Z notatnika dziejopisa fot. Michał Wencek

Z notatnika dziejopisa

Jako człowiek związany od lat ze sportem wiem, że trener to specjalista kierujący całokształtem przygotowań zawodnika lub drużyny do zawodów. A także kierujący tym zespołem ludzkim w trakcie meczu. Wiem też, że każdy z trenerów ma swoje przyzwyczajenia, fobie, rytuały. Pan Górski nie golił się przed meczem i lubił prostotę rozwiązań. Pan Nawałka powiela systemy przygotowań – choćby w zakresie miejsc pobytowych. Pan Gmoch zaprzęgał naukę do służby futbolowej. I tak można wiele wymieniać, a spisuję tych ważniejszych, znanych.

Liczę, że przyjdzie kiedyś czas i na futsalowe przykłady. Chociaż pisząc te słowa do głowy – jak na razie - przyszło mi jedno, lecz nad wyraz symptomatyczne futsalowe zachowanie. Pan Bianga, który w minionym sezonie zaliczył dwa awanse, rozstał się po nich z pracą, czy też został zwolniony. Jeżeli coś zdarza się dwa razy i dotyczy podobnych wydarzeń, to pozwolę sobie nazwać to tradycją. Dlatego casus pana Biangi będzie dla mnie od tej chwili zwał się „Tradycja Polskiego Futsalu”. A tym, którzy biadolą nad poziomem polskiego futsalu wspomnę jeszcze tylko, że polska reprezentacja futsalowa od początku swojego istnienia miała 20 trenerów – selekcjonerów. Reprezentacja istnieje od 1992 roku, czyli wypada średnia - jeden pan trener-selekcjoner na niecałe półtora roku.

Kiedyś w jednej gazecie miałem zaszczyt, albo tylko możliwość, pisać felietony, które na łamach były zamieszczane po sąsiedzku z felietonami Jana Tadeusza Stanisławskiego (satyryk, radiowiec, aktor i autor tekstów piosenek), obiegowo zwanego profesorem mniemanologii stosowanej. Młodsi pewnie nie przypomną sobie tego pana, ale był to kultowy naśmiewca wszelkich głupot lat byłych. Naśmiewca wyrażający swoje myśli w sposób subtelnie zrozumiały. Chociaż jak długo ktoś czegoś nie pojmował i nie wyedukował się na jego felietonach, to mógł i oberwać obuchem. Oczywiście „obuchem ciętego pióra Mistrza”.

Gdy tak wspominam tamte lata oraz rozmowy z panem Janem zastanawiam się często, jaki obuch jest potrzebny, by zjednoczyć nasz futsal. Ciągle bowiem czytam, słyszę utyskiwania. Nie wiem, czy jest w polskim futsalu osoba zarządzająca, którą zaakceptowałoby całe środowisko. Moim zdaniem – nie ma. Dlatego widzę marne perspektywy jednościowe. I pewnie dobrze zrobiłem, że dzięki panu Kubie mogę popracować na własny rachunek. Bogatszy o doświadczenia z lat poprzednich, kiedy bywało, że mnie, oraz wielu innym, zdarzało się robić błędy. Ale to nie powód, by kogoś odsyłać natychmiast na przysłowiowe manowce. A z opcji trenerskiej najbardziej polubiłem zawód trenera snu. Trenera snu o sile futsalu polskiego.
Na futsal-polska zapoznałem się z mini-ankietą na temat zasad rozgrywek futsalowej ekstraklasy. Wypowiadali się szkoleniowcy, czyli grono jak najbardziej w tej materii reprezentatywne. Zaskoczenia nie było. Zadowolenie moje jak najbardziej. Większość szkoleniowców opowiadała się za systemem, który z panem Czeczką zaproponowaliśmy ekstraklasie na początku istnienia Spółki.

Zawsze powtarzam za swoim profesorem ze studiów i promotorem, że nie należy wyważać otwartych drzwi. Więc dziwi mnie mocno, iż dekada istnienia w miarę niezależnej ekstraklasy futsalu nie pozwoliła wypracować finalnej wersji rozgrywek. Ale poniekąd to rozumiem, gdyż – jak pewnie wszyscy orientują się – nie zawsze głos władz Spółki jest jednaki z głosem klubowym. Chociaż wydawać by się mogło, że vox Dei (władzy), to vox populi (kluby). Czy też odwrotnie. Jeżeli mogę do tej ankiety coś powiedzieć od siebie, to wskażę dość ciekawe tegoroczne rozwiązanie siatkarskiej ekstraklasy męskiej. I to by było na tyle w tym temacie. Temat jest wybitnie ogórkowy, gdyż po to ma się władzę, aby coś ustalać, a nie tylko konsultować oraz wysłuchiwać.

Andrzej Hendrzak