Z notatnika dziejopisa fot. Michał Wencek

Z notatnika dziejopisa

Najpłodniejszy powieściopisarz polski Józef Ignacy Kraszewski mawiał – „Z kogo śmieją się nie dlatego, że głupi, ale dlatego, że inny od tłumu lub widzi to wszędzie, czego nie dopatrzą drudzy, ten ma przyszłość przed sobą”. Cytat ten kieruję do ludzi futsalu, którzy nie dają zmanipulować się kierowniczym gremiom polskiego futsalu różnych opcji i pozostają przy swoich poglądach. Przyszłość przed Wami, chociaż obecnie jesteście w mniejszości.

Powiedzenie Józefa Ignacego trafiło do mnie po tygodniu od poprzedniego felietonu, gdy zauważyłem, iż losowanie Halowego Pucharu Polski dokonane w siedzibie PZPN nadal nie schodzi z mediów społecznościowych i krąży po internecie. O ile zdania w sprawie braku podstaw do jego powtarzania nie zmieniam, to stwierdzam, że sporo ucierpiał na tym wizerunek futsalowy. Zapachniało nawrotem do amatorszczyzny. Albo jak chce kolega recenzent (też Józef)0 zaistniał stan chwiejnej równowagi pomiędzy publicystyczną dosłownością a literacka umownością. Liczyć tylko trzeba, że nauka nie pójdzie w las.

Ekstraklasa futsalowa jakiś czas temu zafundowała sobie powiększenie do 14 drużyn. Postąpiono hojnie, ale nie określono od razu systemu rozgrywek. Abstrahuję od faktu, że moim zdaniem polskiego futsalu nie stać jeszcze na czternastozespołową ekstraklasę o w miarę równym poziomie sportowym, organizacyjnym i finansowym. Dwanaście drużyn, to jest maksimum obecnego etapu. Podobnie jak w dwóch grupach I ligi. Już bowiem z II ligami w każdym województwie po minimum 6 zespołów jest poważny kłopot.

Nieodparcie więc nasuwa się pytanie, czy czasami ów ekstraklasowy ruch nie był zawoalowaną formą uratowania przed degradacją jakichś teamów. Jeżeli tak nie było, to najzwyczajniej nastąpił zwyczajowy przerost formy nad treścią. Piramidę rozgrywek z zasady buduje się jak dom - od podstawy ku dachowi. Tymczasem w naszym futsalu ligowym akurat dach zyskuje przewagę nad fundamentami. A to nie jest korzystne dla budowy.

Chwilowo spróbuję postawić się w rolę sponsora, szkoleniowca, kibica, nadawcę telewizyjnego. Jako sponsor ekstraklasy chciałbym aby było jak najwięcej meczów o stawkę, atrakcyjnych, z medialnym oglądem. Jako selekcjoner, chciałbym aby nie było meczów o nic, gdyż od zawodników wymagałbym od strony szkoleniowej ciągłej gry pod presją. Jako nadawca telewizyjny zadowolony byłbym z play-off, gdyż zapewne zwiększa to oglądalność, a przy okazji i przybywa reklamodawców. Co jest tożsame z interesem ekstraklasowej spółki. Wreszcie jako kibic, choćby tylko jednej drużyny, chciałbym aby atrakcyjność rozgrywek trwała do finalnej kolejki, a nie już w połowie rozgrywek było wiadomo, kto może być mistrzem, a komu grozi degradacja. I nie widzę tego bez grania w systemie play-off.

Tymczasem przy 14 zespołach i półamatorskim zorganizowaniu drużyn nie wyobrażam sobie, by mogły grać mecze w środku tygodnia. Inaczej braknie terminów weekendowych. Chyba że zagra się tylko dwie rundy w systemie mecz i rewanż. Ale to już przekreśla moje powyższe cztery oczekiwania. Czyli jest - najludyczniej rzecz ujmując – do bani.

Polski futsal znajdujący się nierozerwalnie w strukturach PZPN niepotrzebnie przyjmuje schematy rozgrywkowe ekstraklasy piłki trawiastej. Gdy tam dzielono na grupy - w futsalu też. Gdy tam dzielono punkty – w futsalu też. Najwyższy czas uzmysłowić sobie, że futsal jest grą halową i z halowymi dyscyplinami powinien się utożsamiać w systemie rozgrywek.

Wzory brać z koszykówki, piłki ręcznej, siatkówki, czy nawet hokeja. A wszędzie tam są play-offy. Wszędzie są sponsorzy i też strategiczni. Wszędzie są atrakcyjne mecze do końca rozgrywek. Wszędzie jest zainteresowanie transmisjami telewizyjnymi i też telewizji tymi dyscyplinami. Nie jest to trudno zrozumieć, jak spojrzy się na futsal całościowo, a nie tylko przez pryzmat interesu własnej drużyny. Ale cóż, chciało się czternastu zespołów, to teraz trzeba zjeść tę żabę samemu. Jako felietonista – mimo wszystko – nie zazdroszczę nikomu tego dania.

Koszalin (wiceprezes Bednarek) oraz Bydgoszcz (wiceprezes Nowak) – tam szanowny PZPN umieścił mecze z Brazylią. Nie powinny dziwić te wybory, gdy wiceprezesi związkowi gwarantują sprawną organizację, chociaż pewnie nie byłyby te miejsca pierwszymi wyborami ogółu futsalowych kibiców. Szczególnie tych z południa Polski, gdzie futsal jest o wiele bardziej popularny niż na ubogiej futsalowo północy. Niestety, takie jest życie. Kto ma władzę, ten ma prawo wyboru. Jest taka łacińska sentencja - „Cuius regio, eius religio”. Tłumacząc dowolnie ale prawdziwie – czyja władza, tego religia. Być może nie stosuje się ona w tym przypadku dosłownie, lecz skojarzenia jakoweś nasuwają się.

Zresztą, nie zawsze w polskim futsalu według zapotrzebowania kibiców dzielono meczami. Były czasy, gdy Podkarpacie przodowało w liczbie ważnych meczów reprezentacji. Były czasy, gdy priorytety szły na Śląsk. Swoją chwilę w historii miało Podlasie. A wszystko zależało od tego, kto rozdawał karty w futsalu i jaką miał pozycję we władzach związkowych. Szkoda tylko, że nie zawsze jest doceniana przy przydzielaniu meczów wartość terenowego futsalu w danym regionie. A przecież nietrudno domyśleć się, iż mecze z Brazylią będą świętem dla kibiców futsalu i można było sprawiedliwe rozdzielić ich lokalizacją północ oraz południe Polski. I nie przekonają mnie w żadnym przypadku wyjaśnienia, że kadra chciała grać w Koszalinie, bo to dla niej od baraży z Węgrami szczęśliwa hala(!), a logistycznie byłby kłopot z przenosinami po paręset kilometrów. Podczas tournee w Brazylii w 2012 roku nie było tego problemu i samolotami nasza kadra przenosiła się na o wiele większe odległości.  

Andrzej Hendrzak