieram je jako typowe działania dla zbijania kasy. A przy okazji traktuję jako idealną formułę zaspokojenia głodu sukcesu u wszystkich narodów kopiących piłkę po trawie, czy hali lub na plaży, a czasami nawet i siebie po czole. Traktuję jako formę agitacji wyborczej, gdyż poprzez takie wyciągniecie ręki szczególnie ten słabszy zgłaszający się do rywalizacji może poczuć się już na starcie swoistym zwycięzcą. To tak na wstępie gwoli dania asumptu do przemyślenia, dlaczego polski futsal nie profesjonalizuje się klubowo w rozmiarach oczekiwanych od lat.
W rok po objęciu władzy przez obecną ekipę kierującą polskim futsalem zastanawiam się, czy jest jakiś wzór matematyczny, który pozwoliłby opracować nieskomplikowane zasady wyboru dobrego działacza. Pewnie go nie ma. Tak jak nie ma wzoru na wyłonienie dobrego trenera, czy zawodnika. To taka profesja, w której szlachectwo nie jest dane raz na zawsze. Trzeba je ciągle, na bieżąco potwierdzać. Niemniej, jednego oczekiwałem od panujących futsalowi miłosiernie zarządców - zasypania podziałów w polskim futsalu. Niestety – jest to moje odczucie – jakoś to jeszcze nie wyszło. A czas biegnie.
Jestem poniekąd człowiekiem małej wiary jeżeli chodzi o takie sprawy, gdyż wiem z autopsji, iż materiał ludzki jest niezwykle ambitny i nie poddaje się łatwo zaszeregowaniu w nakreślane ramy. Ale z drugiej strony wierzę w doświadczenie przewodniczącego Kaźmierczaka wyniesione z dużej piłki. Celowo podkreślam – dużej piłki – czyli tej trawiastej, gdyż uważam, że wiele rozwiązań organizacyjno-regulaminowych - choćby w temacie rozgrywek młodzieżowych, czy systematyzacji lig niższych futsalu – należy stamtąd pobierać. Korzystać z rozwiązań wcześniej praktycznie sprawdzonych. I nie ma co wyważać w futsalu częstokroć już wcześniej otworzonych drzwi. Jeżeli mogę o coś poprzez felieton zwrócić się do przewodniczącego, to będzie to apel o kierowanie się jak najczęściej własnym rozsądkiem oraz doświadczeniem wyniesionym z macierzystego związku piłkarskiego oraz piłki trawiastej. I niech dzieje się to nawet kosztem odrzucania różnych podpowiedzi z - od lat raz bardziej, raz mniej – niejednolitego, by nie powiedzieć skonfliktowanego, środowiska futsalowego.
Wiele jeździłem jesienią po Polsce i tak składało się, że miałem możliwość rozmawiać z wójtami, burmistrzami niedużych gmin, czy miast. Zawsze wtrącałem temat futsalowy. I muszę stwierdzić, że właśnie w tych niewielkich samorządach upatrywałbym przyszłości dla rozwoju polskiego futsalu. Dzisiaj w czasach, kiedy niemal w każdej gminie, miasteczku, znajduje się hala sportowa do gry w futsal, ich zaangażowanie może pozwolić poszerzyć wiedzę o futsalu i jego bazę w tak zwanym piłkarskim terenie. A samorządowcy są do tego chętni.
Dla mnie bywają oni niejednokrotnie ważniejsi niż różni prezesi ważnych firm, którzy przeważnie o futsalu wiedzą tyle, co przeciętny zjadacz chleba na pięknej wyspie Kubie o skokach narciarskich. Co najwyżej kiwną głową, przytakną, coś może czasem wysupłają z kabzy, ale szerszego gestu dla futsalu nie zaoferują, bo to nie on przysporzy im tak oczekiwanego lansu, rozpoznawalności. I dlatego trzeba bywać – drodzy działacze futsalowi wszystkich szczebli oraz organizacji – częściej w terenie, a rzadziej na centralnych salonach. To w terenie czeka futsal organiczna, ale i syzyfowa nieraz praca.
Od roku 2011 utrzymuję kontakt z futsalem brazylijskim. Przyznaję od razu, że stał się on możliwy dzięki byłemu trenerowi naszej reprezentacji Vlasitmilowi Bartoskowi (dziękuję ci Vlasta – o ile czytasz felietony). Pokłosiem tych kontaktów był między innymi sfinalizowany w lipcu 2012 roku wyjazd naszej seniorskiej reprezentacji futsalowej na trzy mecze do Brazylii. I – co jest oczywiste w poważnych kontaktach – nasz pobyt przez cały czas pokrywali zapraszający. Przy okazji na marginesie wspomnę, że dodatkowo kadra otrzymała całkiem niespodziewanie atrakcyjny bonus od portugalskich linii lotniczych w postaci dobowego pobytu w Rio i zakosztowania słynnej Copacabany. Wiem jak trudne są negocjacje z Brazylijczykami, gdyż z upoważnienia prezesa Lato osobiście prowadziłem z nimi dialog oraz negocjowałem zaproszenie przez długie pół roku. Raz było łatwiej, raz trudniej, ale udało się. Ten wyjazd pozostaje dla mnie spełnieniem futsalowego marzenia dla zawodników ówczesnej kadry. A osobiście wielką satysfakcją, która zaowocowała ciekawymi kontaktami. O ile mnie pamięć nie myli był to drugi wyjazd polskiego futsalu do kraju kawy. Chyba z dekadę wcześniej była tam kadra pod wodzą Romana Sowińskiego. Życzę polskiemu futsalowi, aby był i trzeci raz, bo to naprawdę piękny kraj i fantastyczny ze znamionami organizacyjnej fiesty futsal, którego poziom jest znany na całym świecie. Jednak wcześniej oczekiwałbym od władz PZPN oraz kierownictwa polskiego futsalu zaproszenia reprezentacji futsalowej canarinhos na mecze do Polski. Tak wypada według zasad rewanżu. Liczę, że doczekam się. Z tego co wiem, Brazylia też na to liczy. I na pewno na taką futsalową ucztę czekają polscy kibice.
Z wielkiego świata futsalowego czas jednak powrócić - przynajmniej na chwilę - na ligowe podwórko. Mikołaj Zastawnik po kontuzji wrócił do kadry i strzela gole. Po jego powrocie Clearex też nie przegrywa. Chociaż w tym przypadku nie zapominałbym o Rafale Krzyśce w bramce. Ale wracając do Mikołaja. Jest to największy talent obecnych dni naszego futsalu. Kiedyś jako młodzieżowiec wyłapany z wielu przez trenera Korczyńskiego zbliża się do czasu, gdy powinien wyemigrować do niezłego zagranicznego klubu.
Niech pamięta, że Robert Lewandowski kisnąc dalej w polskiej słabej lidze tylko by tracił. Wyjechał do prawdziwie profesjonalnej ligi oraz topowego klubu i ciągle zyskuje. A niejako przy okazji zyskuje reprezentacja. Zastawnikowi jeszcze daleko do casusu Lewandowskiego w zakresie poziomu gry, ale warto już przynajmniej jedną nogą być poza granicą. O ile polski team trawiasty bez Roberta raczej nie obędzie się, reprezentacyjny futsal jeszcze bez Mikołaja daje radę. Czego przykładem jest sławetny remis z Hiszpanami w Elblągu. Niemniej, wreszcie chciałoby się też, aby po Pawle Budniaku kolejny polski futsalowiec „powąchał” dobrego zagranicznego klubu, gdyż to tylko podniesie oceny rodzimego futsalu.
Andrzej Hendrzak
Jestem poniekąd człowiekiem małej wiary jeżeli chodzi o takie sprawy, gdyż wiem z autopsji, iż materiał ludzki jest niezwykle ambitny i nie poddaje się łatwo zaszeregowaniu w nakreślane ramy. Ale z drugiej strony wierzę w doświadczenie przewodniczącego Kaźmierczaka wyniesione z dużej piłki. Celowo podkreślam – dużej piłki – czyli tej trawiastej, gdyż uważam, że wiele rozwiązań organizacyjno-regulaminowych - choćby w temacie rozgrywek młodzieżowych, czy systematyzacji lig niższych futsalu – należy stamtąd pobierać. Korzystać z rozwiązań wcześniej praktycznie sprawdzonych. I nie ma co wyważać w futsalu częstokroć już wcześniej otworzonych drzwi. Jeżeli mogę o coś poprzez felieton zwrócić się do przewodniczącego, to będzie to apel o kierowanie się jak najczęściej własnym rozsądkiem oraz doświadczeniem wyniesionym z macierzystego związku piłkarskiego oraz piłki trawiastej. I niech dzieje się to nawet kosztem odrzucania różnych podpowiedzi z - od lat raz bardziej, raz mniej – niejednolitego, by nie powiedzieć skonfliktowanego, środowiska futsalowego.
Wiele jeździłem jesienią po Polsce i tak składało się, że miałem możliwość rozmawiać z wójtami, burmistrzami niedużych gmin, czy miast. Zawsze wtrącałem temat futsalowy. I muszę stwierdzić, że właśnie w tych niewielkich samorządach upatrywałbym przyszłości dla rozwoju polskiego futsalu. Dzisiaj w czasach, kiedy niemal w każdej gminie, miasteczku, znajduje się hala sportowa do gry w futsal, ich zaangażowanie może pozwolić poszerzyć wiedzę o futsalu i jego bazę w tak zwanym piłkarskim terenie. A samorządowcy są do tego chętni.
Dla mnie bywają oni niejednokrotnie ważniejsi niż różni prezesi ważnych firm, którzy przeważnie o futsalu wiedzą tyle, co przeciętny zjadacz chleba na pięknej wyspie Kubie o skokach narciarskich. Co najwyżej kiwną głową, przytakną, coś może czasem wysupłają z kabzy, ale szerszego gestu dla futsalu nie zaoferują, bo to nie on przysporzy im tak oczekiwanego lansu, rozpoznawalności. I dlatego trzeba bywać – drodzy działacze futsalowi wszystkich szczebli oraz organizacji – częściej w terenie, a rzadziej na centralnych salonach. To w terenie czeka futsal organiczna, ale i syzyfowa nieraz praca.
Z wielkiego świata futsalowego czas jednak powrócić - przynajmniej na chwilę - na ligowe podwórko. Mikołaj Zastawnik po kontuzji wrócił do kadry i strzela gole. Po jego powrocie Clearex też nie przegrywa. Chociaż w tym przypadku nie zapominałbym o Rafale Krzyśce w bramce. Ale wracając do Mikołaja. Jest to największy talent obecnych dni naszego futsalu. Kiedyś jako młodzieżowiec wyłapany z wielu przez trenera Korczyńskiego zbliża się do czasu, gdy powinien wyemigrować do niezłego zagranicznego klubu.
Niech pamięta, że Robert Lewandowski kisnąc dalej w polskiej słabej lidze tylko by tracił. Wyjechał do prawdziwie profesjonalnej ligi oraz topowego klubu i ciągle zyskuje. A niejako przy okazji zyskuje reprezentacja. Zastawnikowi jeszcze daleko do casusu Lewandowskiego w zakresie poziomu gry, ale warto już przynajmniej jedną nogą być poza granicą. O ile polski team trawiasty bez Roberta raczej nie obędzie się, reprezentacyjny futsal jeszcze bez Mikołaja daje radę. Czego przykładem jest sławetny remis z Hiszpanami w Elblągu. Niemniej, wreszcie chciałoby się też, aby po Pawle Budniaku kolejny polski futsalowiec „powąchał” dobrego zagranicznego klubu, gdyż to tylko podniesie oceny rodzimego futsalu.
Andrzej Hendrzak